poniedziałek, 30 sierpień 2010 10:51

Trzecia szansa (cz. 1)

Napisane przez

Polska dostaje trzecią szansę. Pewnie daje ją nam sam Bóg. Trzecią szansę na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza. Pierwszą przekreślili komunistyczni "oni". Drugiej nie potrafili wykorzystać solidarnościowi "nasi". Trzecią, obecną, zmarnować możemy my wszyscy, jeśli zabraknie nam odwagi i wyobraźni. Do trzech razy sztuka. Kolejna szansa pojawi się, kto wie, dopiero za następne ćwierć wieku.

Pierwsza szansa ? Sierpień '80
Hekatomba Grudnia '70 i trauma Czerwca '76. Zdawało się, że Polacy po takich klęskach długo nie podźwigną się z kolan, tymczasem pojawił się niespodziewany impuls, trochę nie z tego świata. Habemus papam. Cienka struga siwego dymu nad odległym Watykanem, a w niedługi czas później zawołanie: Nie lękajcie się, pełne siły i wiary ? rozbudziły od nowa nadzieję. Polskie zgliszcza zaczęły się tlić od nowa, niewielki podmuch wystarczył, by pojawił się ogień. Ogień jednak, który nie niszczy, lecz oczyszcza.
Było w Ojczyźnie laurowo i ciemno... Zrobiło się nagle jasno, czysto, krystalicznie. Uczciwi ludzie wyprostowali grzbiety, dumnie podnieśli czoła. Kanalie snuły się pod ścianami, chowały o kątach. Znów tak znaczyło tak, a nie ? nie. Znów było czarne i białe, których nikt w szare nie rozmywał. Prawda, wolność i godność miały znów wartość chleba powszedniego. Wołano o prawo i sprawiedliwość. Patriotyzmu nikt nie nazywał nacjonalizmem, a Dekalog przestał być symbolem zaścianka.
Sierpień '80. Szesnaście miesięcy. Pięknych i godnych. Ktoś, kto nazywa je karnawałem, nie wie, co mówi, jest idiotą lub człowiekiem złej woli. To było odzyskiwanie Polski, przywracanie Polakowi godności. I nic to, że myślenie o przebudowie państwa było naiwne, że ruch odnowy podminowany był perfidią i prowokacją, czasem zwykłą głupotą. Tak czy inaczej, zaczęła się wtedy wielka przemiana.
Odrodzenie mogło się dopełnić. Tak samo, jak się zaczęło, pokojowo, ewolucyjnie. Gdyby się powiodło, wszyscy dziś bylibyśmy w innym miejscu, nie musielibyśmy tak wielkim wysiłkiem nadrabiać cywilizacyjnego zapóźnienia. Niestety, właściciele PRL z moskiewskiego nadania ani myśleli ustąpić chociaż na krok. Grali na zwłokę, pozorowali dialog, szykując się do kontrataku. Jątrzyli i szczuli, nękali i prowokowali. Amnestionowali kryminalistów i zakłócali dostawy artykułów pierwszej potrzeby. Od pierwszego dnia sierpniowych strajków przygotowywali plany zdławienia wolnościowego zrywu. Najważniejszą przymiarką była prowokacja bydgoska. Zamiar się nie powiódł, czekali więc następnej okazji, knując po gabinetach i w terenie. Czy ktoś chce jeszcze pamiętać, że na parę miesięcy przed grudniem '81 w całym kraju działały już wojskowo-milicyjne Terenowe Grupy Operacyjne, które przygotowywały województwa i gminy, miasta, miasteczka i wsie, zakłady i instytucje do wprowadzenia stanu wojennego? Czy ktoś jeszcze przypomina sobie, że już od pierwszych strajków agentura, aparat partyjny i konfidenci szykowali listy proskrypcyjne, które stały się podstawą do późniejszego internowania, uwięzienia, wyrzucenia z pracy i innych prześladowań?
Czy warto wracać w tamten czas? Niebawem będziemy obchodzić dwudziestą piątą rocznicę. Czy przypieczętuje ona wykuwane przez ćwierć wieku kłamstwo? Czy na zawsze zatrzemy granice między katem a ofiarą? Czy nadal będziemy nazywać zdrajcę, infamisa bohaterem?
Wojciech Jaruzelski miał po Sierpniu '80 możliwość, by chociaż po części odkupić swoje winy z przeszłości. On i jego prawa ręka (a może szyja?), Czesław Kiszczak, powinni wówczas spiskować w Magdalence i w willi na Zawracie, powinni wtedy już zestawiać Okrągły Stół. Nie, jednak nie, nie byli naonczas jeszcze pod ścianą, nadal mieli pełnię władzy i ani myśl im w głowie postała, by się z narodem podzielić władzą. Junta wojskowa przekreśliła polską szansę, a na rękach Jaruzelskiego i Kiszczaka wykwitły nowe plamy krwi. Krwi górników z kopalni "Wujek" i księdza Jerzego Popiełuszki, Grzegorza Przemyka i dziesiątków innych ofiar ubeckiego skrytobójstwa. Ich, Jaruzelskiego i Kiszczaka, sumienia (o ile je mają) obciążają masowe prześladowania, tortury fizyczne i psychiczne, więzienia i internaty, złamane losy i kariery, rozbite rodziny i załamania nerwowe, zakazy pracy, rewizje i inwigilacje tysięcy Polaków. To oni też wypędzili z kraju setki najlepszych synów narodu.
Dziś nikt zdrowy na umyśle nie twierdzi, że Jaruzelski uratował Polskę przed wojną domową oraz sowiecką interwencją. Jeszcze wczoraj byli jednak tacy, co chcieli mu za te "zasługi" stawiać pomniki. Ujawnione w ostatnich latach rosyjskie źródła dowiodły ponad wszelką wątpliwość, że Kreml nie mógł sobie pozwolić na drugi Afganistan, na domiar w środku Europy, toteż jego polski namiestnik, wielki "patriota" generał, premier, minister, "gensek" i co tam jeszcze, Jaruzelski, pognębił własny naród na ochotnika. A mógł zaryzykować, w najgorszym (a może najlepszym dla niego) wypadku objawiłby się on jako polski Imre Nagy czy chociaż Aleksander Dubczek. Niestety, nie miał generał za grosz godności, co do dziś potwierdza, migając się od odpowiedzialności w sądowym procesie Grudnia '70.
"WRON-a skona"... "Zima wasza, wiosna nasza"... Niestety, płonne były nadzieje, że uda się skruszyć partyjny beton. Przetrwał. I trwa, bo mu na to "nasi" pozwolili. Mylne wszakże były i rachuby władzy. Nie udało się całkiem złamać narodu. Wojna polsko-jaruzelska miała inny przebieg, niż sobie różne WRON-y i PRON-y roiły.
Najpierw szok, potem żałoba. Jak po Powstaniu Styczniowym. Nawet patriotyczna biżuteria wróciła do łask, z najnowszym wynalazkiem włącznie: opornikiem, wpinanym w klapę. Opór, odmowa, bojkot, konspiracja. Społeczeństwo pękło na dwie części ? zwolenników i przeciwników stanu wojennego. Ostatni uczciwi opuścili szeregi partyjne, urzędy państwowe, wymiar sprawiedliwości, wojsko i milicję, środki masowego przekazu. Wyrzucono ich bądź sami, na znak protestu, odeszli. Zdelegalizowana "Solidarność" odnalazła się w podziemiu, w podziemiu odradzały się rozwiązane związki twórcze. Artyści odmawiali telewizji. Dziennikarze bojkotowali gazety. Ludzie wychodzili na spacer w porze "Dziennika Telewizyjnego", palili w oknach świeczki w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego... Nie wszyscy, rzecz jasna, bo przecież społeczeństwo podzieliło się na dwoje.
Terror i autarkia. Obłędna, zbrodnicza. Szykany wobec transportów żywności i lekarstw, darów demokratycznego świata. Ściągnięcie na kraj gospodarczych sankcji. Odmówienie Szwedom prawa do pomocy w łataniu pękniętego kolektora sanitarnego nad Zatoką Gdańską, zatrutą przez to na lata całe. Zatajenie przed narodem prawdy o Czarnobylu...
Płyn Lugola dostali w porę ZOMO-wcy, równocześnie polskie matki namawiano w telewizji, by z małymi dziećmi wychodziły na spacer, bo taka piękna pogoda. Nikt nigdy nie oszacował rozmiarów katastrofy ekologicznej i zdrowotnej, jaka spadła na Polskę wraz z czarnobylskim pyłem. Nikt nie pozwolił wiązać tego zdarzenia z późniejszym wzrostem zapadalności na choroby nowotworowe. Skąd u nas tyle białaczek? Nikt też nigdy nie wystąpił o ukaranie winnych zdrady własnego narodu, przed którym ukryto prawdę o zagrożeniu. A wystarczyło obwieścić: ludzie, nie wychodźcie z domów, a jeśli już musicie, zostawiajcie wierzchnią odzież za drzwiami i natychmiast bierzcie prysznic. Tak postąpiłby patriota. Sprzedawczyk przedłożył propagandowy interes sąsiedniego mocarstwa nad dobro własnego narodu.
I można tak da capo ad capogire...
Junta Jaruzelskiego ma ciężkie przewiny. Nie tylko wobec opozycji, lecz wobec całego społeczeństwa. Utrzymała się przy korycie przez kilka następnych lat, doprowadzając kraj do bankructwa. Nie osiągnęła jednak najważniejszego celu, nie zdławiła do końca niepodległościowych pragnień i dążeń. Przeciwnie, w dużej mierze je podsyciła, doprowadzając do skrajnej polaryzacji postaw i poglądów, niespotykanej w takiej skali od czasów stalinowskich. Czymże zresztą był stan wojenny, jak nie próbą restytucji beriowszczyzny?
Wiele szacunku należy mieć dla milionów zwykłych, porządnych ludzi, którzy przez mroki stanu wojennego i lat następnych przenieśli wartości i zasady moralne Sierpnia '80, którzy potrafili być solidarni i patriotyczni, wierni. Można było z nimi góry przenosić, gdy nastał czas nowej nadziei. Niestety, i to zmarnowano.
Władza i sobie zgotowała kiepski los, w końcu nie wiedziała już, co począć z nadmiarem swej władzy. Omnipotencja PRL przerodziła się w zupełną impotencję. Co komu po korycie, które nie dość że puste i dziurawe, to jeszcze się trzęsie? Zbankrutowany kraj i zbuntowany naród. Co począć, kiedy wokół same gruzy, a naród do kolejnej odbudowy już się nie kwapi? Władza władzy oddać nie chciała, chętnie za to pozbyła się odpowiedzialności. Macie, męczcie się teraz sami. Pijcie nasze piwo, któreśmy wam nawarzyli, my tymczasem spijemy waszą śmietankę.
I powiódł się ten zamiar. W całej rozciągłości, a nawet jeszcze szerzej i dłużej.

(?)

 

Jacek Indelak
Wyświetlony 4717 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.