wtorek, 31 sierpień 2010 19:06

Nie kocha, nie lubi, nie szanuje

Napisane przez

Mogłoby się wydawać dziwne, że ja, mający przekonania raczej lewicowe, piszę o lewicy w piśmie prawicowym. Jednak nie tylko nie widzę w tym czegoś dziwnego, ale uważam to za zjawisko twórcze dla obu stron. Nie ma nic bardziej intelektualnie obezwładniającego, niż ciągłe uściski we własnym gronie, pełne wzajemnego zrozumienia i jednocześnie pogardy dla wspólnego przeciwnika.

Na początku chciałbym zastrzec, że wszystkie dalsze oceny nie mają na celu dania po prostu upustu złośliwościom wobec różnych opcji politycznych, a szczególnie lewicy, ale są owocem żalu, że nie tylko ostatnie piętnaście lat, lecz znacznie dłuższy okres w przeszłości, a także prawdopodobnie i przyszłe lata skutkowały i na pewno będą skutkować rezultatami zbyt nikłymi wobec włożonych wysiłków w naszym kraju. Niestety, taki wniosek można podbudować mnóstwem przykładów z historii polskich straconych szans w samozatraceniach podczas przerażających kłótni lub podczas tworzenia światów urojonych. Aby nie sięgać daleko w przeszłość, wystarczy przypomnieć zniecierpliwienie rządów koalicji antyhitlerowskiej (oczywiście przy ich krańcowej obłudzie) wobec nierealności pomysłów politycznych i militarnych władz polskiego państwa podziemnego oraz, obecnie mało znanego, głębokiego ich wewnętrznego skłócenia, mimo zagrożenia wspólnymi wrogami.
Prawie zdążyliśmy zapomnieć o niskich awanturach pomiędzy dawnymi kolegami, bojownikami o demokrację w Polsce, o knowaniach po kryptach, o atmosferze rozgardiaszu oraz wojen na górze i na dole, towarzyszących pierwszym rządom po rewolucji solidarnościowej i intensywnym lekcjom gry w ping-ponga oraz języka polskiego (to ostatnie z wynikiem na prawie sześć), pobieranym przez ówczesnego prezydenta. Wówczas, mimo oskarżeń o moskiewskie pieniądze i o esbeckie korzenie, lewica jawiła się jako względnie sprawny organizacyjnie monolit, pod tym względem korzystnie wyróżniający się z chaosu. Jednakże już wtedy pojawiły się pierwsze oznaki poważnej słabości byłej siły przewodniej. Jedną ze wskazówek tego stanu było intensywne uwłaszczanie się byłej nomenklatury, szybko przyjmującej nową wiarę i, jak to zwykle z neofitami bywa, ich wierność nowym ideom nie miała granic. Dobrym przykładem skutecznego uwłaszczenia i przechrzczenia się, jest były sekretarz PZPR, Król, zresztą jeden z wielu.
Następnym sygnałem słabości było bardzo łatwe oddanie praktycznie całego majątku partyjnego (częściowo przedtem zagarniętego bezprawnie przez władze partyjne utożsamiające się z państwem, ale i także o statusie nie tak jednoznacznym, bo pochodzącego ze składek członkowskich), w tym budynków i wydawnictw. Przeszedł on w ręce społeczne, a w rzeczywistości sił nowo dominujących. Uległością lewica zapewniała sobie względny spokój na kanapach nowych salonów, a nie na ławach oskarżonych.
Potem przyszły czasy skomplikowanych przemian ustrojowych, które jeszcze wyraźniej uwidoczniły słabości współczesnej lewicy. Tu trzeba przyznać szczególną rację pani profesor Szyszkowskiej (Lewicowość XXI wieku), twierdzącej, że bezideowość jest gorsza od fanatyzmu. Taki to właśnie mamy okres polskiej historii, że klasyfikowani przez przeciwników jako potomkowie KGB, SB, NKWD, Bieruta, Berii, Kani, Kiszczaka, Szechtera, Brystygierowej i Eddy Werfel, czyli spadkobiercy wschodniego, groźnego niedźwiedzia, w rzeczywistości przypominają raczej miło pomrukującego misiaczka w pozie uległości, z brzuszkiem i łapkami do góry, a wśród przymilnych pomruków o ideach nic nie słychać.
Bezpośrednio po przemianie ustrojowej, przy ówczesnych emocjach, jakiekolwiek dyskusje o ideach byłyby rzeczywiście idiotyczne ? zresztą także nowe siły niezbyt wiedziały, jak określać nowy system i jak ognia unikały słów o kapitalizmie. Społeczna gospodarka rynkowa ? to było coś odpowiednio niejasnego. Paradoksalnie, brak wyrazistości lewicy zaczął się zaznaczać jeszcze silniej, gdy zaczęły powstawać warunki szczególnie sprzyjające jej określeniu się jako siły wrażliwej społecznie: wzrastało bezrobocie, narastała bieda, wręcz miliony ludzi w Polsce traciły pewność bytu, a zamiast zobowiązywania się państwa do spełniania roli regulatora przemian gospodarczych, zaczęła panować tragiczna i przestarzała teoria o niewidzialnej ręce rynku. Ale to nie całkiem niewidzialna ręka doprowadziła do upadku PGR-y, spółdzielczość i polski przemysł. Na pomysł powoływania komisji śledczych nikt wówczas nie wpadł.
Niczego konkretnego nie proponując, po raz pierwszy w wolnych wyborach lewica wówczas wprawdzie wygrała, ale odbyło się to nie dzięki zachwytowi nad jej programem, ale w efekcie negacji stylu rządzenia przez prawicę. Wyniki nie dały długo na siebie czekać: mimo dobrych rezultatów gospodarczych, po stosunkowo niewielkiej powodzi, znakomicie medialnie wykorzystanej przez opozycję (to nie zarzut, to pochwała), po licznych pokojowych demonstracjach polegających na ciskaniu stalowymi kulami, petardami i po ognistych awanturach z użyciem kilofów i po zademonstrowanej już typowo lewicowej bezradności wobec ataków, wybory wygrała prawica dzięki jednemu z ważnych elementów gospodarczych, widząc sposób na polepszenie stanu finansów państwa przez zwiększenie wpływów z gier losowych, co naród zaaprobował w głosowaniu.
Wydawało się, że po czterech latach chwiejnych rządów ekipy profesora Buzka, po doprowadzeniu do katastrofy gospodarczej, ekipa lewicowa należycie sprężyła zwoje mózgowe, w 40 zespołach przygotowując programy naprawcze oraz oferując nadejście lepszych czasów.
Także tym razem spory udział w otrzymanych głosach miała fatalna ocena rządów prawicowych, ale duża część była zasługą kampanii propagującej przyszłe rządy jako zasadniczy przełom, zapewniający rozwój oświaty, nauki, przedsiębiorczości oraz pochylenie się nad problemami ludzi, zdezorientowanych nagłymi przemianami, przez bezrobocie wyrzuconych poza krąg życia społecznego, a nawet biologicznego. Brzmi to zbyt gładko wobec rzeczywistych, realnych tragedii osiemnastolatków, jeszcze z wiarą szukających zajęcia, albo tragedii pięćdziesięciolatków, którzy nagle utracili pracę nie tylko jako źródło egzystencji, ale i w ogóle sens życia. Cóż wobec tego znaczą gierki pseudopolityków, pseudosocjologów lub wolnorynkowców? Nienawidzę takiego polskiego skrzyżowania świata urojonego i rzeczywistego.
W niechropowaty świat urojony ochoczo wpisała się lewica. Przemawiała gładko i ładnie: pamiętam, jak niegdyś słynna w sferach poselskich panna Potocka stwierdziła, że z posłem Oleksym spędziłaby noc (z posłem Niesiołowskim ? nie), ale pod warunkiem, że mówiłby przez cały czas. I tak podstarzałej lewicy wydało się, że ludziom wystarczy miło szeptać do uszka, a uzyskają uwielbienie, wraz z długotrwałą rozkoszą.

(?)

 

Krzysztof Kulicki
Wyświetlony 4239 razy

Najnowsze od Krzysztof Kulicki

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.