czwartek, 11 marzec 2010 16:02

Kokon (II): Niebieski

Napisane przez

Instytut Wątpliwości znajdował się w centrum miasta, niedaleko głównej stacji metra. Piętrowa willa z białej cegły wciśnięta była między dwa futurystyczne wysokościowce. Udawała tam element niegdysiejszej, przedwojennej zabudowy stolicy. Budynek od frontu osłonięty był wysokim parkanem i gęstą zielenią. Jego stromy, pękaty dach nakrywał czerwoną dłonią korony zgarbionych drzew. Parter domu zajmował gabinet Niewidzialnego, najważniejszego urzędnika w państwie. Gabinet był zaskakująco duży. Nieliczne meble ? biurko, dwa krzesła i niewielka, śmieszna toaletka, ginęły gdzieś w jego stumetrowej powierzchni. Było tu pusto, jasno i zimno. Z jasnoniebieskiego sufitu spadało po jasnoniebieskich ścianach chłodne światło. Naprawdę trzeba było wytężyć wzrok, by dostrzec choćby zarysy bladoniebieskich przedmiotów.

W rogu pokoju na niewysokim stołku siedział szczupły mężczyzna. Ubrany był w koszulę, spodnie, buty, wszystko również w jasnoniebieskim kolorze. Krył się za tym pewien zamiar. Ta jednobarwność czyniła go prawie niewidocznym. Jego sylwetka ledwo majaczyła na monotonnym tle pokoju.
 
Pochylił się i podniósł z blatu stojącej przed nim toaletki niewielki pędzelek. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze: wygolona na łyso głowa, przylepione do niej małe, szpiczaste uszka, duży soplowaty nos, wbity w środek złamanych cienkich ust i wyłupiaste, przekrwione oczy, pozbawione rzęs i brwi.
 
Morda! Nabrzmiała jak maska z modeliny morda. Być może, to było tym czymś, co chciał ukryć przed światem, gdy codziennie podczas porannej toalety nakładał na głowę, szyję i twarz maskującą niebieską emulsję. Tak oto, dzień w dzień, stawał się prawie niewidzialnym. Resztę iluzji dopełniali swą gorliwością jego urzędnicy. Niepisanym nakazem była gorąca wiara w jego niewidzialność.
 
? Oczy ? mruknął cicho. ? Podobno odbija się w nich dusza ? próbował sięgnąć po kosmetyczkę, zatrzymał jednak dłoń w pół ruchu ? Wystają jak te dwa półdupki zza krzaka ? zwiesił głowę.
 
Miał pięćdziesiąt siedem lat. Pięćdziesiąt siedem, ale przecież czuł, że nie jest tak samo stary, jak wielu jego dawnych przyjaciół. Te dziewczyny, które pamiętał... Jego towarzysze...
 
Żona jednego z nich, taka drobna, zawsze wystraszona... Mireczka. Nie widział jej przeszło dwadzieścia lat.
 
Wszyscy inni mieli już kolejne... ? z niechęcią urwał myśl.
 
Czas. Tak, niewątpliwie jest w nim zawarty jakiś boski pierwiastek. Starość za młodość. Zwątpienie za wiarę. Pogarda za ufność.
 
? Rozkoszujcie się, o bogowie! ? Zgasił stojącą na toaletce niewielką lampkę. Teraz na niebieskiej tafli lustra, wisiały jak w próżni, jedynie dwa czerwone punkty ? oczy starego lisa. Tylko tyle, resztę udało się ukryć pod warstwą niebieskiego fluidu.
 
Zadzwonił domofon. Niewidzialny siedział bez ruchu. Dopiero po ponownym dzwonku wstał i podszedł do biurka. Wcisnął guzik. Z korytarza zaczęły dochodzić odgłosy czyichś kroków. Po chwili do pokoju wszedł funkcjonariusz Urzędu Obrony Wolności.
 
? Kładę! ? wysypał na blat biurka gruby plik gazet. ? Przyjdę po dziewiątej ? położył obok gazet niebieską torbę. ? Po dziewiątej ? powtórzył, odwrócił się na pięcie i wyszedł.
 
Spojrzał na niedomknięte drzwi.
 
? Cham ? burknął cicho. ? To może dobrze? Nie, jednak cham! ? Zadrżały mu dłonie ? Uoweckie, prymitywne, chamidło!!! ? wycedził ze złością. ? Dobrze, nędzny śmieciu! Za to ci płacę.
 
Przez chwilę wpatrywał się w podłogę. Chciał odczekać, aż intruz odejdzie dostatecznie daleko. Wciągnął nosem powietrze i z obrzydzeniem odwrócił głowę.
 
? Śmierdzą jakimś kwasem. Podobno wszyscy oddają ciuchy do tej samej pralni.
 
Wstał i powoli podszedł do drzwi. Tuż za nimi, prawie na progu leżała ulotka. Podniósł ją z ziemi.
 
? Trzeba to schować ? skonstatował.
Rzucił okiem na treść:
Cały Naród jest w opozycji!
Nie pozwolimy zmienić prawidłowego porządku w naszej Ojczyźnie. Podpisano: Opozycja Prawidłowa.
 
? Cóż, zgłosimy to ? pokręcił głową z wyraźną dezaprobatą. Kiedyś może by go to śmieszyło, ale dziś? Za długą drogę przeszedł, za daleko doszedł. Opozycja Prawidłowa, to po prostu budzi niesmak. Konspiracja, kurwa mać. Podziemie, nadziemne. Aleśmy czasów dożyli. Schował ulotkę pod blat.
 
? Zgłosimy to ? powtórzył. ? To ja jestem pierwszy wśród równych. Muszą wiedzieć, że procedury są dla wszystkich i nie do obejścia.
 
Usiadł przy biurku i sięgnął po jedno z kolorowych czasopism. Zajrzał na czwartą stronę. Zazwyczaj tam drukowano coś od serca, ?żądło feministek?. Głupie, ale pisane z nerwem, szczere. Już tylko to mogłoby zachęcać do przeczytania tego tekstu.
 
Mogłoby. Zmierzył palcami grubość reszty numeru. Pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym ściskał jakieś dziesięć tysięcy słów. Dziesięć tysięcy umiejętnie użytych słów. I wszystko to napisane na zamówienie UOW. Odłożył pismo i zamyślił się.
 
Urząd Obrony Wolności, ależ to przewrotnie brzmi...
 
Wszyscy wiedzieli, że jest. Nikt jednak nie znał zakresu jego faktycznych możliwości. Tym bardziej że nie był w ogóle prawnie umocowany. Po prostu był. Przykładowo, jego funkcjonariusze mogli przyjść i przepytać każdego, w tak zwanym trybie dobrowolnym, z wiedzy o walce z wrogami wolności.
 
? Czyste bezprawie ? uśmiechnął się kpiarsko. ? Poza tym, to chyba jeszcze tylko tyle, że to podobno, podobno niczym nie groziło. Nawet wrogom wolności. Zresztą kto to słyszał, aby kogo nachodzili. A może to tylko plotki rozpowszechniane przez nieżyczliwych? Che!
 
Przecież o tym, że takie służby nie istnieją, zapewniał w mediach sam Franciszek Midlewicz. A kto jak kto, ale Franek, szef tych służb, zawsze wiedział, o czym mówi. Ba! ? zmarszczył czoło i dłonią pieszczotliwie pogładził łysinę.
 
Przekupione, syte elity z niemałą determinacją nie wierzyły w istnienie UOW. No, taki fakt byłby wyjątkowo nieporęczny. Konfliktowałby przecież z ich uświęconymi ideałami, i to chyba jednak w tym stopniu, że mogliby się poczuć wielce niepolitycznie. Lepiej nie wiedzieć. Jest tyle przyjemniejszych rzeczy na świecie, którymi warto się zajmować. Dlatego wyrzucali niewygodne fakty poza świadomość. Strach jednak pozostawał. Taki skrywany, trochę w złym tonie, ale był. No to i bunt musiał być. I bardzo dobrze! Życie bez buntu nie ma sensu. Rozumiał to doskonale.
 
Oczywiście, bunt należy zagospodarować. Umówmy się jednak, że pomysł Midlewicza Opozycji Prawidłowej to bezczelność. Już od dawna przestawało go to śmieszyć, coraz częściej zwyczajnie irytowało. Cóż, niestety musiał ustąpić. Franciszek Midlewicz od lat okazywał się w dziesiątkach spraw absolutnie nie do zastąpienia. Tolerował więc jego działalność i siedział cicho. Rosła w nim jednak wewnętrzna niezgoda. Opozycja Prawidłowa, przecież to skandal!
 
Skomplikowany proces modelowania wolnościowych aspiracji ludzi to nie zabawa, lecz ciężkie brzemię. W tej grze nie można zbyt pazernie brać wszystkiego. Pomimo przewagi trzeba szukać pola złudzeń. Zawsze pół kroku z tyłu i nie poganiać orkiestry. Chyba jednak jeszcze jest różnica między mądrą opieką a pyszałkowatą prowokacją. Co?!!! ? rozejrzał się nerwowo. Wstał i zaczął chodzić po pokoju.
 
? Na Boga, nie wykoślawiajmy istoty pojęć. Schlebiania władzy nie można nazywać opozycją. Opozycja Prawidłowa to karykatura. Kpina!
 
 I wszędzie w mediach te szujowate zatroskane gęby, istny festiwal obłudy. Albo szydzą ze mnie, albo tym pacanom z UOW-u odbiło od nadmiernej wiary w badania sondażowe. Nawet jeśli ludzie w to wierzą, to jak się to ma do pewnej delikatności materii, z którą tu mamy do czynienia?
 
? Dobrze ? zatrzymał się gwałtownie i zaczął nadsłuchiwać. Cisza. Tu nikogo nie ma. Budynek jest pusty. Ochrona nie ma prawa wstępu nawet za furtkę. Domofon obsługuję sam. Ciekawe, czy oni mnie inwigilują? ? Rzucił okiem na leżącą na biurku komórkę. Dłonią uderzył lekko w kieszeń spodni i upewnił się, że jest tam bateria.
 
? Łajdaki! Gdy tylko włożę baterię, dzwonią do mnie i przypominają tę melodię. Brzmienie dziecinnej pozytywki. ? Midlewicz przysięgał, że zniszczył wszystko, cały ten podły film ? zaniepokoił się. A może to przypadek? Może to inna melodyjka? Jest tyle głupich sygnałów w tych współczesnych telefonach.
 
Spojrzał na swoje zamknięte w pięści dłonie.
 
? Są tylko niebieskie ? wolno rozprostował palce. ? Dobrze, że to tacy głupcy. To dla mnie jedyna realna gwarancja. Spokojnie. Cenią mnie, podziwiają. Jestem dla nich wyrocznią. To ja tu znaczę karty ? przyjrzał się jeszcze raz dłoniom. ? Niechaj więc będą głupcami ? odetchnął. Uspokoił się. Nie można ulegać emocjom. Nie ruszą mnie. Siedzą przecież na tej samej gałęzi. Zresztą wszyscy, którzy cokolwiek znaczą w tym kraju, wszyscy winni mi są wdzięczność. W końcu to moja miłosierna dłoń niepamięci machnęła na ich draństwa, zamazała liczne złodziejstwa. To ja nadałem im przywileje, uraczyłem tronem elit. Niechaj więc niosą siodło mej władzy i trzymają je mocno. Mocno! Tak mocno, jak tylko potrafią ? zasępił się.

(...)

Wyświetlony 4848 razy
Więcej w tej kategorii: « Mielizny mesjanizmu
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.