wtorek, 06 kwiecień 2010 11:36

Stosunki polsko-chińskie w cieniu wydarzeń w Tybecie

Napisane przez

Od 10 marca jesteśmy świadkami zamieszek na terenie Tybetu. Władze chińskie przystąpiły do tłumienia zamieszek. Liczbę ofiar trudno ustalić. Naturalnie, według władz chińskich jest ona niższa, według zaś przedstawicieli tybetańskiego rządu na uchodźstwie - wyższa. Kwestia okupowanego przez Chiny Tybetu wywołuje bardzo wiele emocji. Także w Polsce. Z jednej strony nie można się temu dziwić. Chińczycy dopuścili się tam (i dopuszczają) wielu okrucieństw, usiłują wynarodowić ludność tybetańską. Krytyka takich działań władz chińskich jest naturalnym ludzkim odruchem. Z drugiej strony odgłosy płaczliwej krytyki słychać ze strony polityków, również rodzimych. Od polityków zaś należy wymagać bardziej politycznego, realistycznego podejścia.

 

Historia Tybetu sięga VII wieku. Wówczas ukształtowało się królestwo, coraz większe wpływy zaczął zdobywać buddyzm. W IX wieku Tybet rozpadł się na niezależne księstwa. Państwo zostało ponownie zjednoczone w wieku XIII przez narzuconą przez Mongołów chińską dynastię Yuan. Był to pierwszy przypadek zwierzchności Chin nad Tybetem. W roku 1358 Tybetańczycy odłączyli się od Cesarstwa. W państwie rozwinęła się regularna sieć klasztorów buddyjskich. Z czasem zwierzchnikami buddyzmu w Tybecie stali się Dalajlamowie. W XVII wieku V Dalajlama przejął władzę w królestwie oraz wprowadził teokratyczny system rządów. W XVIII wieku Tybet popadł w zależność od Chin. ?Państwo Środka?, rządzone wtedy przez mandżurską dynastię Qing, znajdowało się u szczytu swojej potęgi. Rozciągało się od południowej Syberii po Wietnam, od Kazachstanu po wybrzeża Pacyfiku. Jak wiadomo, od połowy XIX wieku postępował stopniowy upadek imperium. Dochodziło do klęsk żywiołowych, buntów i, co bardzo ważne, przegranych, wojen z mocarstwami zachodnimi, a także Japonią. Z osłabienia suwerena postanowił skorzystać Tybet. Gdy republikanie pod wodzą Sun Jat-Sena obalali monarchię, na terytorium Tybetu doszło do antychińskiego powstania. Niepodległe państwo stało się z czasem ponownie teokracją. Kraj prowadził politykę izolacjonizmu. Był bardzo zacofany. Niepodległość Tybetu trwała 38 lat. W roku 1949 świeżo powstała Chińska Republika Ludowa zdecydowała się ponownie włączyć ten region w sferę chińskich wpływów. W 1949 roku Chińska Armia Narodowo-wyzwoleńcza licząca ok. 120 000 żołnierzy podbiła Tybet. Armii chińskiej Tybetańczycy mogli przeciwstawić ok. 8 000-10 000 ludzi, uzbrojonych w piki, łuki oraz muszkiety skałkowe, stare działa...
 
Nie chcę, aby ten tekst został poczytany jako pochwała chińskiego ekspansjonizmu, a już, broń Panie Boże, Mao Tse-Tunga. Niemniej, spotykam się nierzadko ze stwierdzeniami, że agresja Chin na Tybet była wyłącznie ekspansjonistyczną głupotą, przejawem ?prężenia muskułów?. Jest to duże uproszczenie. Wystarczy spojrzeć na mapę. Tybet leży w Himalajach, one zaś to ?dach świata?, centrum Azji. Rejon strategicznie ważny. Oparcie zachodniej granicy o masyw Himalajów jest bardzo korzystne. Podczas wojny z Indiami w 1962 r. umożliwiło to sukces wojskom chińskim. Do tego należy jeszcze dodać kontekst polityczny, w jakim doszło do agresji Chin na Tybet. W roku 1947 niepodległość uzyskały Indie. Kraj ogromny, aspirujący (podobnie jak Chiny) do roli regionalnego mocarstwa oraz lidera krajów trzeciego świata. Ponadto Hindusi uważali się za spadkobierców brytyjskich przywilejów, zobowiązań wobec Tybetu oraz innych państw rejonu. Chińczycy nie chcieli, aby ten rejon dostał się pod wpływy konkurencyjnego państwa. I dokonali podboju. Głoszą przy tym, że opanowali odwiecznie swoje ziemie. To oczywiście bardzo naciągane, propagandowe stwierdzenie. Ale, bądź co bądź Tybet uznawał zwierzchność Chin przez prawie 200 lat.
 
Co na to Polska, nasi politycy? No cóż, jak nietrudno się domyślić, geniuszem politycznym na miarę Bismarcka się nie popisali. Wszystkie ugrupowania w sejmie i senacie pieją to samo. Po pierwsze, że należy zbojkotować Olimpiadę w Pekinie (a przynajmniej jej otwarcie), po drugie, że powinno się przyjąć w polskim parlamencie Dalajlamę. Premier Donald Tusk zapowiedział, że nie pojedzie na otwarcie igrzysk, prezydent Lech Kaczyński wciąż się zastanawia nad podjęciem decyzji, szef PiS-u Jarosław Kaczyński pragnie zaś zbojkotowania otwarcia. Zadam takie retoryczne pytanie ? czy z tego powodu, że Polska zbojkotuje otwarcie Olimpiady w Pekinie, albo polski premier oraz prezydent przyjmą Dalajlamę, los Tybetańczyków się zmieni? Czy z tego powodu wystąpi publicznie prezydent ChRL Hu Jintao, szlochając, i powie ?Jest mi tak przykro, że Polska bojkotuje olimpiadę, że daję Tybetowi niepodległość?? Szczerze wątpię w taki rozwój wypadków. Gdyby postanowiły zbojkotować olimpiadę USA, Rosja, Wlk. Brytania, Francja i tym podobne kraje, wtedy można się zastanowić nad taką decyzją. Osobiście nie sądzę, aby wyżej wymienione państwa zdecydowały się na bojkot igrzysk. Przykład? Proszę bardzo ? według ?Dziennika? z 16 marca (działo się to wtedy, gdy chińskie siły porządkowe rozpędzały demonstracje) Departament Stanu USA postanowił wykreślić Chiny z grona państw najbardziej łamiących prawa człowieka. Chyba to bardzo wymownie świadczy o tym, że USA nie zamierza robić gwałtownego zwrotu w stosunkach z Chinami. Prezydent George W. Bush zapowiedział, że pojawi się na otwarciu olimpiady, a premier Wlk. Brytanii Gordon Brown na zamknięciu. Nie sądzę, aby robiły to inne kraje. Powód jest bardzo prosty. Chiny to raj dla inwestorów, kraj o niskich podatkach, o bardzo taniej (czytaj niewolniczej) sile roboczej. I przedsiębiorcy z różnych krajów z tego korzystają. Mogliby korzystać i polscy, gdybyśmy mieli mądrzejszy rząd. Mam takie wrażenie, że nikt z naszych czołowych polityków nie zadał sobie sakramentalnego dla polityka, męża stanu (a i premier, i prezydent na mężów stanu się kreują) pytania ? co będzie miała Polska z tego aktu? Czy coś zyskamy? A może coś stracimy?
 
(...)
 
Od redakcji:
 
Inwazja chińska na Tybet przyniosła niewyobrażalną skalę okrucieństw. Okupanci wymordowali około połowy narodu, zburzono setki klasztorów trwających pośród gór nieprzerwanie od ponad tysiąca lat, zniszczono nader oryginalną, wyjątkową kulturę, zdezintegrowano tradycyjne wspólnoty, tysiące ludzi skazano na poniewierkę poza granicami kraju. Zderzenie kulturowe było jeszcze większe niż wówczas, gdy w 1939 r. nasze wschodnie ziemie podbijały sowieckie prymitywy. Dalajlama mimo to godzi się uznać chińską zwierzchność, domaga się jedynie autonomii swojego kraju i szanowania jego tradycji. To, w sumie minimalistyczne, żądanie spotyka się, jak dotąd, nieodmiennie ze zmasowaną propagandą nienawiści. Zewnętrzne naciski na władze chińskie zazwyczaj zdają się mieć skutek przeciwny do zamierzonego. Obecna fala protestów zaś to mieszanina naiwności, hipokryzji i komercji. Wypada jedynie mieć nadzieję, że dynamika zmian gospodarczych w Chinach wymusi również liberalizację polityczną, a ludzie rządzący dziś ChRL przekonają się, że władza nad danym terytorium nie musi oznaczać totalnej kontroli wszystkich i wszystkiego.
Wyświetlony 3922 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.