niedziela, 30 maj 2010 09:52

Salonowe kołtuństwo

Napisał

Niezależnie od tego, jak oceniać będziemy zmianę władzy, która nastąpiła w Polsce po wyborach 2005 r., można dostrzec, że pewne problemy, traktowane dotąd marginalnie przez główne media, straciły swój niszowy charakter i stały się przedmiotem zasadniczych debat. Takie kwestie, jak istnienie byłych agentów SB wśród dziennikarzy czy księży, korupcja na najwyższych szczeblach władzy, patologiczne związki tajnych służb ze sferą biznesu i polityki nie są od pewnego czasu tematem pomijanym, o którym nie mówi się, aby nie psuć sielankowego obrazu polskiej transformacji od totalitaryzmu do liberalnej demokracji. Zmiana nastawienia obejmuje zresztą dużo szerszy zakres tematów, o których dotychczas starano się - w imię rozmaitych interesów - nie dyskutować. Można tu przywołać problem wad i kosztów liberalnego podejścia w sądownictwie i edukacji, pytanie o kształt polskiej polityki zagranicznej czy też kwestie związane z pamięcią historyczną. Wystarczy sięgnąć po prasę sprzed kilkunastu lat, aby dostrzec, że nawet te media, które wówczas wszelkie uwagi o korupcji czy agenturze traktowały jako objaw paranoi, wnioski o zaostrzenie prawa - jako wyraz sadyzmu, a mówienie o polskim interesie narodowym jako szowinizm, dzisiaj wypowiadają się w innym tonie.

W ramach całej tej wielowątkowej debaty, za której symboliczny początek mogłaby uchodzić afera Rywina, w oczywisty sposób powróciło pytanie o odpowiedzialność części dawnej opozycji antykomunistycznej za taki, a nie inny kształt systemu, w którym żyjemy ? zatem także za jego patologie. Część publicystów i analityków wskazywała, że podstawowy błąd, którego konsekwencje ponosimy do dziś, polegał na przyjęciu ?łagodnej? wersji transformacji ustrojowej, polegającej na tym, że zachowano ciągłość ludzi i instytucji. Odpowiedzialność za to zjawisko ? zdaniem niektórych ? ponosi środowisko związane z grupą tzw. komandosów i KOR-em, określane czasem mianem lewicy laickiej, którego opinie po 1989 r. wyrażała ?Gazeta Wyborcza?. W głośnej książce Michnikowszczyzna Rafał Ziemkiewicz postawił tezę, że środowisko to, wykorzystując dominującą pozycję wspomnianego dziennika na postpeerelowskim rynku, forsowało szkodliwe, zarówno pod względem politycznym, jak i aksjologicznym koncepcje, polegające m.in. na zamazywaniu kwestii winy i odpowiedzialności (słynna ?gruba kreska?), deprecjonowaniu postaw patriotycznych czy też zrównywaniu ofiar z katami. Podobną opinię sformułował również Maciej Rybiński w artykule Koniec Polski Kiszczaka i Michnika, który na początku tego roku stał się przedmiotem gorącej dyskusji.

Zarówno Ziemkiewicz, jak i Rybiński, krytykując ?michnikowszczyznę? jako pewną postawę ideologiczną, twierdzą, że okres jej dominacji powoli się kończy, czego dowodem miałby być sam fakt, iż można o tym debatować na łamach największych polskich gazet, a nie tylko w niszowych pisemkach. Być może, mają rację, trzeba jednak zauważyć, że nawet jeśli kończy się pewna epoka, to szkody polityczne wynikające np. z zaniechania lustracji czy rezygnacji z opcji zerowej w służbach specjalnych długo jeszcze będą widoczne w funkcjonowaniu państwa. Co więcej, wydaje się, że nawet jeśli problemy polityczne zostaną jakoś rozwiązane, pozostaną szkody w sferze, nazwijmy ją, mentalnej czy kulturowej. Można bowiem postawić tezę, że ideologia ?michnikowszczyzny? (żeby już pozostać przy tym określeniu) miała negatywny wpływ nie tylko na rozwiązania stricte polityczne, lecz również na przyjęty sposób dyskutowania o nich, na kształt całej debaty społecznej, a więc na to, co w systemie liberalnej demokracji jest jedną z rzeczy podstawowych.
Do 1989 r. debata publiczna w Polsce właściwie nie istniała ? nie ukształtowały się mechanizmy dyskusji politycznej, a jeśli nawet takie były, to opierały się dwubiegunowym schemacie ?my-oni?, w którym nie było miejsca na rzeczywisty spór czy to polityczny, czy aksjologiczny, czy też kulturowy. Po roku 1989, w sytuacji pewnej próżni, bardzo łatwo można było wpoić dużej części społeczeństwa określone schematy rozstrzygania problemów ? dotąd rozstrzyganych poza nią ? i ukształtować wzorzec kanonów ?poprawnych? zachowań i postaw, o ile miało się dominującą pozycję na rynku mediów. W owym zaś czasie pozycję taką miały, z jednej strony, media postkomunistyczne, z drugiej zaś ?Gazeta Wyborcza? i powoli budowany wokół niej koncern medialny. Wzorce lansowane przez te pierwsze w oczywisty sposób nie były brane pod uwagę, dlatego też bardzo wielu ludzi ze środowisk ?inteligenckich?, a więc tworzących i rozpowszechniających pewne zachowania, postawy i idee, przyjęło wzorce lansowane przez organ Agory, kierując się jej autorytetem jako pisma opozycyjnego. I być może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że owe wzorce stanowiły zaprzeczenie swobodnej i krytycznej debaty, prowadząc, z jednej strony, do wytworzenia postaw dogmatycznych, z drugiej zaś do usankcjonowania mechanizmu wykluczania pewnych kwestii jako ?niegodnych? i ?niewartych? dyskusji. W ten sposób, w wyniku wieloletniej indoktrynacji (tym łatwiejszej, że dokonywanej przy braku poważnej konkurencji) doszło do wykształcenia się u części inteligencji postawy, którą można określić mianem postępowego czy lewicowego kołtuństwa (jak wyraził się kiedyś bodajże Sławomir Mrożek), obejmującego zestaw zachowań uznawanych za poprawne i gwarantujące przynależność do oświeconego salonu i intelektualnej elity. Problem w tym, że ów salon od salonu pani Dulskiej różnił się jedynie treścią poglądów, a nie formą zachowań.

 

Indywidualizm stadny
Oczywiście nie należy demonizować tu ?Gazety Wyborczej? i ideowo z nią związanych mediów. Wspomniane intelektualne kołtuństwo, które spotykamy dziś dość powszechnie, i które dla wielu jest wyznacznikiem tego, jak powinna zachowywać się osoba chcąca uchodzić za wykształconą, nie byłoby możliwe, gdyby nie pewne ?cechy wrodzone? inteligencji, czyniące ją wysoce podatną na indoktrynację, jeśli połączona jest ona z obietnicą podniesienia prestiżu. Dotyczy to zresztą wszystkich ludzi, nie tylko inteligentów, z tym że o ile prosty człowiek będzie uradowany awansując na szczeblach drabiny finansowej, o tyle inteligent może pogardzać dobrami materialnymi, ale nie pogardzi zaproszeniem do duchowej czy kulturalnej elity, nawet jeśli jest to w gruncie rzeczy elita konformizmu. Intelektualny snobizm akurat bardzo dobrze współgra z konformizmem.
Kiedy myślimy o takim zjawisku, jak instynkt stadny, zwykle uważamy, że cechuje on podatnych na indoktrynację ignorantów, natomiast ludzie wykształceni, intelektualiści są na to zjawisko odporni. Sprawy wyglądają jednak zupełnie inaczej i istnienie wspomnianego postępowego kołtuństwa pokazuje, że instynkt stadny jest czymś typowym dla sporej rzeszy ludzi uważających się za ?inteligentów?. Co więcej, ów fakt, że kierują się nim ? że myślą tak, jak wypada i jak powinno się myśleć ? traktują oni właśnie jako dowód swojej inteligencji. W takiej sytuacji można nawet wykreować stado nonkonformistów, myślących według jednakowych szablonów i równocześnie przekonanych o własnej niezależności. Tak właśnie funkcjonują np. subkultury młodzieżowe, składające się z osobników pozornie zbuntowanych i niepogodzonych ze społecznymi konwencjami, a równocześnie za wszelką cenę podkreślających swoją identyfikację z kontestującą grupą za pomocą ubioru, zachowań, głoszonych poglądów. Podobne zjawisko obserwujemy też w sferze tzw. sztuki zaangażowanej: mamy stadne prowokacje, stadne łamanie stereotypów, stadną walkę z kapitalizmem, klerykalizmem itd. Tego typu zgodność poglądów w pewnych sytuacjach jest pożądana, jeśli jednak przejawiają ją osoby uważające, że wyróżniającą je cechą jest krytyczne i samodzielne myślenie, wygląda to na farsę. Dlatego też tak bawią (ale również irytują) rozmaite listy otwarte czy też apele, w których ludzie nauki, kultury i sztuki bez cienia zażenowania podpisują się pod twierdzeniami, które ze względu na swą banalność czy wręcz nonsensowność powinny wzbudzać przynajmniej pewną ostrożność. Jeśli 100 intelektualistów powtarza to samo, nie świadczy to o tym, że mają rację, lecz że myślą stadnie.
Wykorzystując ową podatność na myślenie stadne, nietrudno było ukształtować po 1989 r. u sporej części inteligencji pewien zestaw zachowań i poglądów, uznawanych za właściwe. Skutek jest taki, że tak jak w salonie pani Dulskiej pewne rzeczy wypada chwalić, inne wypada potępiać, niektóre powinny budzić sprzeciw, inne wywoływać zachwyt; pewne poglądy są słuszne, inne niesłuszne, i to nie dlatego, że ktokolwiek tego dowiódł, lecz dlatego, że ?przecież to oczywiste?, ?przecież wszyscy tak myślą?, ?przecież ten, kto myśli inaczej, musi być niespełna rozumu?. To zabawne, ale niemal powszechne jest, że ludzie perorujący o wolności wypowiedzi politycznej czy artystycznej, broniący prawa do odmienności stylu życia i wyznawanych poglądów, nie są w stanie wyobrazić sobie, iż ktoś może myśleć inaczej niż oni (no ale cóż, już dawno zauważono, że najwięcej dogmatyków znajdziemy wśród relatywistów).
Ów instynkt stadny wiąże się z drugą cechą, a mianowicie z nieumiejętnością czy niechęcią do samodzielnego myślenia i zbytniej łatwości w uleganiu tzw. autorytetom, mimo deklarowanego nonkonformizmu. Można to wytłumaczyć wspomnianą już chęcią podniesienia własnego prestiżu. Ludzie chętnie upodabniają się np. do gwiazd z filmów i kolorowych czasopism, wierząc, że w ten sposób jakoś wejdą do wielkiego świata. Idole sceny i ekranu są w stanie sprawić, że ich wyznawcy będą myśleli i zachowywali się tak jak oni, nawet gdyby nie miało to żadnego uzasadnienia. Jeśli gwiazdor jest ekologiem, jego wyznawcy też będą, jeśli inny nosi kozią bródkę, od razu mamy tłum nonkonformistów z kozimi bródkami, jeśli któryś nie lubi prezydenta Busha i potępia wojnę w Iraku, jego wyznawcy zrobią to samo ? nie dlatego, że sami doszli do takich wniosków, ale dlatego, że tak powiedział obiekt ich kultu. Widać zresztą, jak sprawnie wykorzystują to rozmaici sekciarze w rodzaju scjentologów, reklamując swoje doktryny twarzami znanych aktorów. Nie inaczej sprawa wygląda, jeśli chodzi o naśladowanie autorytetów intelektualnych: zamiast uzasadniać własne stanowisko stadny inteligent uzna, że wystarczy tu odwołanie się do jakiejś postaci, którą w jego stadzie uważa się za guru. Dochodzi przy tym niemal powszechnie do sytuacji nadużycia autorytetu, o czym pisał Józef Bocheński, a więc do uznania, że np. pisarz, ekonomista czy reżyser filmowy z racji tego, że są fachowcami w swoich dziedzinach, muszą mieć również rację w kwestii wyborów politycznych czy moralnych. Co ciekawe, kult autorytetów nadzwyczaj dobrze rozwija się w środowiskach uznających się za postępowe i rewolucyjne, odwołujących się do oświeceniowego przeciwstawienia rozumu irracjonalnym bożkom (zwróćmy uwagę, że kontestatorzy zawsze mieli swoich ?guru?, którym bezgranicznie ufali ? Marksa, Lenina, Sartre?a, Foucaulta czy obecnie Żiżka).
Trzecia rzecz, która umożliwiła powstanie nowej postaci kołtuństwa, to właśnie owa podatność na kontestacyjne czy rewolucyjne ideologie. Mamy tu do czynienia ze swoistym paradoksem, widocznym na przykładzie wspomnianych subkultur młodzieżowych: chęć bycia postępowym, rewolucyjnym i nonkonformistycznym sprawia, że ludzie łączą się w stado, zaprzeczając tym samym wartościom, które nimi początkowo kierowały. Indywidualista kolektywny to nowa figura, nagminnie spotykana w naszych czasach. Potrzeba bycia w zgodzie z rozmaitymi postępowymi modami i poglądami jest dziś równie powszechna i stadna, jak niegdysiejsze uleganie typowo wiktoriańskim wartościom. Kiedyś w dobrym tonie było ostentacyjne dostosowywanie się do tradycyjnych norm, dziś spora część szanujących się inteligentów wie, że wypada być do nich nastawionym negatywnie. Dobrze więc jest być krytycznym wobec katolicyzmu, wobec tego, co narodowe, wypada potępiać stereotypy dotyczące płci czy zachowań seksualnych, ale też wypada być zgodnym ze wszystkim, co uznano za wzór postępowego, nowoczesnego i światowego myślenia. A więc dobrze jest być liberałem w kwestiach wychowawczych i obyczajowych (choć nie w gospodarczych), wypada być przeciw karze śmierci, a jednocześnie za aborcją i w ogóle wypada głosić tolerancję i opowiadać się za szeroko rozumianą wolnością w życiu i sztuce. Taki zestaw poglądów, uzupełniony o nazwiska, które należy traktować jako bezwzględne autorytety, można znaleźć w każdym ?Niezbędniku inteligenta?, dołączanym do pewnego popularnego tygodnika. Nonkonformizm, krytycyzm i postępowość sprzedają się świetnie, zwłaszcza jeśli opakowane są w łatwo przyswajalną formę światopoglądu, który da się dostosować do każdej okazji, i który nie wymaga od ludzi zbyt wiele. Zaopatrzony w taki niezbędnik inteligent może natrząsać się z białych skarpetek słuchaczy disco-polo, może drwić z przesądów i ludowej pobożności słuchaczek ojca Rydzyka, nie zmienia to jednak faktu, że jego zachowaniem kierują podobne mechanizmy: uleganie modzie i zabobonny lęk przed wykluczeniem z salonu.
Te trzy cechy ? stadność, niesamodzielność w myśleniu i podatność na ?postępowe? ideologie ? stanowiły podatny grunt, na którym można było konstruować pewne mechanizmy reagowania na problemy polityczne, etyczne czy kulturowe. Dodatkowym ułatwieniem była naturalna dla sporej części inteligencji postawa, którą można by określić mianem ?brzozowszczyzny?, wiążąca się z kompleksem wobec Europy i, ogólnie, wielkiego świata, przejawiającym się w ostentacyjnej niechęci do wszystkiego, co polskie. Dzięki temu udało się zaszczepić prosty czy nawet prostacki schemat rozumowania, który ponad miarę eksploatowany jest do dziś w rozmaitych polemikach, a który polega na tym, że zamiast odwoływać się do rzeczowych argumentów, te czy inne poglądy opatruje się etykietkami w rodzaju ?europejski? bądź ?zaściankowy?, co wystarcza do ich akceptacji bądź odrzucenia. W takiej sytuacji np. na pytanie o to, czy należy przywrócić w Polsce karę śmierci, odpowiada się, że nie należy, gdyż w Europie nikt tej kary nie wykonuje. Najzabawniejsze jest to, iż ludzie głoszący takie opinie nie dostrzegają, że ich argumentacja niczym nie różni się od tłumaczenia kogoś, kto na pytanie, dlaczego należy wierzyć w to, że nasze ciała zamieszkane są przez dusze kosmitów uwięzionych przez złego księcia Xenu w hawajskich wulkanach, odpowie: ?bo Tom Cruise i John Travolta tak uważają?.
W każdym razie na początku lat 90., kiedy kształtowały się w Polsce mechanizmy debaty publicznej, kiedy była okazja wprowadzenia czy też odnowienia pewnych standardów intelektualnych opartych na wolności słowa i autonomii wypowiedzi, odwołano się do najgorszych cech inteligencji. Wykorzystano wyniesiony z PRL przez sporą jej część konformizm i jako standard zaczęto ukazywać model myślenia stadnego, opartego na koncesjonowanych autorytetach i wykluczaniu pewnych problemów oraz głoszących je osób. Ten mechanizm sprawdza się zresztą zarówno w odniesieniu do spraw materialnych, jak i duchowych: skutki są podobne. Kiedy przy mniejszym wysiłku człowiek może uzyskać pozornie ten sam efekt, co przy większym, zwykle mu to wystarcza. Na przykład w ramach dyskusji o wiele łatwiej odwołać się do autorytetu, niż starać się racjonalnie czy empirycznie uzasadniać swoje poglądy; dużo łatwiej stwierdzić po prostu, że tak bądź inaczej myśleć ?nie wypada?, a kto tak robi, ten głupiec, niż szukać argumentów przeciw jakiemuś stanowisku. I tę właśnie skłonność do intelektualnego lenistwa wykorzystano w sytuacji pozostawionej przez komunizm pustki ideowej i braku konkurencyjnych ośrodków kreowania poglądów. W rezultacie doszło do niesłychanego spłaszczenia i uniformizacji intelektualnych debat, do usunięcia z nich wielu istotnych kwestii, jako niepoważnych bądź ?niegodnych? rozważania, do uznania pewnych problemów za autorytatywnie rozstrzygnięte, tych zaś, którzy mimo wszystko chcą o nich rozmawiać, za ludzi spoza ?dobrego towarzystwa?. Aby zobrazować to przykładami, przyjrzyjmy się dwóm zjawiskom.

 

(?)
Damian Leszczyński

Wyświetlony 4949 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.