Wydrukuj tę stronę
wtorek, 29 czerwiec 2010 16:31

Wrześniowe déja vu

Napisane przez

Jak co roku, z początkiem września rozgorzała dyskusja o cenach podręczników szkolnych, które – jak co roku – miały być tańsze, a na złość wszystkim rodzicom - jak co roku zresztą - podrożały. Właściwie można odnieść wrażenie, że ten wrzesień różni się od poprzednich tylko tym, że resortem edukacji kieruje człowiek, któremu i tak wszyscy mają wszystko za złe, a że dodatkowo zdrożały książki, które miały potanieć, to biedny Roman Giertych obrywa na całego.

 

Minister edukacji nie należy jednak do tych, co się łatwo poddają, i gdy tylko zauważył, że z cenami podręczników jest jakiś problem, natychmiast postanowił stawić mu czoła. Oficjalnego ogłoszenia planu walki z cenami nie było, ale z różnych, pozbieranych tu i ówdzie, wypowiedzi wynika, że istotą pomysłu ministra Giertycha jest "usztywnienie mechanizmu cenowego", czyli po prostu ustalenie cen maksymalnych, po jakich można będzie sprzedawać podręczniki. Pomysł ten można skwitować chyba tylko parafrazując dowcipną myśl Marka Twaina: najpierw Bóg stworzył idiotów ? tak dla wprawy ? a potem wziął się za resort edukacji.

Skąd tak krytyczna ocena pomysłu ministra Giertycha? Ano stąd, że prawie na pewno nie przyczyni się on do trwałej poprawy sytuacji najbiedniejszych uczniów i wygląda po prostu na zwykłą kiełbasę wyborczą i to taką kiepskiego gatunku. Nie istnieje bowiem żaden magiczny guzik, który można by nacisnąć i sprawić, aby nagle było jak dawniej, tylko taniej. Zresztą twierdzenie, jakoby ceny różnych dóbr były "za wysokie" lub "za niskie" jest po prostu wierutną bzdurą. Ceny utrzymują się na określonym poziomie, gdyż najwyraźniej są na rynku ludzie gotowi je zapłacić. Jeśli jednak nagle zaniży się sztucznie cenę rynkową, zabraniając sprzedaży powyżej jakiegoś arbitralnego poziomu, to można być pewnym tylko jednego: że chętnych do kupna będzie więcej niż chętnych do sprzedaży. Jeśli brzmi to nazbyt abstrakcyjnie, to wyobraźmy sobie, że, przychylając się do projektu resortu edukacji, rząd obniża cenę każdego podręcznika szkolnego do złotówki (bo niby dlaczego 1 zł miałby być gorszą ceną niż, powiedzmy, 32 zł?). Rezultat będzie błyskawiczny, i niestety, chyba nie do końca zgodny z tym, co mógł mieć w zamyśle minister Giertych. Powstaną niedobory, a wraz z nimi powrócą kolejki oraz wieczne niezadowolenie, że nie można dostać w sklepie tego, na co by się miało i chęć, i pieniądze.
Problemom najbiedniejszych uczniów, których nie stać dziś na "za drogie" podręczniki, można jednak zaradzić, ale na pewno nie tak, jak zabiera się do tego ministerstwo edukacji. Zamiast usztywniać mechanizm cenowy należałoby go raczej bardziej poluzować i rozbić przesiąknięty etatyzmem "rynek" wydawnictw szkolnych. Obecnie sytuacja wygląda bowiem tak, że wszystkie szkoły i wszystkich nauczycieli obowiązuje, sporządzany przez resort oświaty i rokrocznie uaktualniany, indeks książek, z których dzieci mają się uczyć, a które rodzice muszą zakupić. Czyżby jednak wiedza na poziomie podstawówki czy gimnazjum zmieniała się aż tak gwałtownie, aby co roku trzeba było zmieniać podręczniki? Czyżby Ala nagle przestała mieć kota? Przecież abecadło i tabliczka mnożenia są dziś tak samo aktualne, jak 20 lat temu i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dzieci miały się ich uczyć z podręczników starszego rodzeństwa, a nawet rodziców!
(?)
Juliusz Jabłecki

Wyświetlony 8785 razy
Juliusz Jabłecki

Najnowsze od Juliusz Jabłecki

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.