wtorek, 29 czerwiec 2010 23:00

Naród zdekapitowany

Napisane przez

Niewiele narodów doświadczyło wyniszczenia swej elity przywódczej w stopniu podobnym do naszego. Spustoszenie, wywołane zbrodniami hitlerowskich i radzieckich okupantów, ciągle odciska się na jakości kolejnych generacji. Fatalny jest jednak nie tylko sam dotkliwy fakt braku wielu wspaniałych ludzi i ich następców.

 

Ponad sześćdziesiąt lat po wojnie, której nie przeżyła ogromna część najlepszych Polaków, nadal powszechne jest przekonanie o trwającym permanentnie braku prawdziwej elity. Pogląd ten ma głębokie uzasadnienie, a potwierdzających go dowodów dostarcza niemal każdy dzień. Nierzadko opinia taka przypomina jednak coś na kształt mitu, nadmiernie idealizującego dawną rzeczywistość. Najgorzej, gdy urasta on do rozmiarów paraliżującego wolę zmiany, fatalistycznego przeświadczenia, że odbudowa najcenniejszej tkanki narodu, takiej na miarę wspaniałych roczników lat dwudziestych ? jest absolutnie nierealna. Bliski takiej tezy jest wykład zawarty w książce Piotra Wierzbickiego pt. Upiorki. Słusznie wskazuje on na całkowitą, uwarunkowaną niemal genetycznie odmienność inteligencji sprzed roku 1939 i tej kształtowanej po 1945. Całkowita zgoda, jeśli chodzi o "formacjotwórczy" wpływ PRL-u i pajęczynę uwarunkowań stworzonych przez totalitarny system. Jeśli jednak pochylimy się np. nad dziejami nauki polskiej, okaże się, że Akademia Krakowska w okresie swojej największej świetności, w feudalnym XV wieku, większość kadry profesorskiej "rekrutowała" nie ze stanu mieszczańskiego czy rycerskiego, lecz z mającego najmniejsze szanse rozwoju ? chłopskiego. Związane z naszą alma mater rody szlacheckie swoje herby najczęściej zawdzięczają osiągnięciom włościańskich synów, których dopiero po dziesięcioleciach pracy z księgami i żakami ? obdarzano nadaniami i nobilitowano. Potwierdzałoby to tezę, że w znacznie większym stopniu to od pracy i drogi obranej przez człowieka, niż od jego cech wrodzonych, zależy kształt ludzkiego losu.

Polska zaznała dużo bardziej dotkliwej zagłady warstwy wykształconych niż Francja w końcu XVIII w. Rozmiar tej tragedii nie jest daleki od skutków bolszewickiego amoku, w ramach którego w rewolucyjnej Rosji lub Kambodży mordowano za sam fakt noszenia okularów. Już stulecie rozbiorów oznaczało ubytek ogromnej części najbardziej wartościowych jednostek z niemal każdego pokolenia ? poległych w powstaniach, zesłanych, zmuszonych do emigracji. Polska, w której od wieków do stanu szlacheckiego zaliczała się wyjątkowo duża część populacji, w znacznej mierze składała się z obywateli odczuwających swą podmiotowość. A jednak, w dużej mierze z powodu ofiar kolejnych zrywów, nie znalazło to przełożenia na odpowiednich rozmiarów przywódcze kadry, niezbędne do wskrzeszenia niepodległej państwowości. Polska miała talenty polityczne tej miary, co Piłsudski czy Dmowski, i magnatów, jak Maurycy Zamoyski, gotowych wszystko oddać ojczyźnie. Były też zorganizowane zastępy patriotów, ofiarnych i mających kwalifikacje do służby państwu. Jednak ? zbyt nieliczne dla potrzeb jednego z większych krajów Europy. Jeszcze w latach trzydziestych prawie połowa pracowników umysłowych (wliczając nie tylko urzędy, oświatę, ale i służbę zdrowia) nie miała średniego wykształcenia, a tylko niespełna 10% miało wyższe. Uczelnie gwarantowały znakomite kwalifikacje, a opuszczający ich mury zwykle byli ludźmi o wysokiej kulturze, solidnym moralnym kręgosłupie i propaństwowym nastawieniu. Powstająca Druga Rzeczpospolita miała więc elitę najwyższej jakości, ale ? bardzo wąskich rozmiarów. Mimo znakomitych szkół, świetnych organizacji, np. harcerskich, i powszechnego, dobrego modelu wychowania ? do 1939 r. tkanka społeczna, którą można by nazwać elitą, nie uległa dostatecznemu poszerzeniu.
Każdy, kto czytał Kamienie na szaniec, zna refleksje druha o pseudonimie Zeus ? ubolewającego, że w liczącej 35 milionów Polsce połowa placówek oświatowych to szkoły jednoklasowe, a nakłady książek rzadko sięgają dwóch, trzech tysięcy egzemplarzy. Iluż tu trzeba jeszcze pierwszorzędnych inżynierów, wychowawców ? wzdychał ten harcmistrz pod koniec wakacji roku 1939. Według spisu powszechnego z 1926 r., w całej Polsce maturę miało jedynie 650 tys. osób. Trudno ją porównywać z jej dzisiejszym, masowym odpowiednikiem. Ówczesne świadectwo dojrzałości oznaczało sprostanie wręcz drakońskim wymaganiom, wykształcenie bardzo rzetelne i wszechstronne. Stanowiło więc prawdziwy cenzus. Zarazem jednak w latach 1919-39, w całym kraju te znakomite dyplomy średniego wykształcenia uzyskało zaledwie 400 tys. osób. Tyle, ile teraz mamy maturzystów każdego roku. W tym samym okresie wyższe wykształcenie zdobyły tylko 83 tys. obywateli RP. W chwili wybuchu wojny żyło też ok. 30 tys. tych, którzy ukończyli uczelnie przed rokiem 1918. Jeśli liczby te zestawimy z "Listą Katyńską", składającą się głównie z oficerów rezerwy, będących w większości absolwentami uniwersytetów, dowiemy się, jak ogromną część najlepiej wykształconych rodaków straciliśmy w ramach tylko tej zbrodni. 5 marca 1940 r. Stalin złożył bowiem podpis pod wykazem przeznaczonych do rozstrzelania 21 857 Polaków. Wśród nich było dwustu literatów i dziennikarzy, siedmiuset lekarzy, ponad tysiąc prawników, tyluż inżynierów, kilkuset nauczycieli szkół średnich, 43 profesorów wyższych uczelni. W Katyniu wymordowano większość członków kilku stowarzyszeń naukowych i kulturalnych, niektóre właśnie wtedy praktycznie przestały istnieć. Trudno się oprzeć wrażeniu, że działania obydwu okupantów były skoordynowane, gdyż niemal równocześnie, bo w maju 1940 roku m.in. w Palmirach Niemcy zamordowali cztery tysiące działaczy politycznych, nauczycieli, naukowców, pisarzy.
W 1941 r. w Berlinie zaczęły powstawać szczegóły "Generalplan Ost". Ten "Generalny Plan Wschodni" zakładał zmniejszenie populacji naszego kraju oraz rozproszenie na Syberii ok. 20 milionów (jak szacowano ? stanowiłoby to 80-85%) Polaków. Licząca 3-4 miliony reszta miała być na miejscu zgładzona lub zgermanizowana. Polacy wykształceni mieli przestać istnieć, a wychować na Niemców zamierzano dzieci typu nordyckiego, odbierane polskim rodzicom. Plan przewidywał całkowite zasiedlenie obszaru II Rzeczpospolitej przez naród niemiecki. Jedynymi Polakami, jakim dawano szansę pozostania na ojczystej ziemi, mieli być robotnicy zatrudnieni na zasadach niewolniczych. Celem polityki edukacyjnej, powierzonej Generalnemu Gubernatorstwu, było osiągnięcie stanu, w którym szczytem kariery zawodowej Polaka mogłoby być stanowisko majstra ciesielskiego. Wywózek na Syberię Niemcy nie przeprowadzili, gdyż do końca wojny nie udało im się zdobyć terenów wschodniej Rosji. Okupant zdołał jednak wysiedlić ok. dwóch milionów Polaków z ziem wcielonych do Rzeszy, a w 1942 r. rozpoczął "wymianę ludności" Zamojszczyzny. Akcja ta dotknęła ponad sto tysięcy Polaków, którzy w najlepszym razie trafiali na roboty do Rzeszy. Znaczna część zginęła w egzekucjach, obozach koncentracyjnych i walkach z oddziałami pacyfikacyjnymi. Usuwanie Polaków z ziem II Rzeczpospolitej nie osiągnęło większego rozmiaru tylko w wyniku zbrojnego oporu oraz załamania niemieckiej ekspansji terytorialnej w roku 1943. Rzesza osiągnęła natomiast bardzo dużo w zakresie wyniszczania polskiej inteligencji. Przyniosła też skutki kilkuletnia przerwa w edukacji, której Tajna Organizacja Nauczycielska, pomimo grożącej za to kary śmierci, przeciwstawiała się, organizując komplety dla ponad miliona uczniów szkół podstawowych oraz stu tysięcy gimnazjalistów i licealistów. Z dziewięciu tysięcy studentów konspiracyjnych wyższych uczelni ogromna część nie dożyła jednak końca wojny.
(?)
Artur Adamski




 

 

 
Wyświetlony 5023 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.