sobota, 31 lipiec 2010 11:30

Pomiędzy wolnością a homotyranią

Napisane przez

Zgodnie z najprostszą, a zarazem zapewne najściślejszą, definicją liberalizmu, jaką podał Janusz Korwin-Mikke, filozofia ta, w swym spojrzeniu na życie społeczne, kieruje się zasadą: Wolność twej pięści kończy się przed mym nosem. Innymi słowy, władza cywilna nie powinna zakazywać i karać zachowań, które nie naruszają czyjejś wolności. Jeżeli dany akt/działanie ma charakter dobrowolny i nie zmusza się nikogo do uczestnictwa w nim, wówczas państwo ma zamknąć oczy na jego religijno-moralne znaczenie i dać mu nieskrępowaną wolność. Co prawda, część środowisk liberalnych nie zawsze wyciąga wszelkie możliwe wnioski praktyczne z tejże definicji liberalizmu, ale jest faktem niekwestionowanym, iż właśnie takie założenie jest rdzeniem i fundamentem tejże ideologii.

Od liberalizmu...

Środowiska wojujących homoseksualistów lwią część swej argumentacji czerpią właśnie z doktryny liberalnej. Pierwszym krokiem w marszu dewiacji była depenalizacja prywatnych praktyk homoseksualnych. Państwa nie powinno interesować, kto z kim sypia. Póki nie dochodzi do wymuszonych aktów seksualnych, to wara prawu od sypialni dorosłych obywateli! ? tak brzmiało i wciąż brzmi jedno z czołowych zawołań "gejowskich" ugrupowań. Następną wyrwą, jaką uczyniono w murze prawnych zakazów i ograniczeń, którymi niegdyś otaczano rozmaite formy nieczystości i dewiacji, była legalizacja różnych form propagandy sodomii ? począwszy od prohomoseksualnej prasy, specjalnych klubów, a skończywszy na demonstracjach i paradach. I w tym wypadku rozumowanie było i jest proste: Nikogo nie zmuszamy, aby czytał nasze gazety, chodził do naszych klubów i przyglądał się naszym manifestacjom. Jeśli ktoś chce, może to wszystko omijać szerokim łukiem, my zaś mamy prawo przekonywać innych do słuszności swego stylu życia. I tym razem nie sposób zakwestionować ścisłego powiązania prosodomickich postulatów z liberalną ideologią. Niektórzy wprawdzie próbują, opierając się na zasadach liberalizmu, kwestionować prawomocność organizowania homoseksualnych marszów, twierdząc, że obecność takich imprez koliduje z wolnością innych osób do nieoglądania tego typu demonstracji. Takiego argumentu nie da się jednak (przyjmując liberalizm za probierz) na dłuższą metę obronić. Jeżeli bowiem władze w imię wolności jednych obywateli do nieoglądania zboczonych "manif" innych obywateli miałyby zakazać homoseksualnych parad, to analogicznie musiałyby zabronić publicznego ukazywania szeregu innych rzeczy, które poszczególnym ludziom się nie podobają. Co bowiem np. uczynić z wolnością Świadków Jehowy lub skrajnych antyklerykałów do niepatrzenia na procesje Bożego Ciała, które ci pierwsi uważają za popisy bałwochwalstwa, a drudzy za ciemnotę i zabobon? Czy w takim razie, choćby muzułmanie, nie mieliby prawa domagać się zakazu wychodzenia niewiast na ulicę w krótkich spódniczkach? Albo czy przeróżni rasiści nie mogliby żądać wprowadzenia zakazu chodzenia na ulicach ludzi o innym kolorze skóry?
Widać, że próba odwołania się do liberalnych reguł, przy zakazywaniu, jakkolwiek je oceniać, pokojowych demonstracji, jest całkowicie niewiarygodna i prowadzi do absurdu. Zawsze znajdą się bowiem ludzie, którzy nie będą chcieli patrzeć na osoby inaczej się od nas zachowujące, wyglądające, etc. Próba zagwarantowania każdemu człowiekowi pełnej wolności do nieoglądania tego, co mu się nie podoba, musiałaby prowadzić w ślepą uliczkę. Poza tym argument o naruszaniu prawa przeciwników sodomii do nieoglądania manifestacji wspierających to zboczenie, łatwo jest odeprzeć wskazując, że nikt nie jest zobowiązany na nie patrzeć, a nawet w razie przypadkowej styczności z taką imprezą, zawsze można iść dalej i nie przyglądać się temu, na co spoglądać się nie ma ochoty.
Nie jest więc dziwne, że wojujący homoseksualiści odbierani są jako gorliwi i zaangażowani liberałowie. Niewątpliwie część prohomoseksualnych roszczeń w pełni harmonizuje z ideologią liberalną. Niemała liczba postulatów "gejowskiego" lobby takiej zbieżności z liberalizmem jednak nie wykazuje. Choć sam zdecydowanie nie zaliczam się do jakiegokolwiek typu liberałów, niniejszym poczuwam się do stanięcia w obronie liberalizmu przed zawłaszczeniem ze strony środowisk prohomoseksualnych.

poprzez przywileje....
Pewną trudność w pogodzeniu zasad liberalnych z szerokim wachlarzem pro-homoseksualnych roszczeń sprawia już postulat nadania parom homoseksualnym przywilejów identycznych lub zbliżonych do statusu, jakimi od wieków cieszą się ze strony państwa tradycyjne małżeństwa. Nie chodzi już "tylko" o legalizację czynów homoseksualnych i ich publicznej propagandy, ale o legitymizację tej dewiacji. Nadanie małżeńskich przywilejów sodomitom i lesbijkom oznacza bowiem, że władze cywilne nie są już jedynie ślepe na dobro i zło (co jest tradycyjnym postulatem liberałów), ale nadają specjalne ułatwienia jednej ze stron. Jakkolwiek patrzeć, czym innym jest przecież gwarantowanie przez państwo bezkarności homoseksualnym aktom i propagandzie, a czym innym jest przyznawanie z racji prowadzenia określonego stylu życia określonych ulg i przywilejów. Instytucja homoseksualnych "małżeństw" albo choćby "rejestrowanych związków partnerskich" oznacza bowiem już nie tylko legalność i bezkarność dla zboczeń, ale ich faworyzację.

... aż do tyranii
Być może, z pewnym trudem, ale jednak, dałoby się uzgodnić postulat wprowadzenia homoseksualnych "małżeństw" z kanonami liberalizmu. Ostatecznie w ideologii liberalnej główny akcent jest położony na wolności, a nie równości. Dlatego, nie jest wykluczone, że przy zagwarantowaniu wolności wszystkim zachowaniom o charakterze dobrowolnym państwo liberalne uprzywilejowywałoby te formy życia, które uważa za pożyteczne i godne szczególnej pielęgnacji.
Zupełnie jednak nie widać sposobu, jak pogodzić liberalne spojrzenie na państwo i prawo z coraz silniejszym dążeniem prohomoseksualnego lobby do ustanowienie praw karnych wymierzonych w tzw. homofobię. Przez homofobię rozumie się tu zaś mniej lub bardziej stanowczą krytykę zachowań homoseksualnych albo wszelkie działania mające charakter praktycznego sprzeciwu względem tejże patologii. Warto zaznaczyć, że w zakres kryminalizowanych zachowań nie wchodzą wyłącznie wypowiedzi, które wprost nawoływałyby do bicia, zabijania, więzienia zboczeńców. Podobnie nie zabrania się jedynie czynów, które polegałyby na przymuszaniu homoseksualistów i lesbijek do zmiany swych obyczajów. Ostatnie wydarzenia wskazują dobitnie, że pro-"gejowski" establishment dąży do wprowadzenia jak najszerszego zakazu krytyki homoseksualnego stylu życia. Najjaskrawszym tego przykładem jest głośna sprawa zielonoświątkowego pastora Ake Greena ze Szwecji. Człowiek ten początkowo został skazany na karę więzienia za wygłoszenie kazania, w którym wskazywał, że sodomia jest wielką obrazą Pana Boga i grzechem niszczącym godność ludzką i społeczeństwo. W Wielkiej Brytanii z kolei ustanowiono prawo, które zabrania piętnowania wyrażania czułości przez osoby tej samej płci w restauracjach i miejscach publicznych. Co więcej, na mocy tego samego przepisu zakazano właścicielom prywatnych pensjonatów i hoteli odmowy udzielenia noclegu parom homoseksualnym. Brytyjska policja ma też obowiązek reagować na wszelkie doniesienia o "homofobii". Znana brytyjska pisarka Lynette Burrows w grudniu 2005 r. została na podstawie tego przepisu wezwana na policję i poddana przesłuchaniu, albowiem w programie telewizji BBC, powiedziała, że sprzeciwia się zarówno związkom "gejowskim", jak i adoptowaniu przez takie pary dzieci.
(?)
Mirosław Salwowski
Wyświetlony 3126 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.