Wydrukuj tę stronę
sobota, 31 lipiec 2010 11:40

Wandejska droga krzyżowa

Napisane przez

Pozostała chrześcijańska i katolicka, przeto duch rojalizmu żył w tym zakątku Francji. Bóg zdawał się zachować ten wzór społeczeństwa, ażeby nas nauczyć, o ile lud, któremu religia dała prawa, jest trwalej ukonstytuowany niźli lud, który sam uczynił się swym własnym prawodawcą ? Chateaubriand.

 

W roku 1793 zapadło we Francji wiele spektakularnych wyroków śmierci. Nowy rok (jeszcze według kalendarza juliańskiego) powitano skazaniem króla Ludwika XVI (21 stycznia). Po przejęciu na wiosnę władzy przez jakobinów i rozwiązaniu klubu żyrondystów, zaczęto skazywać samych żyrondystów. Jesienią spadły głowy m.in. Brissota, Vergniauda i Rolanda. Kilka tygodni wcześniej (16 października) ścięta została wdowa po Ludwiku, Maria Antonina. Poza tym, gilotyna pracowała bez przerwy, ścinając osoby mniej znaczące. Wszystkie jednak inne wyroki, które zapadły tego roku, bledną wobec tego, który ustanowił swoim dekretem z 1 sierpnia Komitet Ocalenia Publicznego. Na całkowitą zagładę skazano cały kraj ? lojalną wobec monarchii Wandeę. Ministerstwo wojny miało wysłać do Wandei materiały palne różnego rodzaju, by podpalić lasy. Żołnierzom kazano przebić ostrzem bagnetu wszystko, co napotkają żywego na drodze. Mienie Wandejczyków miało być skonfiskowane i zadeklarowane jako należące do Republiki. Mężczyźni mieli zginąć, by nie walczyli z rewolucją, kobiety ? by nie rodziły żołnierzy, dzieci ? żeby nie wyrosło z nich następne pokolenie bandytów.
Jak pisał Waldemar Łysiak we "Francuskiej Ścieżce", Ludność Wandei, bardzo przywiązana do swej religii i tradycji, nie pokochała jakobinów. Z Paryża przysyłano tu cwanych zarządców, komisarzy, strażników (w ówczesnym języku francuskim "strażnik opieczętowanych dóbr narodowych" i "złodziej stały się synonimami") i okrutnych żołdaków, którzy panoszyli się bezceremonialnie. Nic dziwnego, że tliły się w tej prowincji zarodki buntu. Wandea pierwszy raz gorąco sprzeciwiła się "nowemu ładowi" w roku 1792. Jej pierwszymi męczennikami była grupa wieśniaków, która odmówiwszy wzniesienia okrzyku "Niech żyje naród", krzyknęła "Niech żyje król". Jako żywo, sytuacja przypomina tę ze starożytnego Rzymu, kiedy pierwszych chrześcijan mordowano za odmowę palenia kadzideł cezarom. W roku 1792 doszło do rozruchów, jednak większość wieśniaków nie kwapiła się jeszcze do zbrojnego oporu przed rewolucją. Niemało racji miał Jean-Paul Marat, pisząc: Lud porywa się do walki dopiero wtedy, gdy tyrania doprowadza go do rozpaczy. Ileż cierpień zniesie, zanim się zemści! Póki co, Wandejczycy ograniczali się do uczestniczenia ? czym ryzykowali życie ? w mszach odprawianych przez kapłanów katolickich, nie zaś przez lojalnych wobec rewolucji "zaprzysiężonych księży", których Maksymilian Robespierre planował obowiązkowo żenić. Spokój departamentu został zburzony na początku roku 1793. 21 stycznia ścięto Ludwika XVI ? tego samego, któremu Wandejczycy krzyczeli "Niech żyje król". Miesiąc później, 23 lutego rząd postanowił wcielić do wojska trzy tysiące Wandejczyków ? chłopi więc chwycili za broń, lecz znowu nie w imię Republiki i narodu, lecz Boga i króla.
Powstanie to (początkowo przez wyrzynających się wzajemnie wodzów rewolucji lekceważone) było w gruncie rzeczy dla zwolenników władzy ludu ciosem ogromnym ? to właśnie lud był bowiem jego motorem. Na czele oddziałów stawali wprawdzie nierzadko arystokraci, ale z reguły nie z własnej woli, a na wyraźne żądanie chłopów, czasem zaś wręcz pod przymusem. Jeden z późniejszych bohaterów wojen wandejskich, François de Charette, został przez powstańców wywleczony spod łóżka, gdzie się przed nimi schował, i uczyniony wodzem. To lud wciągnął na sztandary hasło "Za Boga i króla".
Chłopska armia, nosząca miano Katolickiej i Królewskiej, była zupełnie nieprzygotowana do prowadzenia wojny. Skąd zresztą przygotowanie to miało się wziąć? Chłopi nie mieli broni, a zresztą nawet gdyby mieli, brakowało im doświadczenia w obejściu z nią. Używali więc tego, co mieli ? między innymi tak bliskich sercom Polaków kos postawionych na sztorc. Mimo to powstańcy odnosili początkowo wielkie sukcesy. 18 czerwca zdobyli Angers, jedno z większych miast zachodniej Francji, otwierając tym samym sobie drogę na Paryż. W tym momencie jednak pokazał się jednak chłopski charakter armii: spora część żołnierzy rozeszła się do domu na... żniwa.
Tymczasem rewolucjoniści otrząsnęli się po porażkach i postanowili "ostatecznie rozwiązać kwestię wandejską". Zapadł wyrok śmierci, do Wandei wysłano najlepsze oddziały rewolucyjnej armii, nakazując im wytępienie "bandytów z Wandei" przed końcem października.
Wojna domowa zawsze jest wojną szczególnie okrutną. Przypadki okrucieństwa zdarzały się nie tylko po stronie armii republikańskiej ? rozwścieczeni chłopi wandejscy nieraz wyrzynali swoich jeńców lub mieli taki zamiar. Najczęściej jednak drogę zastępowali im dowódcy. Bo o ile w armii republikańskiej rozkazy idące z samej góry były klarowne: żołnierze mieli palić co się dało i mordować kogo się dało, o tyle dowódcy Wandejczyków nakazywali wypuszczanie jeńców (po obcięciu im włosów i otrzymaniu przyrzeczenia, że już nigdy nie będą walczyć przeciw królowi ? schwytani ponownie i rozpoznani po ściętych włosach, mieli być zabijani). Zachowały się też świadectwa, że żołnierze Armii Katolickiej i Królewskiej starali się unikać zabijania innowierców, święcie wierząc, że zamkną im tym samym drogę do Zbawienia. Gwoli uczciwości wspomnieć należy, że również armia rewolucyjna miała w swoich szeregach ludzi honoru (jakkolwiek dziwnie by to brzmiało). Chateaubriand: Generał Qutineau na przykład, był godnym i szlachetnym wrogiem Wandejczyków; stąd też został rozstrzelany przez swe stronnictwo, które uczyniło zbrodnię z jego cnót.
Powstańcy walczyli z wielkim męstwem, nadal wygrywając niemało potyczek ? mimo że jak pisał Chateaubriand, Na polu bitwy widać było, naprzeciw oddziałów republikańskich, chłopów w sabotach, ubranych w brunatny lub niebieski kusak, przewiązanych pasem z chust (...) Kiedy Wandejczycy mieli szablę, przywiązywali ją do boku sznurem, w ten też sposób zawieszali na ramionach strzelby. Niemal każdy powstaniec nosił zaczepiony na piersi święty obrazek. Do boju szli odmawiając Różaniec. Nie na darmo byli synami tej samej ziemi co święty Ludwik Maria Grignon de Montfort (1673-1716), autor hasła "Totus Tuus", które ćwierć tysiąclecia po jego śmierci stało się dewizą pontyfikatu Jana Pawła II.
(?)
Piotr Tadeusz Waszkiewicz




 

 

 
Wyświetlony 3534 razy
Piotr Tadeusz Waszkiewicz

Najnowsze od Piotr Tadeusz Waszkiewicz

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.