sobota, 31 lipiec 2010 15:03

W jak Wypaczenie

Napisał

Autorzy "Matrixa" zdecydowali się na uraczenie nas filmową adaptacją antytotalitarnego komiksu "V jak Vendetta" (można go dostać po polsku). Na pierwszy rzut oka interpretacja filmu i jego treści może się wydać niezwykle prowolnościowa. Pikanterii dodaje fakt, że wiele antyetatystycznych kręgów zachwyciło się nową pozycją braci Wachowskich. Niestety, dokładniejszy ogląd sprawy, szczególnie gdy porównamy film do komiksu, pokazuje, że film okazał się poważnym wypaczeniem, które służy demokratycznej propagandzie.

Akcja rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości, w Wielkiej Brytanii, gdy po rządach Thatcherowej do władzy doszła "skrajna prawica", reprezentowana przez nurt nazistowski. Na miejsce dzisiejszego socjaldemokratycznego ładu przyszło państwo faszystowskie, kontrolujące życie obywateli, wzorowane na kształt Wielkiego Brata z powieści Orwella. Wolność słowa praktycznie nie istnieje, jakiekolwiek kwestionowanie oficjalnej linii partii kończy się założeniem czarnego worka na głowę. Prawo staje się czystym instrumentem, umożliwiającym realizację z góry postawionych celów stronników faszyzmu. W tych okolicznościach, prawdziwego tryumfu prawa pozytywnego nad naturalnym, pojawia się główny bohater, tajemniczy "V", który wypowiada wojnę państwu policyjnemu.

Zarówno w filmie, jak i w komiksie, to właśnie postać głównego bohatera jest najważniejsza i zasługuje na szczególną uwagę. V jest prawdziwym uosobieniem arystokratycznego superbohatera, intelektualisty, wyróżniającego się od reszty społeczeństwa. Wyraźnie odcina się swoją postacią od kolektywistycznych superbohaterów, takich jak Spiderman, który jest zwykłym chłopakiem z sąsiedztwa, bez specjalnych umiejętności i wiedzy. W przypadku Spidermana tylko przypadkiem się złożyło, że został bohaterem ? mutacja w wyniku ukąszenia radioaktywnego pająka dostarczyła mu nadprzyrodzonych umiejętności. V nie jest też przeciętniakiem pokroju Johna Connora z "Terminatora", który w otoczeniu paradoksów czasowych został po prostu postawiony w roli wielkiego przywódcy ludzkości, mimo że w rzeczywistości jest słabym psychicznie uciekinierem żyjącym na ulicy. Tymczasem w przypadku Vendetty od samego początku i przez cały film nie mamy ani odrobiny wątpliwości i dobrze wiemy, dlaczego V jest tym kim jest, bowiem od pierwszej minuty przekonuje nas o swojej wyjątkowości.
Pierwsza rzecz, jaka nas uderza w tej postaci, to właśnie jej arystokratyczność i elitarność. V zaznajomiony jest z kilkoma językami, a niezwykle często obdarowuje nas poezją i wspaniałymi cytatami. Nie słucha Rolling Stonesów, lecz jazzu (bez obrazy, nie mam nic do Stonesów). Kiedy wysadza w powietrze gmach sądu, w tle nie puszcza U2, lecz uwerturę Czajkowskiego (do U2 też nic nie mam). Jego ulubionym filmem jest "Hrabia Monte Christo" Dom, w którym mieszka, jest pełen różności z wielu epok, którymi zachwycaliby się znawcy sztuki i historii kultury. Cała jego postać otoczona jest teatralnymi rekwizytami, które nadają mu niesamowitą charyzmę. Strój, peleryna, maska, kapelusz i peruka nie tyle skrywają prawdziwe oblicze, co raczej je uwypuklają. Nie jest bowiem w istocie ważne, jaka twarz kryje się za tą maskaradą. Zresztą, jak to ładnie powiedziano w "Batmanie" (inny arystokratyczny bohater) ? nie jest ważne, kim się jest pod powłoką, bowiem to nasze czyny nas definiują.
Spod stroju naszego bohatera wydobywa się głos Hugo Weavinga, znanego wszystkim z "Matrixa" Agenta Smitha, który swoim magnetyzmem bronił komputerowego zniewalającego systemu, który w dalszych częściach chciał w całości przejąć. Tym razem jednak jest bohaterem pozytywnym i mimo że nie widzimy jego twarzy praktycznie ani razu, to jednak przyciąga nas samymi wypowiadanymi kwestiami i głosem. V nazywa siebie "królem dwudziestego wieku", zdając sobie sprawę ze swojej wyjątkowości i tego, jak ważną rolę ma do odegrania. A jego cel jest jednoznaczny: zniszczyć totalitarne państwo, które zniewala ludzi.

Z pozoru może się wydawać, że V jest terrorystą, który w brutalny sposób próbuje obalić obowiązujący porządek, bowiem w ogóle nie akceptuje prawa stanowionego, konsekwentnie wykonuje wyroki śmierci na konkretnych osobach i nie cofa się przed niszczeniem państwowej infrastruktury przez wysadzenie pustych budynków. Nic dziwnego, że amerykańscy neokonserwatyści, jakże bardzo kochający wielkie państwo, są niezwykle oburzeni tym dziełem, które ich zdaniem jawnie propaguje terroryzm.

Problem jednak polega na tym, że ani trochę nie zrozumieli przesłania filmu. Jeśli V jest terrorystą, to jest nią również Antygona. V nie uderza bezmyślnie w obowiązujące prawo po to, aby zaprowadzić chaos i zniszczenie. Wprost przeciwnie, jego postać, sentencje i czyny wyraźnie wskazują na to, że kierują nim idee prawa naturalnego. Nie jest tak, że zamierza podważyć prawo w ogóle ? raczej zamierza się sprzeciwić temu, co Bastiat określił jako prawo, które de facto jest bezprawiem. A tak dokładnie wygląda państwo totalitarne, stworzone przez partię faszystowską. System przez nią zaprowadzony, oparty na terrorze i pełnej kontroli życia obywatela, zasługuje tylko na jedno: kompletne zniszczenie i dziwić może fakt, że ktoś z cywilizacji zachodniej może to kwestionować. W komiksie bohater mówi o tym, jak jego "ukochana" (prawo) zdradziła go i została zdeprawowana przez nowy reżym.

Akty uśmiercania kolejnych osób to nie ślepe wykonywanie "sprawiedliwości dziejowej", czy też realizacja marksistowskiej rewolucji. V dobrze wie, kogo i dlaczego zabija, uznając, że działa sprawiedliwie. Kara śmierci, którą wykonuje na kolejnych oprawcach, jest zemstą wykonaną za ich wcześniejsze zbrodnie ludobójstwa. Ma to konkretny i indywidualistyczny wymiar. V nie zabija ślepo policjantów czy też przedstawicieli partyjnych, lecz osoby, które prowadząc obóz koncentracyjny zabiły wielu ludzi. Jeden z oprawców, dręczony wyrzutami sumienia z wielką ulgą przyjmuje do wiadomości fakt, że sprawiedliwość wreszcie się o niego upomniała i będzie mógł umrzeć spokojną śmiercią. I nawet w tej scenie jest miejsce na żal za popełnione czyny i przebaczenie.

Kiedy pewna osoba trafia do posiadłości głównego bohatera, dowiaduje się, że wszystkie rekwizyty, które zdobył, pochodzą z "majątku" ministerstwa. Zaskoczona i zdziwiona pyta zatem czy zostały one ukradzione. Na co V odpowiada z rozbrajającą szczerością najbardziej prowolnościową kwestię: kradzież zakłada własność, a skoro ministerstwo nie jest prawowitym właścicielem, to jak można nazwać jego akt kradzieżą? To pokazuje wyraźnie, że bohater dobrze wie, co jest złe, a co dobre. Zdaje sobie sprawę z tego, że istnieją pewne uniwersalne kategorie moralne, które opisują rzeczywistość, w której mu przyszło żyć. Kategorie, które nie mogą zostać podważone przez żadnego człowieka i żadną ustawę. Ani na chwilę nie popada w relatywistyczne mamrotanie czy też niemożliwość poznania prawdy o świecie, odróżnienia dobra od zła i inne podobne postmodernistyczne koszmary. W rzeczywistości widzimy coś dokładnie przeciwnego ? nasz bohater od początku staje w obronie dobra, co do istnienia którego nie ma żadnych wątpliwości, i za wszelką cenę chce bronić idei sprawiedliwości. Nie jest żadnym żądnym chaosu Maxem Stirnerem, który chce wszystko wysadzić w powietrze, a potem wieczorem skonsumować upieczonego na satanistycznej mszy czarnego kota.
(?)
Mateusz Machaj
Wyświetlony 4524 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.