niedziela, 29 sierpień 2010 05:51

Niska frekwencja wyborcza

Napisane przez

W bardzo wielu komentarzach powyborczych pojawia się psioczenie na naród z powodu bezprecedensowo niskiej, bo tylko 40%, frekwencji. Znowu dowiadujemy się, że polskie społeczeństwo jest rzekomo niedojrzałe. Według komentatorów Polacy nie zasługują na dobry rząd, skoro aż 18 milionów wyborców nie chciało skorzystać z prawa oddania głosu.

 

Tymczasem bojkot wyborów był postępowaniem najzupełniej rozsądnym. Czynne prawo wyborcze jest bowiem nic nie warte, jeśli obywatele są pozbawieni prawa biernego, czyli prawa do samodzielnego zgłoszenia swojej kandydatury. Jakość ustalanych odgórnie list kandydatów jest niska. Aż dziw, że tylko 60% obywateli odstraszonych zostało od udziału w wyborach. Obecny sposób tworzenia list kandydatów ma swój rodowód w czasach PRL, kiedy każdy wprawdzie miał prawo głosować, ale tworzyć listy wyborcze mógł tylko Front Jedności Narodu.

 

W Wielkiej Brytanii, aby umieścić swoje nazwisko na liście kandydatów, wystarczy zebrać 10 podpisów i wpłacić 500 funtów kaucji, która jest zwracana w wypadku uzyskania co najmniej 5% oddanych głosów. Polska ordynacja pozwala jedynie na wystawienie swej kandydatury do Senatu, stawiając jednak nienaturalnie wysoką barierę zebrania 3000 podpisów. Uzyskanie takiej ilości podpisów wymaga co najmniej 500 godz. robocizny. Ponieważ pracę tę trzeba wykonać w krótkim czasie, kandydat do Senatu musi dysponować całym aparatem zbierających podpisy wolontariuszy, bo ordynacja zabrania pobierania za to wynagrodzenia. W wyborach do Sejmu, które są o wiele ważniejsze, ordynacja nie daje obywatelowi nawet takiej, utrudnionej, możliwości kandydowania. Prawo samodzielnego zgłoszenia się na listę kandydatów jest obywatelom III RP odebrane. Każde nazwisko na listach kandydatów do Sejmu znalazło się tam wyłącznie dzięki nieznanym wyborcom układom i zabiegom, odbywającym się na wiele tygodni przed wyborami. Co więcej, realne szanse na mandat mają tylko ci z nich, których protektorzy dysponują wielomilionowym majątkiem, potrzebnym do zgłoszenia setek kandydatów i prowadzenia kampanii umożliwiającej zebranie co najmniej 5% głosów w skali kraju. Z kolei spośród tych, największe szanse mają najposłuszniejsi wobec protektorów, czyli ci umieszczeni na początku listy. Niereprezentatywny i korupcjogenny skład Sejmu został już więc przesądzony na długo przed dniem 25 września.
Legalność wyborów do Sejmu III RP podważona jest nie tylko przez brak powszechnego, biernego prawa wyborczego, ale także przez nieprzejrzystość procedur. W odróżnieniu od Wielkiej Brytanii, Francji, Szwajcarii, USA i innych krajów demokratycznych, polscy obywatele nie liczą sami głosów i nie ogłaszają sami, kogo wybrali. Robi to za nich specjalna agencja centralnej administracji państwa. Cóż zresztą mówić o liczeniu głosów samemu, kiedy nawet wyjęcie kart z urny i liczenie głosów nie odbywają się publicznie. Uniemożliwia to zwykłym obywatelom i mediom choćby tylko obserwowanie procesu. Nawet wykonana z dykty urna wyborcza robi wrażenie teatralnego rekwizytu. Jakby chciano w ten sposób podkreślić, że wybory w III RP są tylko zabawą na niby, naigrawaniem się z publiczności, która w tej szaradzie pełni jedynie rolę biernych statystów.
(?)
Tomasz J. Kaźmierski
Wyświetlony 4384 razy
Więcej w tej kategorii: « Scripta volant? Judym na wizji »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.