wtorek, 31 sierpień 2010 21:15

O jedyną rzeczywistą lustrację

Napisane przez

Piękna kobieta, była ministra skarby (do tej pory mówiło się "skarbu", ale trzeba to zmienić), profesora doktora habilitowana Kamela Sowińska, pierwsza (albo druga, obok premiery-ministry Jarugi-Nowackiej) szefowa partii politycznej (uff! Na szczęście, zarówno "partia", jak i "unia", są rodzaju żeńskiego) występowała niedawno w programie polityczno-humorystycznym Jerzego Kryszaka.

Na końcu tej zabawnej audycji (w tonie jak najbardziej serio) Kryszak zapytał Panią Profesorę Doktorę, jakie byłoby jej pierwsze posunięcie, gdyby wygrała wybory i została Premierą? "Wymieniłabym elitę polityczną" ? padła bezkompromisowa odpowiedź. Na takie dictum acerbum, nawet nie zapominający na ogół języka w gębie Jerzy Kryszak zaniemówił. Kiedy jednak odzyskał głos, wystękał coś w rodzaju: "Jak? To przecież bardzo skomplikowana i rozległa sprawa?". Wcale nie, odparła nasza bohaterka, 460 + 100, tj. około 600 osób. To nie jest wcale tak dużo.
Ostatniego dnia 2004 roku kończył urzędowanie Rzecznik Interesu Publicznego, sędzia Bogusław Nizieński. Tuż przed swoim odejściem udzielił wywiadów, w których oznajmił, że z rejestrów esbeckich wynika, że ok. 600 osób z pierwszych stron gazet, to zarejestrowani tajni współpracownicy służb specjalnych. Niestety, nie może on przedstawić im zarzutów, ponieważ ich teczki pracy zostały całkowicie wyczyszczone. Jest to informacja wiarygodna, bo wiele moich kolegów z czasów podziemia, informowało mnie o tym, że ich teczki też zostały wyczyszczone i kiedy IPN udostępnił im wgląd w teczki, okazało się, że są puste, lub prawie puste. Współgra to również z innymi doniesieniami z IPN, że w latach 80. SB rekrutowała około 10 tysięcy nowych TW rocznie.
Występując w sobotę, 8 stycznia, w telewizyjnym programie "Linia specjalna", szef Platformy Obywatelskiej Donald Tusk, zapewnił, że jego partia, po przejęciu władzy, przeprowadzi do końca lustrację, odtajni esbeckie archiwa i umożliwi każdemu obywatelowi wgląd w jego teczkę. Przy okazji zapewnił, że on sam będzie nadzorował układanie list kandydatów do Sejmu, żeby nie prześlizgnął się żaden człowiek nieuczciwy, żaden agent, tylko ludzie nieposzlakowani. Wyborcy bowiem nie mają tej wiedzy, którą ma Donald Tusk, mogą się więc mylić. Dlatego on musi zagwarantować, aby wszystko było w porządku i wziąć na siebie odpowiedzialność. On się odpowiedzialności nie boi. Skąd jednak Donald Tusk weźmie wiedzę o tym, kto był, a kto nie był tajnym agentem? Tego nie powiedział, co oznacza, że musimy mu po prostu zaufać.
W ostatnich tygodniach podniósł się wielki jazgot wokół lustracji i szereg nowych faktów "lustracyjnych" wywołało wielkie emocje. Zaglądam na stronę www.prawica.net, gdzie pojawiają się różne artykuły, na tematy bardziej i mniej ważne. Artykuły te są komentowane przez czytelników. Otóż żadna sprawa nie wywołała takiej lawiny komentarzy, jak sprawa związana z lustracją i ujawnieniem materiałów IPN, w szczególności sprawa prof. Jerzego Kłoczowskiego. Nie mam zamiaru zabierać w tej sprawie głosu, zwracam tylko uwagę na fakt niebywałego rozemocjonowania ludzi, którzy poza tym, wykazują raczej wstrzemięźliwość w wypowiadaniu się na tematy dużo ważniejsze.
Już dawno pojawiały się zarzuty, że w sytuacji, gdy takie ilości "teczek" zostały zniszczone lub usunięte, kontynuowanie lustracji ma sens niewielki. Odpowiadał na to sam sędzia Nizieński, że złodziei też się wszystkich nie łapie, a łapać ich trzeba. To prawda. Tylko jakie znaczenie dla Państwa Polskiego ma złapanie kilkuset złodziei rowerów, iluś tam księgowych itp. itd., gdy jednocześnie ci najważniejsi i najgłówniejsi "złodzieje", którzy, na dodatek, kierują częstokroć głównymi agendami państwa, pozostają bezkarni i poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości? W sytuacji, gdy ok. 600 osobom z pierwszych stron gazet nie można postawić zarzutu, jaka jest gwarancja, że lustracją nie kierują ludzie, którzy w pierwszym rzędzie sami powinni zostać zlustrowani? Jaka jest gwarancja, że nie sądzą nas ludzie, którzy pierwsi powinni być sądzeni? Bo przecież nawet dziecko rozumie, że poza teczkami w Warszawie i w innych filiach "służb", najważniejsze teczki były w Moskwie, i nadal tam są, i żaden polski lustrator nie ma do nich dostępu.
Na początku roku 1991, główny specjalista kontroli państwowej, Michał Tadeusz Falzmann, widząc niechęć swoich przełożonych do zajęcia się na serio sprawą FOZZ, skierował się do ludzi poza służbą. Jego pierwszymi rozmówcami byli ministrowie stanu, bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy, minister Jerzy Eysymont, minister Jerzy Grohmann, senatorowie i posłowie. Kiedy po paru miesiącach, w lipcu 1991, złożyliśmy ciało Michała Falzmanna do grobu, razem z prof. Mirosławem Dakowskim, kontynuowaliśmy jego dzieło. Przedstawialiśmy materiały i rozmawiali z ministrami (nota bene, naszymi osobistymi znajomymi), z ministrem sprawiedliwości Wiesławem Chrzanowskim i jego zastępcą, z ministrem obrony Janem Parysem, z ministrem spraw wewnętrznych Antonim Macierewiczem, z ministrem pracy i płacy Jerzym Kropiwnickim i innymi znakomitymi politykami tamtego (i dzisiejszego!) czasu. Tłumaczyliśmy i prosiliśmy: chwyćcie za nitkę FOZZ-u, pociągnijcie za nią, a cała komunistyczna agentura spruje się jak stary sweter! I ludzie to zrozumieją, i poprą was, bo te nici to nie będą jakieś "teczki" czy oświadczenia o współpracy, ale kwity bankowe i inne, ujawniające udział w rozgrabieniu państwa, co w tamtych czasach ówczesny kodeks karny kwalifikował jako zbrodnię.
Nie uczynili nic. A przecież mieli wszystkie instrumenty w ręku. Premier, jego minister spraw wewnętrznych, jego minister obrony razem z ministrem sprawiedliwości z pewnością, 13 lat temu, nie potrzebowali nikogo pytać o pozwolenie, o odtajnienie tajnych materiałów, byli jedyną władzą w państwie. Premier Jan Olszewski, już po upadku jego rządu, oświadczył publicznie, że jego rząd był "za biedny", aby tę sprawę rozwiązać. W roku 2003, na toczącym się od 10 lat procesie autorów Via bank i FOZZ, obaj Bracia Kaczyńscy, zeznający jako świadkowie, wyznali, że książki nie mieli w ręku. Nie mogą się tłumaczyć, że byli za biedni na kupienie naszej książki, bo rozsyłaliśmy ją za darmo. Sprawą FOZZ zainteresowały ich dopiero rewelacje Cliffa Pineiro, który pomawiał ich o korzystanie z pieniędzy FOZZ.
Obecnie, indagowany Jan Rokita oświadcza, że zajmą się sprawą, ale dopiero w dalszej kolejności. Na razie ważniejsze są sprawy Orlenu, PZU itp., a więc sprawy, które są jedynie marnym odbiciem, i konsekwencją, FOZZ.
Dlatego nie wierzymy ani w skuteczność lustracji, ani w skuteczność Donalda Tuska z Janem Rokitą i kim tylko. Przedkładamy uparcie propozycję jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu, w przekonaniu, że tylko wyborcy są w stanie dokonać prawdziwej lustracji, pod warunkiem, że o tym, kto może kandydować nie będzie decydował palec Donalda Tuska, Jana Rokity czy innego wielkiego polityka. Wyborcy nie będą zaglądać do teczek, tylko wybiorą ludzi, których znają i którym ufają, ludzi, sprawdzonych w działaniu publicznym. I nie będą to osoby z pierwszych stron gazet ani z ekranu telewizyjnego. Wybiorą raczej dzisiejszych burmistrzów i wójtów, tych co znają z codziennej pracy dla lokalnej społeczności, sprawdzonych i cieszących się dobrą sławą i zaufaniem.
Bez takiej reformy będziemy się ciągle kręcić wkoło przepełnionego szamba i narzekać, że brzydko pachnie. Jest rzeczą ciekawą, że liderzy Platformy, kiedy już ogłosili o zebraniu 700 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie JOW, nagle zamilkli i w ich rozlicznych wypowiedziach telewizyjnych, radiowych i prasowych, temat ten się nie pojawia. Zapowiedzieli też, że 6 stycznia złożą zebrane podpisy marszałkowi Sejmu, ale jakoś, zapewne z powodu natłoku ważniejszych spraw, odłożyli to na inny termin.
Musimy dopominać się o ten termin. Musimy domagać się, żeby reforma państwa została przeprowadzona już, zaraz. Dopóki nie wyciekną wszystkie "teczki", tak jak kwity FOZZ, dopóki nie rozejdzie się nie wiadomo gdzie reszta majątku narodowego jak ORLEN, PZU, banki, autostrady i tysiące innych rzeczy.

Jerzy Przystawa
Wyświetlony 5391 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.