wtorek, 31 sierpień 2010 21:16

Polska zasługuje na prawdę

Napisał

Nieoczekiwanie, za sprawą Małgorzaty Niezabitowskiej, uosobienia niewinności, do publicznej dyskusji wróciły "teczki", czyli kwestia przeprowadzenia w Polsce lustracji i dekomunizacji. Tak jak przy poprzednich okazjach, uaktywnili się od razu przeciwnicy dokonywania jakichkolwiek rozliczeń z komunistyczną przeszłością.

W liście otwartym do prezesa IPN głos zabrała m.in. trójca: Władysław Frasyniuk, Bogdan Lis i Zbigniew Bujak. Powołują się oni na swoją podziemną przeszłość ? a więc dają do zrozumienia: "My się na tym znamy i mamy większe od innych prawo moralne do wypowiadania się w tym względzie". Ale skoro tak, to ponieważ mam podziemny staż dłuższy od każdego z nich, mój głos powinien proporcjonalnie więcej ważyć, niż ich. A ja od 15 lat nawołuję do lustracji i dekomunizacji.
Jak przystało na autorytety, trójca z zaniepokojeniem przyjmuje fakt, że do sprawy wtrącają się ludzie, którzy często z naszym ruchem nie mieli nic wspólnego. Zaraz, zaraz... A od kiedy to monopol na oceny moralne, badanie przeszłości i w ogóle na cokolwiek ma nasz ruch? Dlaczego ktoś, kto w podziemiu nie uczestniczył, choćby z racji wieku, nie ma prawa zabierać głosu i żądać rozliczenia krzywd wyrządzonych ojczyźnie? Czyżby zbrodnie, na przykład, na akowcach mogli ścigać jedynie żołnierze AK?
Autorów listu martwi też, że do przeprowadzenia rewizji oceny tamtego okresu dążą również ci, którzy nawet z zapałem uczestniczyli w aparacie władzy stanu wojennego. Spieszę uspokoić targanych niepokojem herosów: ci, którzy uczestniczyli... itd., są nieodmiennie przeciw. Czyli głoszą w sumie to samo, co nasi subtelni moraliści.
Ale jest w tym fragmencie jeszcze pewne nagięcie przedmiotu sporu. Oto utożsamiono ujawnienie donosicieli i agentów z próbą rewizji przeszłości, a to jest pewnego rodzaju nadużycie. Znowu sięgając po historyczną analogię: ujawnienie agentów gestapo stanowić miałoby jakąś rewizję heroicznej przeszłości AK? Rzecz jasna, każdy nowo poznany element wnosi coś do globalnego obrazu, ale czy to źle? Czy poznanie prawdy jest szkodliwe?
Oczywiście, Frasyniuk & Co. obawiają się, że w wyniku lustracji agentami bezpieki okaże się część "historycznych przywódców" Solidarności. Od prawdy wolą utrzymanie podejrzeń i niepewności, wolą wirtualną historię. Wolą, by za bohaterów uchodziły osoby zhańbione.
Dalej w swym liście trzej panowie wzruszają się losem działaczy złamanych przez bezpiekę szantażem i stwierdzają, że ich ujawnienie będzie opluwaniem pamięci tych, którzy dla niepodległej Polski ponieśli ofiarę życia. Przyznam, że to jedna z najgłupszych rzeczy, pod którymi podpisał się Władek Frasyniuk ? nie będę zarówno komentował jej logiki, jak i oceniał od strony moralnej.
Nie wiem, z jaką częstotliwością panowie Bujak, Frasyniuk i Lis wydają wspólne dokumenty. Ja w każdym razie nie pamiętam żadnego od lat (nie mogę powiedzieć, bym spijał każde słowo z ich ust, więc może, coś przegapiłem). Wydaje się, że tym razem uznali oni, iż ojczyzna wzywa ? sytuacja jest tak poważna, że trzeba koniecznie zabrać głos. Żadne inne sprawy (bezrobocie, służba zdrowia, wybory, reformy, afery...) tego nie wymagają, natomiast groźba ujawnienia kapusiów ? tak! Zadziwiające, gdy zachowują się w taki sposób "przywódcy podziemia". Nie sugeruję bynajmniej, że działacze ci sami byli "umoczeni". Nie, oni po prostu tak przejęli się duchem porozumienia narodowego zawartego przy okrągłym stole, tak są ekumeniczni i tak honorowi, że ochronę interesów dawnego przeciwnika przedkładają nad cokolwiek innego. Być może jest też w tym jakaś straszliwie przenikliwa kalkulacja polityczna. Naiwne to w sumie i szkodliwe, ale przy tym w pewien sposób śmieszne. Tym bardziej że to etyczne disco-polo uprawia cała formacja intelektualna aspirująca do roli przewodników narodu, skupiona wokół największej polskiej gazety.
Oficjalnie powiada się, że udostępnienie pełnych zapisów bezpieki spowoduje krzywdę wielu osób, że nikt nie ma prawa sądzić, że to dawne sprawy, których lepiej nie ruszać, i że funkcjonariusze bezpieki fałszowali notatki, a archiwalia są niekompletne, zatem nie oddają pełnej prawdy.
Po kolei więc. Bardziej od rozczulania się ewentualnymi krzywdami dawnych donosicieli skłonny jestem myśleć o krzywdach rzeczywistych, wyrządzonych przez nich z niskich pobudek ? czy to ze strachu, czy dla pieniędzy, czy ze złej woli. Przedkładali dobro własne nad krzywdy innych. W wyniku ich działalności najofiarniejsi, najuczciwsi ludzie, działający na rzecz wolności, trafiali do więzień, tracili pracę, zdrowie, czasem rodziny. Niektórzy do dziś ponoszą tego konsekwencje, nie mogąc, na przykład, wykazać ciągłości pracy, podczas starań o emeryturę.
Ci wszyscy, którzy żałują swojej delatorskiej działalności, którzy ugięli się pod groźbami czy szantażem bezpieki, mieli szansę i sporo czasu na skruchę i ujawnienie się. Tego wymagałoby minimum sprawiedliwości. Skoro z aktami takimi nie mieliśmy do czynienia, to znaczy, że nie należy ich już oczekiwać. Niweluje to więc, przynajmniej u mnie, potrzebę wielkodusznego wybaczenia "w ciemno". Zamiast pokornej prośby o wybaczenie mamy do czynienia z bezczelnymi próbami narzucania swego zdania przez wielu byłych współpracowników SB. Widzimy ich i w ławach sejmowych, i na kierowniczych stanowiskach wielkich państwowych firm, i w telewizji... Wszędzie brylują i uznają (prawem kaduka), że mają prawo nam przewodzić, rządzić, pouczać. Inaczej niż poprzez pełną lustrację się ich nie pozbędziemy.
Indywidualna odpowiedzialność za własne czyny i własną przeszłość to dziś szalenie niemodne. A przecież liczy się to wszystko, co dobrego i co złego uczyniliśmy w życiu. Nikt nie lubi się chwalić własnymi grzechami, ale tylko sprawiedliwy osąd samego siebie daje nam prawo osądzania innych. Oderwanie jednego od drugiego to arogancka hipokryzja.
Fałszowanie zapisów przez bezpiekę jest ulubionym mitem głoszonym przez przeciwników lustracji. Funkcjonariusze SB dokonywali tych zapisów nie dla propagandy przyszłych dziesięcioleci, tylko dla siebie, było to ich narzędzie pracy. Gdyby je z jakiegoś dziwnego powodu falsyfikowali, szybko sami pogubiliby się w tym. Domniemane fikcyjne zapisy w wyniku konkurowania esbeków w ilości zwerbowanych konfidentów to również opowieść dla naiwnych. Wewnętrzna weryfikacja i tu zapobiegała fałszerstwom.
Niekompletność akt nie świadczy o ich nieprawdziwości, a jedynie o tym, że niektórym donosicielom może się upiec. Ale tylko przez jakiś czas, bo gdy światło dzienne ujrzą kiedyś moskiewskie kopie archiwów SB, reszta prawdy wyjdzie na jaw.
Absurdem jest budowanie czegokolwiek na fikcji, opieranie poglądu na rzeczywistość na fałszu. W życiu społecznym niezbędna jest prawda i pewien ład moralny. Wiem, oczywiście, że dla wielu to całkowicie puste słowa. Ale ta ślepota jest szkodliwa tylko wtedy, gdy staje się zaraźliwa.
W telewizyjnej audycji Kamila Durczoka (lewicowej karykatury Jana Pospieszalskiego) Krzysztof Kozłowski poucza zwolenników lustracji, że prawda nie jest czarno-biała i roztrząsa duchowe rozterki donosicieli. Panie Kozłowski, siedziałbyś pan cicho! Gdyby prawda była czarno-biała, domagałbym się dla pana - odpowiedzialnego w dużym stopniu za palenie w r. 1989 i 1990 akt bezpieki - kary co najmniej paru lat więzienia. Zapisuję jednak na rzecz pana obrony naturalne prawo każdego do głupoty i zaczadzenie ideologią totalnego wybaczania wszystkiego wszystkim (z wyjątkiem tych, co się z panem nie zgadzają). Choć na pana niekorzyść przemawia to samo fatalne zadufanie w sobie, które pamiętam sprzed lat. Nadal pan chce pouczać?
W tej samej audycji Zbigniew Bujak powiada, że do oceny kogoś jako kandydata na posła czy urzędnika wystarczy mu spojrzenie w oczy i rozmowa, a nie żadne "papiery policyjne", jak to z pogardą nazwał. A przecież te papiery są częścią przeszłości każdej z tych osób, mówią o ich wiarygodności, o ew. skłonności do zdrady, podatności na przekupstwo lub pochlebstwo. Czy to jest bez znaczenia? Niechęć do poznania prawdy wystawia świadectwo samemu Bujakowi, znawcy charakterów! A może głębokie wejrzenie przezeń w oczy kandydata na posła zastąpi całą lustrację?
Niezbędnym dopełnieniem lustracji musi być dekomunizacja. Przecież mówi się o tajnej współpracy. Współpracy z bezpieką, ta jednak była tylko narzędziem. Dysponentami byli rządzący Polską komuniści, do dziś dumnie stający przed kamerami, wypinający piersi do orderów i nadstawiający ochoczo kieszenie. Bez dekomunizacji napiętnowana zostaje jedynie jedna strona zdradzieckiej roboty. Ci, co pociągali za sznurki, pozostają w dużym stopniu bezkarni.
Polska potrzebuje prawdy i na nią zasługuje. Nie może być też tak, by kanalie i bohaterowie w równym stopniu odbierali honory.

 

Romuald Lazarowicz

Wyświetlony 5447 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.