czwartek, 23 wrzesień 2010 12:07

Czarna dziura

Napisane przez

Była sobota, 20 października 1984 roku. 20 października to popularne imieniny - Ireny. Moja mama była Irena. Byliśmy więc z żoną na imieninach u mamy. Także grono krewnych. Nastrój niewesoły, trwał stan wojenny. Pogawędki o sprawach rodzinnych, sytuacji w kraju, narzekania na zaopatrzenie w sklepach. Nagle telefon. Solenizantka była pewna, że dzwoni ktoś z życzeniami. Ale zauważyliśmy, że mama blednie, z trudnością wydusza z siebie jakieś słowa. Odłożyła słuchawkę i powiedziała: - Ksiądz Jerzy Popiełuszko został porwany...

To dzwoniła dawna mamy przyjaciółka bodaj od 1918 r., gdy obie były podlotkami, a do końca życia utrzymywały z sobą kontakt. Tego dnia nie mogła przyjść. Czuła się źle. Zadzwoniła natychmiast po wysłuchaniu ówczesnego Dziennika TVP, na końcu którego podano skąpy komunikat o porwaniu. "Czy już wiecie...". Nie, nie wiedzieliśmy, bo telewizor był wygaszony. Trwało przecież przyjęcie imieninowe.

O jedno zdanie za dużo
Gdy mama obwieściła wiadomość, zapadła cisza. Po chwili uczyniła się nerwowa wrzawa. Nastrój z imieninowego, acz przytłumionego, stał się tragiczny. Baliśmy się o los księdza. Przy stole krzyżowały się rozmaite przypuszczenia. Dlaczego i kto to zrobił (wiadomo, "nieznani sprawcy", ale o co naprawdę chodziło i kto "nieznanymi sprawcami" kierował), czy to tylko próba zastraszenia znanego kapłana, czy skończy się to jego uciszeniem ? na zawsze?
Milena Kindziuk niedawno opublikowała książkę Świadek prawdy. Życie i śmierć księdza Jerzego Popiełuszki (Wyd. Świętego Pawła, Częstochowa 2004). Pisze, że gdy wiadomość o porwaniu dotarła do kościoła św. Stanisława Kostki, wszyscy raczej mieli nadzieję, że został "tylko" porwany właśnie dla zastraszenia. I dalej:
Także władze kościelne nie spodziewały się tak tragicznego końca:
- Śmierci księdza Popiełuszki w ogóle nie braliśmy pod uwagę. Każdy z nas myślał, że on żyje, ja również miałem takie przekonanie ? mówi kardynał Józef Glemp, Prymas Polski. (...) Nikt się nie spodziewał, że ksiądz Jerzy już wtedy nie żył.
Prowadziliśmy z żoną zeszyty, w których dla kontroli budżetu domowego zapisywaliśmy każdego dnia wydatki. Oprócz nich zaś rozmaite znaczące wydarzenia: ze świata, z kraju, rodzinne, domowe. Kontynuuję to, a zeszyty z poprzednich lat przechowuję. Kiedy więc wróciliśmy do domu z tych nieszczęsnych imienin, zanotowaliśmy w zeszycie o porwaniu księdza Popiełuszki, z dopiskiem, że obawiamy się, czy jeszcze żyje. Rzeczywiście. Nie żył już, zamordowany późnym wieczorem 19 października 2004 roku. Może w nocy z 19 na 20 października...
Czy my, w zwykłych domach, lepiej czuliśmy, że skończy się tragicznie? Być może dlatego, że władze kościelne prowadziły z władzami państwowymi rozmowy; bardzo trudne, ale stykały się z osobami przynajmniej udającymi, że są cywilizowane. Natomiast wśród zwykłego społeczeństwa nie było wątpliwości. Krążyło powiedzenie, że "oni mogą wszystko zrobić". Nie doceniliśmy tylko rozmiarów tragedii.

Ulica
Ksiądz Jerzy Popiełuszko nie był zwykłym księdzem, jednym z wielu. Nie był nawet wikariuszem; był tylko rezydentem w parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Ale był kimś znacznie więcej. Duchownym z charyzmą. Nie za sprawą Mszy św. za Ojczyznę. Bo jeśli na te msze przychodziło tylu ludzi i tak były przeżywane, to już przedtem kapłan, który je odprawiał, musiał mieć charyzmę, by ściągnąć wiernych.
Co było dalej ? wiemy. Znów zapisek z zeszytu pod datą 3 listopada (sobota), że pogrzeb księdza Jerzego zgromadził, jak wtedy wyliczano, blisko milion ludzi. Milion ludzi w kościele i okolicy? Wyobraźmy to sobie! Pamiętam, jak ulicami Warszawy płynęła rzeka ludzka w stronę żoliborskiego kościoła. Utknęliśmy z żoną na ul. Stołecznej, jeszcze przed skrzyżowaniem z ul. Krasińskiego. Kto zna Warszawę, ten wie; kto nie zna, niech spojrzy na plan miasta. Kawał drogi od kościoła. Dalej nie można było ruszyć się. Zwarty tłum. Głowa przy głowie. Na zdjęciach dopiero widać to dobrze. Lecz najlepsze zdjęcia nie oddadzą atmosfery. A po pogrzebie 10-tysięczny pochód przemaszerował przez Warszawę...
A od 27 grudnia 1984 do 7 lutego 1985 systematycznie słuchaliśmy radiowych relacji z toruńskiego procesu zabójców księdza. O dziwo, proces odbywał się przy drzwiach otwartych i był transmitowany. Ale pomijając fakt, że ówczesny prokurator generalny PRL starał się zrównać ofiarę z przestępcami, wiele wątków nie zostało wyjaśnionych do dziś.
Jakieś dziesięć lat później przemianowano ulicę Stołeczną na ulicę Popiełuszki. Przy licznych protestach mieszkańców. Że kłopot ze zmianą adresów, że komu szkodziła ta nazwa; żeby ulica nosiła imię jakiegoś komucha, ale ta nazwa to przecież i neutralna i tradycyjna. Znajoma mieszkająca w pobliżu wprawdzie nie protestowała, ale odczuwała pewną niestosowność zmiany nazwy, bo na tej ulicy mieściła się wtedy agencja towarzyska ? przedsiębiorstwo legalne, płacące podatki, a zatem na rozliczeniach podające adres: "ul. księdza Jerzego Popiełuszki". Czy przeczuwała, że agencje towarzyskie tak się rozmnożą? Ileż ulic teraz miałoby niestosowne nazwy? Ulic czy firm? Dziś u wylotu ul. Krasińskiego na ul. Popiełuszki stoi niewielki pomniczek-popiersie księdza Jerzego.
A teraz nasza, polska wina za Jedwabne, za współudział w zbrodni. To osobny i dość szeroko omawiany temat. Jednak go podejmę. Czy wielu było Polaków, którzy przyczynili się do śmierci, wydawali, a może i mordowali Żydów?

(?)
Marek Arpad Kowalski
Wyświetlony 4877 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.