czwartek, 30 wrzesień 2010 10:04

Wolność wyznania według władzy ludowej

Napisane przez

Setki klasztorów likwidowanych w ciągu jednej nocy. Zamaskowane transporty uwięzionych duchownych, obozy pracy przymusowej z wyniszczającymi warunkami bytowymi... Nie, to nie Kambodża Pol Pota, nie Związek Sowiecki w latach trzydziestych ani też nie Tybet w okresie rewolucji kulturalnej. To Polska pod rządami PZPR-u.

W powszechnej świadomości wiedza o prześladowaniu Kościoła w czasach PRL-u ogranicza się do więzienia prymasa Wyszyńskiego i nie więcej, niż kilku podobnych faktów. W rzeczywistości powojenne czterdziestopięciolecie było czasem bezustannego zwalczania wszystkiego, co chrześcijańskie. W różnych okresach zmieniały się jedynie formy i natężenie represji. Od pierwszych dni "władzy ludowej" aresztowania duchownych były integralnym składnikiem nowych porządków. W porównaniu z latami "dojrzalszego socjalizmu" okres instalowania się rządów sowieckich marionetek był jednak czasem względnie dużej swobody Kościoła. UB kontynuowało dzieło poprzednich okupantów, ale równocześnie parafie i zakony odzyskiwały i odbudowywały skonfiskowane przez hitlerowców majątki. Przejmowały też, zwykle zniszczone, mienie kościelne na tzw. ziemiach odzyskanych. Dźwignięcie go z ruin zbiegało się jednak często z konfiskatą budynków przez reżim. W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych rzeczą powszechną było zagarnianie przez komunistów np. swieżo odbudowanych kamienic, których właściciele pozostawali z dnia na dzień nie tylko bez środków do życia, ale i bez szans spłaty ogromnych długów, zaciągniętych w celu podniesienia ze zgliszcz swojej własności. Ten przebiegły proceder w latach stalinowskich dotyczył też setek budynków należących do Kościoła. Towarzysze z PZPR-u pozwolili więc przez kilka powojennych lat cieszyć się właścicielom ich nieruchomościami tylko po to, by potem "upaństwowić" majątki już odbudowane.
Po latach stalinowskich nastąpiło dwudziestolecie nacechowane walką wiernych o prawo budowy świątyń. Komunistyczny sen o osiedlach i miastach bez kościołów owocował kolejnym stadium rzeczywistości absurdu. Bywało jednak, że społeczności zahartowane w zmaganiach z realnym socjalizmem poruszały się w jego kuriozalnej rzeczywistości sprawniej od ociężałych umysłowo aparatczyków. Wymownym przykładem jest historia wrocławskiego kościoła św. Wawrzyńca. Wieloletnie zabiegi o zezwolenie na rozbudowę istniejącej już kaplicy do postaci kościoła zakończyły się zgodą reżimu na to, by dobudować wieże. Nie wieżę, lecz wieże. Brak "haczyka" pod literą "e" pozwolił zinterpretować pozwolenie jako zgodę na budowę "liczby mnogiej" wież. Ortograficzny błąd popełniony przez urzędnika okazywał się szansą rozbudowy miejsca kultu. Parafianie wykorzystali go skwapliwie ? doprowadzając do budowy kilku wież, między innymi tym sposobem przekształcając kaplicę w świątynię o rozmiarach zbliżonych do potrzeb.
Niewielu dziś pamięta, że pod rządami junty Jaruzelskiego PRL stał się, w pewnym aspekcie, krajem największej wolności na świecie. Wynikało to z ustawy o związkach religijnych ? umożliwiającej rejestrowanie i funkcjonowanie na takich samych zasadach, jak Kościół rzymskokatolicki ? związków religijnych liczących już 15 osób. Taka "liberalizacja" służyć mogła tylko jednemu ? legalnemu, bujnemu rozwojowi sekt, co w nadziei komunistów miało przełożyć się na erozję Kościoła, a przede wszystkim ? odciągnięcie od niego przynajmniej części młodzieży. Dzisiejsze tragedie, wynikłe z kryminalnych procederów uprawianych przez sekty, są w części następstwem antykościelnej polityki uprawianej w latach osiemdziesiątych.
Peter Raina w książce Losy sióstr zakonnych w PRL 1954-56. Wysiedlenie, obozy, uwolnienie opowiada o jednym z etapów walki reżimu komunistycznego z polskim Kościołem. W 1953 r. władze PRL zlikwidowały wszystkie niższe seminaria duchowne. Rok później to samo zamierzały uczynić z klasztorami. Na początku lipca 1954 skonfiskowały budynki męskich klasztorów, m.in. w Białymstoku, Łomży, Warszawie, Krakowie i Poznaniu.
Akcję likwidacji żeńskich zgromadzeń zakonnych UB rozpoczęło 3 sierpnia 1954 r. o czwartej nad ranem. Bezpieka, posiłkowana przez MO, ORMO i aktyw PZPR, wypędziła wówczas siostry z 324 domów zakonnych. Pacyfikacje zaczynały się zwykle od dzwonka do furty klasztornej. Zakonnice często pełniły funkcje doraźnej pomocy medycznej. Nocne wezwania do chorych nie były niczym nadzwyczajnym. W takich wypadkach drzwi klasztoru otwierano bez wahania. Tym razem jednak kołatali do nich uzbrojeni ubecy. Czasem okazywali jakiś papier. Wyrażony na nim nakaz eksmisji powoływał się na prawo o stowarzyszeniach, które nie miało żadnego związku z Kościołem i klasztorami, albo na rozporządzenie o granicach państwa. Tak uzasadniony nakaz opuszczenia budynku przedstawiono m.in. siostrze przełożonej w Otorowie. Na uwagę, że wymienione przepisy odnoszą się do strefy nadgranicznej, od której klasztor jest oddalony o blisko dwieście kilometrów ? ubecy wskazywali ostatnie zdanie "dokumentu" mające treść: Od niniejszej decyzji nie przysługuje żadne odwołanie. Komuniści niespecjalnie zawracali sobie głowę pozorowaniem legalności swoich działań. W Różanymstoku siostrom okazano zarządzenie napisane ręcznie kopiowym ołówkiem. Bywało, że pismo pojawiało się dopiero pod koniec akcji pacyfikacyjnej. Charakterystyczną odpowiedzią na protesty było późniejsze stwierdzenie wrocławskiego WRN-u: Władza ludowa jest dość silna, by zmusić każdego do wykonania jej zarządzeń.
Ubekom było całkowicie obojętne to, że naruszają klauzurę, a demolując kaplice, bezczeszczą miejsca kultu. Nie obchodziło ich, że np. przenoszenie nowicjatów wymaga zgody stolicy apostolskiej. Może nawet chodziło o to, że zgodnie z prawem kanonicznym również takie opuszczenie klasztoru przez nowicjuszki jest równoznaczne z ich rezygnacją ze wstąpienia do zakonu. Nikogo z towarzyszy nie wzruszało też, że wywożąc siostry, liczne gminy pozbawiają podstawowej służby medycznej. Wraz z klasztorami likwidacji ulegały prowadzone przez nie internaty, domy dziecka, ośrodki "Caritasu", domy opieki nad starcami i dziećmi upośledzonymi umysłowo. Los pozbawionych opieki był nieistotny. Liczył się "wyższy" cel ? unicestwienie fundamentów polskiego Kościoła.
Pacyfikacje najczęściej przeprowadzano według dokładnie przygotowanego planu. Siły milicyjne otaczały teren akcji. Uwięzione zakonnice wpychano do zaplandekowanych ciężarówek albo autobusów z napisem "Wycieczka". Pozwalano im ze sobą zabrać tylko część dobytku. Dowódcy akcji meldowali jednak o pojawiających się nieprzewidzianych wypadkach ? np. z Katowic oficer UB telegrafował: Matka prowincjałka w Stalinogrodzie wysłała kurierki informujące inne placówki oraz episkopat. Na przyszłość obiekty powinny być tak zabezpieczone, by siostry nie mogły się kontaktować z innymi placówkami. Bywało też, że UB spotykało się ze stanowczym oporem sióstr. Np. benedyktynki w Staniątkach nie otwarły bram przed milicją. Wyłamano więc drzwi, a potem wywlekano siostry siłą. Na nic zdały się argumenty złożenia ślubu stałego miejsca. Nie zawahano się użyć pięści i grozić bronią. Przedłużająca się pacyfikacja spowodowała gromadzenie się wokół klasztoru tłumu wiernych. W czasie akcji milicji jeden z przybyłych parafian doznał zawału serca.

(?)


Peter Raina, Losy sióstr zakonnych w PRL 1954-56. Wysiedlenie, obozy, uwolnienie. Wydawnictwo von Borowiecky, Warszawa 2004

Artur Adamski
Wyświetlony 3703 razy
Więcej w tej kategorii: « E-gospodarka Komunizm i Żydzi »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.