sobota, 02 październik 2010 15:41

Homofobie i filie

Napisane przez

Jesienny numer czasopisma "Fronda", poświęcony problemowi homoseksualizmu, wywołał gorącą dyskusję ze zwolennikami politycznej poprawności. Środowiska gejowskie poczuły się urażone określaniem ich skłonności mianem choroby, którą należy leczyć, pokazaniem, że z homoseksualizmem można się uporać. Słowem, wbrew bardzo silnej współcześnie tendencji do traktowania równo wszystkich orientacji seksualnych, "Fronda" odważyła się nazwać homoseksualizm chorobą, nieprawidłowością, manowcem, z którego warto zawrócić w stronę normalnej, zdrowej rodziny.

Punktem wyjścia stał się przykład holenderskiego psychiatry, który po wieloletnich obserwacjach doszedł do wniosku, że homoseksualizm jest rodzajem nerwicy czy efektem emocjonalnych zranień. Jak zwykle wszystko zaczyna się w domu rodzinnym. Brak lub niedobór ojca, dominacja matki, nieprawidłowy podział ról, wszystko to zaburza w dorastającym człowieku wizję własnej i przeciwnej płci. Wielu psychologów podkreśla też fakt, że w naszej kulturze brakuje obecnie rytuałów inicjacyjnych, które pomagałyby młodym ludziom wejść w dorosłość, zawsze związaną ze światem własnej płci.

Po pierwsze moda
Oprócz tego, że z pewnością wiele jest osób dotkniętych homoseksualizmem z różnych psychologiczno-społecznych przyczyn, współcześnie można zaobserwować pewnego rodzaju modę na tę właśnie orientację, i to zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn. To nie tylko dlatego, że dziś można już się do tego przyznawać.
Moda jest jedną z podstawowych kategorii współczesnej kultury. Decyduje nie tylko o stroju, ale także o wyznaniu, światopoglądzie, jest brana pod uwagę przy podejmowaniu ważnych, życiowych decyzji. Moda ? ogromna siła, której dziś, w dobie wszechobecnych mediów: reklamy, promocji, w jakiejś mierze podlegamy wszyscy. Stanowi ona także pewien dyskurs społeczny. W obrębie tego dyskursu pojawił się właśnie homoseksualizm. Stał się tematem rozmów, wywiadów, przyznają się doń aktorzy, projektanci mody, ludzie wielcy i bogaci. Tym sposobem idea ta jest kreowana, promowana i rozchodzi się szerokimi kręgami po rzeszach zwykłych śmiertelników, czytelników kolorowej prasy, namiętnych "oglądaczy" telewizji, wszystkich uczestników kultury masowej. Zresztą, kto nim dziś nie jest? Każdy na swój sposób marzy o lepszym życiu, konsumpcyjna kultura wymusza nieustanne poczucie nienasycenia, niedoboru. Wizja lepszego świata z homoseksualizmem w tle może być pociągająca.
Swoją drogą we współczesnej modzie jest coś szalenie niebezpiecznego, coś, co pozornie może się wydawać pewną niekonsekwencją. Otóż modna jest dziś kontrkultura. Wystarczy popatrzeć na ubiory: do niedawna podobne prowokacyjne, nonszalanckie kroje dostępne były tylko nielicznym outsiderom. Dziś w ten sposób może ubierać się każdy, w nieco lepszym lub gorszym wydaniu, w zależności od tego, czy korzysta z supermarketów, czy też pozwala sobie na zakupy w markowych sklepach. Ale czy kontrkultura jest jeszcze sobą, kiedy staje się masowa? Czy raczej zamienia się w swoją oszukańczą namiastkę, mieszczańską stylizację? Podstawowa różnica polega na pewnej samoświadomości. Uczestnik kontrkultury, outsider, podejmował o swoim życiu świadomą decyzję i ponosił jej konsekwencje. Bycie odmieńcem stanowiło jego wybór i konstytuowało go. Był to zdecydowanie wybór nonkonformistyczny. Tymczasem obecna umasowiona kontrkultura stanowi raczej swoistą estetykę współczesnego hedonizmu, zwanego po prostu konsumpcją. W obrębie takiej właśnie masowej kontrkultury pojawia się moda na homoseksualizm.

Wieloletnie tradycje
Paiderastia. To greckie słowo oznacza miłość do chłopców. Dokładnie taki sam źródłosłów ma słowo pedofilia, które nabrało jednak nieco innego znaczenia. Greckie pochodzenie pojęcia wskazuje na starożytne korzenie homoseksualizmu. To właśnie Grecy przecież wprowadzili to pojęcie do dyskursu filozoficznego. Jednocześnie homoseksualizm przestał być jedynie jakimś ukierunkowaniem instynktu, popędem, słowem ? częścią natury. Stał się elementem, kategorią kultury. To ważne, żeby widzieć to zjawisko także w tym szerszym, kulturowym kontekście, szczególnie dziś, gdy tak często mówi się o jego naturalności. Śmiem twierdzić, że wizja miłości idealnej, doskonalszej, bo wolnej od biologicznych i prokreacyjnych konotacji, wykreowana między innymi przez Platona, często bywa efektem mniej lub bardziej świadomego wyboru, nie zaś naturalnej konieczności wynikającej z popędu. Jeśli jestem filozofem, tęsknię do świata idei ? tak można było wnioskować ? to także opowiadam się po stronie tej właśnie miłości, która jest bliższa idei wolnej od materialnych obciążeń. Dziś to uwolnienie od konsekwencji prokreacyjnych ma może bardziej praktyczny wymiar. W świecie, który jak ognia boi się nowego życia, homoseksualizm w pełni uwalnia od tego lęku, w przeciwieństwie do pigułki antykoncepcyjnej, pozornie nie dając skutków ubocznych, bo przecież wiadomo, że homoseksualiści należą do grupy bodaj największego ryzyka, jeśli chodzi o zachorowalność na HIV i AIDS.
Proponowana przez starożytnych wizja homoseksualizmu jako doskonalszej formy miłości w jakiś sposób obowiązywała niemal do dziś. Była elementem pewnej mitologii pederastii. Składało się na nią także poczucie, że ta forma aktywności jest przynależna ludziom niezwykłym, nietuzinkowym, mówiąc językiem Nietzschego: dionizyjskim twórcom, szamanom kultury i sztuki, tworzącym w manii, szale, na pograniczu człowieczeństwa, normalności i wszelkiej etyki. Do odmiennej orientacji seksualnej dołączały często także narkotyki, alkohol i inne zmieniające świadomość, nie-zwykłe atrybuty. Stąd pewne społeczne przyzwolenie na homoseksualizm wśród ludzi twórczych. Wiadomo ? oczywiście w sensie potocznym ? że artysta pije, bierze narkotyki, jest homoseksualistą lub w jakimś sensie "zwyrodnialcem", bo sam akt tworzenia wymaga elementu nie-ludzkiego, wykroczenia poza ludzką kondycję. Z tych zaświatów dopiero, które można określić także mianem świata platońskich idei, czerpać można natchnienie, czyli rodzaj nadludzkiej wiedzy o naturze świata.
Oczywiście, mówię tu o pewnym micie, który jednak rzeczywiście jest mocno zakorzeniony w potocznym myśleniu. Nie można nikomu zarzucić nietolerancji w stosunku do ludzi kultury i sztuki, którzy okazali się właśnie homoseksualistami. Orientacja seksualna nie stawała się ich piętnem, bo tym była już ich twórczość. W związku z powszechnym funkcjonowaniem tego mitu homoseksualisty-twórcy, nie było potrzeby legalizowania związków, problemu adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Istnienie na marginesie, poza pewną normalnością dawało poczucie przynależności do nonkonformistycznej i kontrkulturowej elity. Dziś sytuacja bardzo się zmienia. Upada mit. Na fali umasowienia i jednocześnie "spłaszczenia" pewnych idei homoseksualizm traci ten niezwykły sens i kontekst. Kultura masowa przez upowszechnianie uniemożliwia pewną wyjątkowość, niecodzienność i nonkonformizm ? do niedawna immanentne cechy homoseksualizmu. Współczesny homoseksualista nie jest twórcą. To podtatusiały normalny obywatel, człowiek bez właściwości, mąż, ojciec, czytający gazetę w fotelu przed telewizorem po dniu zwykłej, ciężkiej pracy. Rozumiem, że dla niektórych taka wizja może być pociągająca, bo faktycznie noszą w sobie zupełnie normalny, heteroseksualny obraz rodziny i co więcej, zwyczajny, niemal stereotypowy obraz własnej płci. Jestem jednak przekonana, że sam homoseksualizm jako idea, żywy i ważny element kultury, bardzo na tym traci. Zamienia się w puszkę z coca-colą i hamburgera miłości.

Ciąg dalszy nierównouprawnienia
W badaniach na temat wstydu, robionych w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, okazało się, że młodzi ludzie, dobrze wykształceni, akceptują homoseksualizm jako taki, natomiast nie życzą sobie widzieć na ulicy całujących się czy trzymających za ręce mężczyzn. Zupełnie inaczej natomiast postrzegane są homoseksualne kobiety. Wielu mężczyzn uważa nawet za interesujące i podniecające wręcz obserwowanie pary lesbijek "w akcji". Oczywiście, nie chodzi tu tylko o estetykę. Taka odmienność w traktowaniu tego samego zjawiska dla różnych płci wynika, między innymi, z tego, że w naszej kulturze słowo "mężczyzna" i słowo "człowiek" oznaczają właściwie to samo. Kobiety nie są istotami ludzkimi. Stąd baraszkujące w homoseksualnej parze postrzegane są raczej jako miłe zwierzątka, przede wszystkim przyjemne dla oka i sprawiające mężczyznom wiele radości.

(?)
Joanna Sarnecka-Drużycka
Wyświetlony 4094 razy

Najnowsze od Joanna Sarnecka-Drużycka

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.