niedziela, 03 październik 2010 21:11

Pocztówka z Zimbabwe

Napisał

Drodzy Państwo, jeśli macie ochotę na swego rodzaju nostalgiczną podróż w czasie, a przy tym w głąb czarnego lądu..., zapraszamy do ZIMBABWE! Nie chodzi o nostalgię, którą znamy z "Pożegnania z Afryką", nie. Chodzi o nostalgię za PRL...

 

Oczywiście, ustrój oficjalnie deklarowany jako socjalistyczny, wraz z nieodłącznym miłościwie panującym świetlanym przywódcą (Mugabe), który niebaczny na upływ czasu i kolejnych kadencji wciaż się poświęca w swej nieustannej służbie narodowi... Do tego, jak zawsze, obecni wrogowie klasowi, którzy odpowiadają za wszystkie problemy z suszą na czele... Niejednemu towarzyszowi łza nostalgii zakręciłaby się w oku... Oczywiście, są też różnice, swego rodzaju lokalne koloryty. Np. byliśmy zdziwieni małą ilością pomników czy plakatów dotyczących najcenniejszego przywódcy ? oprócz portretów we wszystkich urzędach czy ważniejszych miejscach publicznych, właściwie nic. No, może nazwy kilku ulic... A poza tym pustka. Z drugiej strony ? cała aleja, przy której mieszka ukochany prezydent, jest zamykana codziennie od 18 do 6 rano, bo te samochody tak hałasują, zakłócając zasłużony odpoczynek Ojcu Narodu! A wzdłuż całego ogrodzenia tejże rezydencji stoją sprawdzeni, wierni i czarni towarzysze żołnierze, uzbrojeni w jakże swojskie dla nas kałasze... A gdy czasem jakiemuś głupiemu turyście (bo miejscowi wiedzą lepiej) przyjdzie do głowy zrobić tym dzielnym żołnierzom zdjęcie, to ci ? ni mniej, ni więcej ? tylko zaczynają strzelać! Bez żadnych strzałów ostrzegawczych! Nie zawsze trafią, niestety, bo wyszkolenie nie w każdym przypadku dorównuje świadomości klasowej, ale próbują bardzo gorliwie. Trzeba jednak powiedzieć, że tego rodzaju kłopoty ma się w zasadzie prawie zawsze na własne życzenie, wystarczy nie robić zdjęć rezydencji prezydenta Mugabego, a na wszelki wypadek wszelkim rezydencjom, no i innym obiektom strategicznym, jak posterunek policji, check pointy policyjne na drogach, żołnierzom bezpieczniej wcale nie robić ? bo czy to wiadomo, który wcześniej służył w ochronie rezydencji?...
Samo Harare, jak większość stolic w krajach socjalistycznych, ma imponować i trzeba powiedzieć, że ? przynajmniej w ścisłym centrum ? biurowce są rzeczywiście bardzo okazałe. Co ciekawe, dużo z tych najbardziej ekstrawaganckich zbudowano już po 1980, ale po zastanowieniu to też chyba tak nie dziwi. Co prawda tłumy przewalające się ulicami nie porażają zamożnością, ale za to dla równowagi jeździ tyle najnowszych mercedesów i landrowerów, że niektóre stolice europejskie wypadają pod tym względem mniej zamożnie... Przy tym atmosfera ulic jest swojska, co i rusz słyszeliśmy "Dolary... DOLARY, w dobrej cenie", cinkciarze w najlepszym stylu tych polskich z lat PRL-u. Włącznie, oczywiście, z wszystkimi numerami i trikami, które dla takiego np. Amerykanina mogą być skomplikowane, a u Polaka budzą uśmiech pobłażania ? znamy, znamy... Oczywiście, wymiana na ulicy jest nielegalna, zatem około dwóch trzecich propozycji to prowokacje policyjne, nie należy więc dokonywać wymiany u przygodnych, tylko mieć "swojego" cinkciarza, co do którego mamy pewność, że nas nie oszuka. Jest to dosyć ważne, bo o ile oficjalnie inflacji w zasadzie nie ma, no, może niewielka jakaś, to jednak kursy wymiany są już trzy: pierwszy dla obcokrajowców, przy którym jeden dolar amerykański to 55 dolarów zimbabweńskich (w skrócie zimów). Drugi dla obywateli kraju, gdzie 1 USD to aż 80 zimów, a trzeci dla prowadzących działalność gospodarczą, przy którym otrzymamy 2200 zimów. Jest jeszcze kurs czarnorynkowy, nielegalny, po którym dostaniemy około pięć i pół tysiąca zimów za dolara amerykańskiego... Budzą się wspomnienia, prawda? I tak, gdy płacimy za piwo gotówką, to kosztuje nas ono jakieś pół dolara, gdybyśmy (Boże broń!) chcieli zapłacić kartą, to zapłacimy już 67 dolarów amerykańskich... Są i tacy turyści, co płacą, wyrywając sobie potem włosy z głowy, gdy przyjdzie w kraju macierzystym rozliczenie bankowe z egzotycznej podróży. Może się wtedy okazać, że np. taka Japonia to kraj śmiesznie tani w porównaniu z Zimbabwe.
Ma to konsekwencje w całym obrocie handlowym, np. wszystkie stacje benzynowe (których jest całkiem sporo) stoją puste, bo kto sprowadzi benzynę po oficjalnym kursie, żeby ją później sprzedać według rządowych regulacji? Oczywiście, wszystkie samochody jeżdżą, bo od czego jest czarny (nomen omen?) rynek? A że niektóre samochody kopcą nieprzytomnie, to już inna sprawa, widocznie dostawca był niepewny...Na stację benzynowe czasem zajeżdża auto, umyć szyby (jeśli jest szyba w aucie), przykręcić odlatujący zderzak, kopnąć dla fasonu w oponę...
W czasie naszego pobytu inflacja była szacowana na około 765% w skali roku, niemniej te szacunki zmieniają się właściwie z dnia na dzień. A w 1980 za jednego zima dostawało się dwa dolary amerykańskie, ech... Oczywiście, inflacja tej skali rodzi pewne praktyczne problemy, zwłaszcza że skoro oficjalnie jej nie ma, to najwyższy nominał banknotu opiewa na 1000 zimów. Nietrudno sobie wyobrazić, że już wymieniając 200-300 złotych mamy małą reklamówkę banknotów. Co zrobić, skoro druk banknotów o wysokich nominałach automatycznie sugerowałby jakieś kłopoty? Jak zwykle "socjalizm bohatersko walczy z problemami nie znanymi w innych ustrojach". Nie drukujemy banknotów, drukujemy... czeki na okaziciela! Wyglądają jak banknoty, używa się ich jak banknoty, ale banknotami nie są, bo... mają DATĘ WAŻNOŚCI... Jak przychodzi koniec daty ważności czeków wydrukowanych na rok 2002 (nominały 5, 10, 20 tysięcy), robimy ogłoszenie w prasie, że są dalej ważne i wszystko gra! Na ile się orientuję, jest to oryginalny, bardzo inteligentny pomysł zimbabweński (my mamy za to nasze podatki od podatków Pola)... Jednym ze skutków ubocznych tego wszystkiego jest to, że bilon (bardzo przyzwoity zresztą) wala się po ziemi i nikt nie zadaje sobie trudu, aby się schylić... Tak więc w Zimbabwe prawdą wprost literalną jest powiedzenie, że pieniądze leżą na ulicy... Nazbieraliśmy trochę tego na pamiątkę, raz trafiliśmy nawet na solidną kupkę pieniędzy, ktoś widocznie zbierał i porzucił ? zniechęcony...
Niestety, kiedy już przestaniemy żartować i rozejrzymy się na poważnie, robi się dosyć smutno... Poziom życia, z polskiego (nie najwyższego przecież) punktu widzenia, jest wprost porażający, nawet w stolicy, a im dalej w prowincję tym gorzej. Podstawowym miernikiem egzystencji jest posiadanie albo brak mili-mili, czyli mąki kukurydzianej, która jest podstawowym i często jedynym pożywieniem w ciągu dnia. Tak, mąka, do tego woda i już... A i tak są ludzie umierający z głodu... Problem polega na tym, że nie jest fizycznie produkowana wystarczająca ilość jedzenia. W przeszłości pomijając przemysł i wydobycie gospodarka kraju opierała się na dużych farmach (gospodarstwa rzędu od jednego do kilku tysięcy hektarów), w których ziemia jest bardzo żyzna, jednak wymagająca dosyć dużej kultury agrarnej, zwłaszcza jeśli chodzi o nawadnianie. Niestety, od kiedy biali farmerzy stali się wrogiem publicznym numer jeden, zabierano im farmy na skalę masową w mniej lub bardziej nielegalny sposób. Ziemie zmieniały gospodarza, ci najczęściej jednak nie podejmowali dalszej produkcji. Jeśli nowy właściciel był członkiem elity rządzącej, oddawał farmę pod zarządzanie funduszy powierniczych, które działały mniej więcej tak, jak wszystkie przedsiębiorstwa pańswowe w socjaliźmie... Jeśli zaś był mało zamożny, to nawet jeśli już przejawiał chęci do gospodarowania, to po prostu nie miał wiedzy i środków na gospodarowanie, tym bardziej że najczęściej nacjonalizacja farmy rozpoczynała się od wyrywania rur nawadniających, "dzielenia" maszyn, czy ścinania drzew "żeby dostać się do owoców na wyższych gałęziach"... W dodatku, każda taka farma oprócz zatrudniania pracowników, tworzyła w swoim otoczeniu swoisty ekosystem ludzi, których żywiła i którym dawała zarobić, to zostało oczywiście kompletnie zniszczone ? a nie ma tam niestety typowych np. dla Polski małych gospodarstw, w których biednie bo biednie, ale zawsze ludzie przeżyją... Tak więc, na prowincji, którą intuicyjnie traktujemy jako teren z łatwiejszym dostępem do żywności, sytuacja jest często gorsza niż w miastach.
(?)
Radosław Mikorski, Roman Konik
Wyświetlony 3802 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.