czwartek, 28 styczeń 2010 19:40

Małpia mina Darwina

Napisał
August Comte, ojciec filozoficznego pozytywizmu, projektując doskonały ustrój, przytomnie zwrócił uwagę na fakt, który notorycznie umykał innym utopistom. Chodzi o cechującą człowieka specyficzną i trudną do wykorzenienia właściwość, którą można określić jako potrzebę religijną czy też potrzebę wiary. Ponieważ tradycyjne religie uważał Comte za odrzucone przez naukę bajki, doszedł do wniosku, że człowiekowi ery naukowej potrzebne będą bajki nowe ? religijne w formie, naukowe w treści. W swojej wizji państwa przyszłości zawarł więc projekt nowego kultu, w którym dotychczasowego Boga zastąpiła ludzkość jako przedmiot adoracji mas mamroczących scjentystyczne modlitwy pod przewodnictwem kapłanów, którymi stać się mieli uczeni.


Comte, w przeciwieństwie do innych dziewiętnastowiecznych proroków ekscytujących się maszynami parowymi, okazał się dość wnikliwym psychologiem. Z pewnością lepiej zdiagnozował społeczeństwo niż Marks, którego utopia miała, teoretycznie, zlikwidować wszelkie potrzeby religijne, jednak praktycznie ? jak widzieliśmy na przykładzie Związku Sowieckiego czy maoistycznych Chin ? wytworzyła nowe formy kultu, owocujące herezjami i egzegetycznymi sporami, które garść maniakalnych wyznawców Kapitału toczy po dziś dzień. Intuicje Comte?a ? pomimo tego, że on sam, zwłaszcza pod koniec życia, zdradzał objawy paranoi ? brzmią też dość rozsądnie w porównaniu z zainspirowanym przezeń ruchem scjentystycznym, którego zasadniczym punktem wiary było przekonanie, że nauka w obecnej bądź przyszłej postaci jest w stanie rozwiązać wszystkie ludzkie problemy.

Można przypuszczać, że przekonanie to datuje się od momentu, kiedy człowiek zaczął w ogóle oddzielać naukę od religii i sztuki. Zgubna pycha ludzkiego rozumu, o której pisał Hayek, jest niewątpliwie jednym z motorów rozwoju ludzkości, ale też przyczyną jej upadku, o czym wie każdy czytelnik Księgi Rodzaju. Ktoś, kto jako pierwszy wymyślił procę, niewątpliwie mógł zasadnie sądzić, że zbliża się do rozwiązania pewnych dotąd nierozwiązywalnych problemów ? na przykład unieszkodliwienia sąsiada z dużej odległości ? jednakże grubo się mylił, jeśli sądził, że jego wynalazek jest panaceum na wszystkie bolączki świata. A niestety, tego rodzaju krótkowzroczność charakteryzuje wielu uczonych i wynalazców, którzy, z jednej strony, głęboko wierzą w postęp i rozwój nauki, z drugiej zaś, niejako wbrew temu sądzą, że ich pomysły są ostatnim słowem ludzkiego umysłu, które można ulepszać, ale którego już nie można odrzucić.

W ten sposób, traktując własne teorie jako quasi-religijne zestawy prawd wiary, wielu przyrodników staje się nieświadomymi dziedzicami Hegla. Albowiem twierdzenie, że nasza obecna wiedza jest kresem dążeń poznawczych człowieka, jest równoznaczne z uznaniem naszej aktualnej wszechwiedzy. Tego rodzaju ambitne rojenia, pojawiające się zwykle w głowach niemieckich idealistów bądź pacjentów oddziałów zamkniętych, zadziwiająco często pojawiają się również u ? zwykle uważanych za twardo stąpających po ziemi ? przedstawicieli nauk przyrodniczych. Co prawda, często asekuracyjnie formułują je oni wraz z sugestią, że Boski punkt widzenia zostanie najpewniej osiągnięty dopiero za jakiś czas, kiedy wszystkie badania i obliczenia zostaną doprowadzone do końca, jednak również w takiej opinii pobrzmiewa nieuzasadniona pycha, ale także niezamierzony komizm.

Jeśli rzucimy okiem wstecz na dzieje naszej wiedzy, ujrzymy, że teorie z dzisiejszego punktu widzenia dziwaczne bądź absurdalne, bronione były przez stulecia jako podstawowe prawdy o rzeczywistości. Wiadomo jednocześnie, że nawet one, choć przez wieki wryły się w potoczne myślenie o świecie, mogły zostać w ciągu krótkiego czasu odrzucone jako kompletnie błędne. Geocentryczna teoria Ptolemeusza obowiązywała przez niemal tysiąc pięćset lat, a dziś uchodzi w potocznym rozumieniu za świadectwo ciemnoty. Mechanika Newtona uważana była za ostateczny opis praw rządzących wszechświatem przez ponad dwa stulecia, zanim wyparła ją mechanika Einsteina, która w ciągu tylko kilku dekad musiała w sferze mikroświata ustąpić przed mechaniką kwantową. Surrealistyczna z naszego punktu widzenia wiara w samorództwo przez stulecia uznawana była za naukową teorię opartą na faktach, podobnie jak idea transmutacji metali. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza kiedy porównamy żywotność współczesnych teorii przedstawianych jako ostateczne z ich mniej ambitnymi poprzedniczkami: teoria eteru kosmicznego funkcjonowała od XVII wieku do lat trzydziestych wieku XX, a więc dużo dłużej niż, na przykład, teorie czarnych dziur, natomiast frenologia, twierdząca, że z kształtu czaszki można wnioskować o ludzkiej psychice, przetrwała niemal dwa stulecia, a więc więcej, niż ma dziś taka choćby neuropsychologia, której twierdzenia traktowane są przez niektórych jako niepodważalne dogmaty.

(?)
Wyświetlony 2725 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.