Wydrukuj tę stronę
wtorek, 07 grudzień 2010 10:22

Fatalne zauroczenie?

Napisane przez

Według tzw. sondaży odsetek Polaków popierających przystąpienie naszego kraju do UE wciąż waha się pomiędzy 50% a 60%. Sondaże sondażami, ale wyniki wyborów (prezydenckich, parlamentarnych i samorządowych) systematycznie je potwierdzają! Mam na myśli to, że suma procentowych wyników osiągniętych przez kan-dydatów reprezentujących partie popierające akces Polski do UE, pomnożona przez frekwencję wyborczą w danym głosowaniu, daje wynik podobny do tego uzyskiwanego w sondażach.

Widocznie wciąż jeszcze pokutuje "mit Zachodu" ? skoro znajdziemy się w gronie państw bogatszych od nas, to nam się też poprawi. Myślę, że część naszych rodaków rozmyślnie tym się kieruje, licząc właśnie na: dotacje ? np. (a może zwłaszcza?) w dziedzinie rolnictwa, wynegocjowanie z Unią takich lub innych warunków albo umiejętne wykorzystywanie unijnych funduszy. Bez wdawania się w drobiazgowe rozważania przedstawię teraz cztery zasadnicze argumenty PRZECIWKO wejściu Polski do Unii Europejskiej:
1. UE jest związkiem bez prawa do secesji. Każda godna tego miana federacja jest zrzeszeniem dobrowolnym. W ubiegłym roku jeden z wpływowych polityków unijnych pozwolił sobie porównać UE do "katolickiego małżeństwa" (= ważnie zawarte obowiązuje dożywotnio). Ale w federacji dobrowolność powinna dotyczyć nie tylko przystępowania do niej, lecz także pozostawania w jej składzie. Przez wiele lat antykomuniści wykpiwali "federację" sowiecką, gdzie tak zwane prawo wychoda (czyli "prawo do secesji") było tylko pięknym hasłem, zapisanym w Konstytucji stalinowskiej (z 1936 r.) i Konstytucji breżniewowskiej (z 1976 r.). Ironią losu jest fakt, że ZSRS przestał istnieć właśnie dzięki temu, że poszczególne republiki z tego prawa postanowiły skorzystać, gdy okazało się jednak, że król jest nagi. Polska i inne państwa zabiegające o członkostwo w UE mają przystąpić nie do Wspólnego Rynku, nie do EWG, lecz do PSEUDO?federacji, w której obowiązuje zasada one way ticket ("bilet w jedną stronę"). Twórcy UE ? inaczej niż "konstytucjonaliści" sowieccy ? uznali widocznie za zbędne dbać o pozory. Traktat o UE, zawarty w Maastricht z dnia 18 czerwca 1997 r. (ani żaden inny akt prawny UE), bowiem NIE przewiduje możliwości opuszczenia tej "federacji" przez państwo członkowskie. Co gorsza, centralne organy władzy UE nie podlegają żadnej skutecznej kontroli ze strony mieszkańców tego konglomeratu państw. Nie jest możliwe, aby wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego wpłynął na zmianę rządu Unii, który to rząd nazywa się "Komisją Europejską" (a ministrowie w nim ? "komisarzami"; ta nazwa budzi w Polsce jak najgorsze skojarzenia...). Więcej ? nawet dosyć niedawny skandal korupcyjny wśród najwyższych urzędników UE nie spowodował normalnej w takim wypadku natychmiastowej dymisji osób skorumpowanych. Gdyby chodziło o taką wadę np. w państwie włoskim, tureckim, polskim albo szwedzkim, to mówiłoby się, że dane państwo nie jest demokratyczne, skoro mieszkańcy nie mają wpływu na to, kto jest w rządzie ich państwa. Ze względu na TEN właśnie szczebel, na którym owo poważne niedomaganie występuje, wypada powiedzieć, że to jest PSEUDO?federacja!
Jedno z państw członkowskich UE (Portugalia) zaproponowało, aby Unia za pomocą interwencji zbrojnej "przywoływała do porządku" te swoje państwa członkowskie, które dopuszczałyby się tzw. "odejścia od demokracji" (powiedziano to w kontekście sukcesu wyborczego Partii Wolnościowej w Austrii; nawiasem mówiąc ? ta partia po zdobyciu władzy przestała być przeciwniczką obecności Austrii w UE! ? ów oportunizm jednak NIE poprawił opinii partii Jörga Haidera w środowiskach unijnego "betonu"...). Czyżby UE była na drodze ku odrestaurowaniu pamiętnej doktryny Breżniewa (mającej "uzasadnić" najazd "sojuszników" na Czechosłowację w 1968 r. koniecznością "obrony zagrożonego socjalizmu")? Skoro tak, to i rola Portugalii nie jest dziwna ? jej bardzo socjalistyczna konstytucja mogłaby służyć za "wzór" całej Unii Europejskiej!
2. UE jest biurokratycznym molochem socjalizmu. W art. 3(B) Traktatu o Unii Europejskiej z Maastricht jest mowa o zasadzie pomocniczości. Rzeczywistość UE jest bardzo jaskrawym ZAPRZECZENIEM tej zasady. Obecni parlamentarzyści w Polsce pracują jak (nie przymierzając) "stachanowcy", aby wcielić do polskiego prawa wewnętrznego prawo unijne. Przepisy UE, które maja doznać tej inkorporacji, są zapisane na 180 tysiącach stronic! Świadczy to o dalece posuniętej inflacji prawa! Skoro na szczeblu struktury obejmującej setki milionów mieszkańców potrzeba aż tyle papieru, aby uregulować sprawy ich dotyczące, to o ileż więcej przepisów musiałyby wydawać i wprowadzać w życie władze na niższych szczeblach, które z natury rzeczy zajmują się owymi "sprawami" bardziej konkretnie, bo działają bliżej obywatela (we Francji) albo poddanego (w Wielkiej Brytanii)?
Zbyt wiele spraw należy do kompetencji centralnych władz Unii ? zamiast do kompetencji krajów członkowskich, a nawet ? do jednostek samorządowych wewnątrz owych krajów. Zbyt wiele spraw należy do kompetencji JAKICHKOLWIEK WŁADZ ? prawo nie powinno regulować aż tak szerokiego zakresu zagadnień, jak to się dzieje w UE. Np. dlatego, że taki system wszech?kontroli jest zbyt kosztowny. Skoro każde zwierzę gospodarskie ma być komputerowo ewidencjonowane, a każde jajko ma być opatrzone odciskiem pieczęci wskazującym, która kura je zniosła (!), to... ? no, brak słów! Ambicje uczynienia z Unii termitiery i tak nie zapobiegają (jak widać) szerzeniu się zagrożeń dla człowieka płynących z eksperymentowania z produkcją żywności ? wystarczy wspomnieć rośliny transgeniczne i krowy z chorobą BSE. Poseł Janusz Korwin-Mikke, w przemówieniu sejmowym wygłoszonym w maju 1992 r., nazwał już ówczesną EWG "biurokratycznym molochem" i przydał jej epitet: "Związek Socjalistycznych Republik Europejskich", ale od tego czasu POSTÊP postąpił tam dalej... O czysto gospodarczych aspektach socjalizmu pisałem już w poprzednich odcinkach tego cyklu, więc tu może nie warto tego powtarzać.
3. UE to narzędzie kondominium Niemiec i... Rosji nad Europą. W 1942 roku w Berlinie odbyła się konferencja pod tytułem... "Europejska Wspólnota Gospodarcza", podczas której zaproponowano między innymi unię walutową dla Europy, opartą nie na złocie, lecz na Reichmarce ? pomysłodawca tejże, tow. B. Bennig pracował w dyrekcji niemieckiego Bundesbanku aż do 1972 r. Szersze koncepcje, dotyczące ogólnoeuropejskiej federacji, lansował wtedy (narodowo)socjalistyczny ekonomista, tow. Werner Daitz (podobne idee krążyły wśród działaczy pokrewnych nazizmowi ruchów politycznych we Włoszech i we Francji). Według ministra gospodarki Rzeszy tow. Waltera Funka przewidywano, że Centralny Bank Europejski będzie miał siedzibę w Berlinie ? podobnie jak kanclerz Helmut Kohl nalegał wiele lat później (i skutecznie, jak to już wiemy!), aby centralny eurobank miał swoją siedzibę we Frankfurcie nad Menem. Zmiana nazwy waluty europejskiej z ECU na EURO też wydaje się znamiennym sygnałem świadczącym o trwałości pewnych geopolitycznych pomysłów. Można o nich przeczytać w artykułach Romana Boreyki Über Alles ("Nowy Świat" z 11 maja 1992 r.) i Janusza Mondrego (Do jakiej Europy zmierzamy?, [paryska] "Kultura" nr 12/603 z grudnia 1997 r.).
Uzupełnieniem do tych przestróg jest dwugłos autorów rosyjskich, jaki ukazał się w tygodniku "Głos" z 22 stycznia 2000 r. pod wspólnym nagłówkiem Podstęp Andropowa. Według znanego tzw. dysydenta, Włodzimierza Bukowskiego, Moskwa już od dawna planowała współpracę komunistów wschodu i socjalistów zachodu Europy, w celu (oficjalnie wtedy jeszcze potępianej!) "konwergencji" ustrojów z obu stron "żelaznej kurtyny". To stąd wywodzi się frazeologia tow. prezydenta Gorbaczowa o "wspólnym europejskim domu". Komuniści na wschodzie mieli urządzić system "z ludzką twarzą" (pod takim hasłem działała ekipa tow. Dubczeka w Czechosłowacji, zanim nie obaliła jej interwencja wojsk Układu Warszawskiego z sierpnia 1968 r.), na zachodzie zaś mieli demokratycznie dojść do władzy socjaliści i tzw. eurokomuniści (za takich uchodzili w swoim czasie towarzysze: francuscy, hiszpańscy i włoscy).
Rozszerzenie rządów lewicy na (prawie) cały kontynent i jakaś forma zjednoczenia Niemiec pozwoliłyby praktycznie do zera zminimalizować niebezpieczeństwo wybuchu wojny między Wschodem a Zachodem Europy, a więc ? uczynić zbędną obecność wojsk USA w Europie Zachodniej i wreszcie pokojowo pozbyć się ich z kontynentu. Taka neutralizacja ("finlandyzacja") Europy to dalekosiężny cel Moskwy ? dopowiada Anatol Golicyn, podpułkownik KGB, zbiegły 40 lat temu na Zachód. W rzeczywistości bowiem strategię tę opracował nie dopiero Jurij Andropow ? wieloletni szef KGB, a później następca Breżniewa na czele KPZS, lecz Aleksander Szelepin, wcześniejszy szef KGB, już na początku lat sześćdziesiątych (por.: Piotr Bączek Jak majstrowano okrągły stół, "Gazeta Polska" z 27 lipca 1995 r.). Zgodnie z dowcipnym rozwinięciem skrótu jednej z dawniejszych nazw sowieckiej bezpieki: GPU = Głasnost’, Pieriestrojka, Uskorienije ("jawność, przebudowa, przyspieszenie" ? trzy naczelne hasła polityki Gorbaczowa). Potwierdził to Andrzej Gwiazda w "wywiadzie?rzece": Komuniści wchodzą w sojusz z socjaldemokracją. Rzeczywiście sojusz z socjaldemokracją jest chyba najtańszą drogą do odzyskania popularności i agenturalnych wpływów na opinię światową. (por.: Wiesława Kwiatkowska, Gwiazda, miałeś rację, Gdynia 1990).

(?)
Antoni Kosiba
Wyświetlony 4808 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.