wtorek, 07 grudzień 2010 13:22

Wspólna waluta wielki fałsz

Napisał

Nietrudno zauważalny jest fakt, że w celu zawiązania się kartelu socjaldemokratycznych państw - Unii Europejskiej - konieczne jest potocznie nazywane "zamulanie" faktów. Największym euroentuzjastycznym mitem w kręgach zwolenników wstąpienia do UE jest kwestia wspólnego pieniądza, który zaistnieje dzięki władzy brukselskiej. "Zamulanie" osiąga tutaj wyjątkowo zaawansowany poziom, bo mit ten krąży nie tylko w kręgach ekonomicznych ignorantów, ale także na ekonomicznych uczelniach.

Sytuacja zapowiadającej się przemiany wygląda z pozoru bardzo przyjemnie. Każdy z poszczególnych krajów emituje swoje własne papierowe i komputerowe pieniądze, drukowane przez krajowy Bank Centralny. Stąd mamy ciągle fluktuujące kursy walutowe, których wzajemna cena ulega codziennie zmianom. Zakłócona jest w ten sposób kalkulacja, a przez to wymiana międzynarodowa. Dlatego też kusząca jest idea wprowadzenia jednej uniwersalnej waluty, gdzie nie istnieje konieczność ani dla konsumentów, ani dla przedsiębiorców, wymiany poszczególnych walut na inne.
Dla laika obrazek rysuje się w kolorach przyjemnych, ale pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy to to, że wszystkie waluty są emitowane przez określone kraje. Mazowieckie i Dolnośląskie nie emitują swoich własnych walut. Waluty są emitowane przez władze państwowe, a nie przez miasta, gminy czy też powiaty. Taka sytuacja daje do myślenia i wskazuje nam jednoznacznie, że obecny stan "walczących ze sobą" walut jest skutkiem szeroko zakrojonej operacji budowania silnego Lewiatana przez cały wiek XX. I rzeczywiście nie zrozumiemy, o co chodzi w dzisiejszym systemie, jeśli wcześniej nie przeanalizujemy ewolucji pieniądza, tego jak powstaje oraz jak został znacjonalizowany przez władzę.
Dlaczego każdy z nas w procesie wymiany w zamian za wyprodukowane towary i usługi akceptuje papierową złotówkę? Mamy świadomość, że posłuży nam ona do zakupienia dóbr na rynku. Pieniądz zawiera w sobie element czasowy i dzisiejsze ceny mają ścisły związek z cenami wczorajszymi. W warunkach barteru dochodzi do wymiany towar za towar i system cen wykształca się poprzez każdorazową wymianę. Gdyby jakaś siła zmiotła wszystkie ceny w warunkach barteru, nie ma przeszkód do szybkiej ich restauracji. Gdy system cen zostaje zmieciony w warunkach gospodarki monetarnej, restauracja cen nie jest już taka prosta.
Z pomocą w analizie powstania pieniądza przychodzi nam najważniejsza książka w karierze naukowej Ludwiga von Misesa ? Theory of money and credit ("Teoria pieniądza i kredytu"), wydana w 1912 roku. Posługujemy się środkiem wymiany w dniu n, ponieważ zdajemy sobie sprawę z tego, że w dniu n ? 1 funkcjonował ten sam pieniądz z podobnym systemem cen. Analogicznie dzień wcześniej posługiwaliśmy się określonym pieniądzem, ponieważ w dniu n ? 2 również istniał system cen, gdzie tenże pieniądz był wspólnym ich mianownikiem. Pojawia się zatem pytanie: jak powiązać dzisiejszą gospodarkę monetarną z barterem? Profesor Mises odpowiedział nam teorią regresji (choć dokładniej mówiąc teorematem), bo retrospekcja, jaką przyjęliśmy nie cofa nas w nieskończoność, gdyż pieniądz nie istniał zawsze (n, n-1, n-2, n-3...). Kiedyś te dni się kończą i wracamy do czasów wymiany towar za towar, bez środka wymiany.
Wartość pieniądza wynika z tego, że poszczególne jednostki trzymają go w swoich saldach gotówkowych (czyli po prostu "w kieszeni"). To nie jakiś "ogólny poziom cen" czy też inny magiczny koszyk sprawiają, że pieniądz ma wartość. Wartość rodzi się zawsze w subiektywnych preferencjach aktorów rynkowych. W latach 70. wieku dziewiętnastego Carl Menger doprowadził do marginalnego przewrotu w ekonomii, pokazując, że ludzie nie wartościują całych klas przedmiotów, tj. "chleba", "diamentów". Ludzie wartościują marginalne jednostki, czyli "kolejny bochenek chleba", pierwszy, drugi trzeci itd. Wielki skok w nauce dokonany przez Mengera został zaaplikowany przez jego kontynuatora, Ludwiga von Misesa, do problematyki pieniądza. Ludzie wartościują kolejne, marginalne jednostki pieniądza, który zarabiają. Wytwarzam towary i usługi, a w zamian nabywam środki płatnicze, które z czasem zaczynam wydawać (analogicznie w pewnym momencie przestaję poświęcać godziny na pracę i zaczynam odpoczywać, gdyż nie wartościuję klasowo "praca" kontra "odpoczynek", lecz "kolejna godzina pracy" a "kolejna godzina odpoczynku").
Środek wymiany, jakim posługują się aktorzy rynkowi, jest wpasowany w odpowiedni system cen. Zatem pieniądz ma w ich oczach wartość ze względu na to, że istnieje teraz system cen umożliwiający im wymianę. Skąd jednak ten system cen się wziął? Wracając do wątku teorii regresji ? pieniądz istnieje dzisiaj na rynku, ponieważ kiedyś miał wartość na rynku barterowym. Aby ludzie pożądali dzisiaj pieniądza, musi mieć on wcześniejszą wartość ? wynikającą z wczorajszego systemu cen (dzień n ? 1). Wczorajsze wartościowanie natomiast odnosiło się do dnia przedwczorajszego. Dochodzimy do dnia, w którym pieniądz został po raz pierwszy wartościowany ze względu na to, że może posłużyć jako środek wymiany.
Dzień, w którym jakieś dobro (powiedzmy, że złoto) zaczęło służyć jako środek pieniężny, jest poprzedzony dniem, w którym to dobro miało jakieś niemonetarne zastosowanie (w przypadku złota ? biżuteria, ozdoby itd.). Stąd odkrywamy druzgocącą i przełomową prawdę: aby jakieś dobro posłużyło gospodarce do roli pieniądza, musi ono mieć wcześniejszą cenę. Wcześniejszy grunt, na którym może być pożądane i wartościowane. Wiemy, że pieniądze, które zbieramy w saldach gotówkowych, są dla nas istotne, gdyż wcześniej tak nam służyły. Kiedy się cofniemy w teorii regresji do dnia powstania pieniądza, tak samo dojdziemy do wniosku, że aby ten pieniądz był przez nas zbierany w saldzie gotówkowym, musi mieć on jakąś wcześniejszą cenę. Cenę wynikająca z wykorzystania niepieniężnego. Gdyby złoto nie miało wcześniejszego zastosowania, to nie mogłoby nagle, z powietrza, zacząć służyć jako pieniądz.
A patrząc nie od strony regresji, tylko zgodnie z biegiem historii, sytuacja wygląda tak. Ludzie wymieniają się w systemie barteru poszczególnymi dobrami, które służą im bezpośrednio. Grzegorz wymienia konia na młot zaoferowany przez Marka. Wkrótce jednak pojawiają się dwa problemy.
Pierwszy z nich to kwestia podzielności. Co, jeśli wartościowanie Grzesia przebiega tak, że młot jest dwa razy mniej warty niż koń? Sprzedaje pół konia za młot? To jeden problem. Drugi, zdecydowanie ważniejszy, to zbieżność potrzeb. Dwie handlujące ze sobą strony muszą być bezpośrednio zainteresowane tym, co kupią. Sejsmolog chcący zjeść chleb musi odnaleźć piekarza, który ma ochotę otrzymać w zamian wykład o trzęsieniach ziemi. Komentator sportowy, który chce zakupić cieplutki sweterek, musi odnaleźć panią, która chce słuchać o męczarniach polskiej reprezentacji. A pomyślmy o noblistach. Einstein, jeśli chce mieć czysto w domu, musi odnaleźć pomoc domową, która ma ochotę słuchać jego wykładów na temat teorii światła! Wyraźnie widzimy, że gospodarka barterowa ? wymiana bezpośrednia ? pozostawia cywilizację na prymitywnym poziomie, bez zaawansowanego podziału pracy i szerokiej specjalizacji.
Dlatego też ludzie stosują środki wymiany, które muszą odznaczać się odpowiednimi zaletami. Pierwsza z nich to oczywiście podzielność. Stąd jajka, muszle, kamyczki, sól, cukier, zboże są na wstępie faworyzowane w stosunku do koni, młotów czy innych dóbr mniej podzielnych. Inne cechy to łatwość transportu i rozpoznania danego dobra, a także trudność w jego podrobieniu. Do tego dochodzi kwestia jednorodności, tj. fakt, że przez dzielenie dobra nie zniszczymy jego wartości. Z czasem środkami wymiany stają się dobra rzadkie, których wartość w stosunku do ilości jest wysoka.
Przez wiele lat w różnych regionach rozmaite dobra funkcjonowały jako pieniądz. Jednak rynek z czasem dokonuje uniformizacji. Jedno uniwersalne dobro wyrasta nam do pełnienia roli środka wymiany ? kruszec. W ten sposób dzięki jednemu pieniądzowi dochodzi do integracji poszczególnych rynków. Złoto i srebro są podzielne, rozpoznawalne i trudno podrabialne. Łatwo je również transportować, a jednorodność sprawia, że 10 jednouncjowych sztabek złota jest równe jednej wielkiej, dziesięciouncjowej. Rzadkość też odgrywa niebagatelną rolę, kruszec nie leży na ulicy, nie płynie z kranu i nie można go wyhodować tak łatwo jak maku czy mąki. To sprawia, że do kupienia luksusowego samochodu potrzeba ilościowo znacznie mniej złota aniżeli maku, który trzeba by uzbierać w masę taczek.
Zanim kruszec był wartościowany jako pieniądz przez podmioty rynkowe, musiał on mieć jakąś cenę. Aby kolejne, marginalne uncje złota zaczęły lądować w naszych saldach gotówkowych, muszą one już mieć jakąś istniejącą wartość. W tym przypadku była to biżuteria, ozdoba. W przypadku jajek ? możliwość zjedzenia, mąki ? wyprodukowania chleba itd. Na te dobra istniał popyt niemonetarny, związany z określonymi funkcjami przez nie pełnionymi. Gdy rynek odkrywa zdolność tych dóbr do bycia pieniądzem, czyli służeniu w wymianie pośredniej, wtedy ich cena rośnie, gdyż pojawia się na nie popyt monetarny. Kupuję jajka już nie dlatego, że chcę je jeść, a dlatego, że będę mógł je wymienić na jakieś dobra. Kupuję mąkę nie z chęci pieczenia chleba, a z zamiarem wymiany jej na coś, co mnie interesuje. Kupuję złoto nie dlatego, że chcę zawiesić je na szyi, tylko dlatego że wymienię je u kogoś na coś dla mnie pożytecznego. W ten sposób z gospodarki barterowej buduje się gospodarka pieniężna.
Co ważne, na rynku pojawia się efekt kuli śnieżnej. Skoro ludzie wkoło sprzedają swoje usługi za jajka/mąkę/złoto, to ja również będę tak robił, ponieważ te uzyskane środki wymiany będę mógł wymieniać na inne dobra. Dlatego najpierw w całym regionie, potem wraz z postępującą "globalizacją", na całym obszarze kraju, a kolejno kontynencie i w efekcie na całym świecie pojawia się jeden pieniądz. I rzeczywiście, jak wyraźnie pokazuje historia efektem wieloletnich działań rynku było zaistnienie uniwersalnego pieniądza – kruszcu (a właściwie dwóch: złota i srebra).
Dlatego masę błędów popełniają rozmaici "wolnorynkowcy" sugerujący, że na rynku powinno być wiele konkurencyjnych pieniędzy. Ich zdaniem ? im więcej, tym lepiej. Dobrym przykładem może być kosmiczna propozycja noblisty Friedricha Augusta von Hayeka, który proponował, aby każdy mógł zacząć emitować swoją własną walutę. Logiczna analiza nie wskazuje na dobrą funkcjonalność tego typu absurdalnego rozwiązania, a historia nie zna ani jednego przykładu potwierdzającego możliwość jego wprowadzenia. Sam profesor Hayek przyznał, że wszystko się zaczęło od dowcipu i dopiero później zaczął się nad tym zastanawiać poważnie (wydaje się, że Rothbard miał rację twierdząc, że gdyby nie Nagroda Nobla, F.A. Hayek nie zostałby potraktowany poważnie). Hayek zdecydowanie za mało czasu poświęcił studiowaniu nauk swojego mistrza ? Misesa, przez co zakończył swoją karierę naukową tym ekonomicznym science-fiction.
Futurystyczną koncepcję noblisty rozwijali tacy ludzie jak James Buchanan czy też David Friedman. Ich zdaniem, dane konkurencyjne waluty mają być wypłacane w określonych dobrach. Na przykład firma X miałaby wypłacać 1 jednostkę pieniężną, mającą pokrycie w koszyku, określonej liczbie jajek, bochenków, truskawek. Jakim cudem możliwa byłaby kalkulacja w takim systemie? Proszę sobie wyobrazić, że na rynku mamy 15 walut na terenie naszego kraju. Czy rynek mógłby działać sprawnie? Oczywiście nie i dlatego nigdy w historii się tak nie zdarzyło. Rynek dąży do mianowania jednego dobra pieniądzem.
Z teorii regresji wyniknęła nam następująca uniwersalna prawda. Pieniądz może powstać jedynie przez spontaniczną wymianę na wolnym rynku. Nie może go wprowadzić deus ex machina żadne państwo, żadna władza ani żaden namaszczony. Pieniądz rozwija się przez dobrowolną wymianę na rynku i "testowanie" odpowiednich dóbr do roli środka wymiany. Tylko nieskrępowany handel wykształci z barteru gospodarkę pieniężną. Niektórzy ekonomiści uznawali, że Mises ma rację, ale na przykład myli się w sytuacji, gdy załamie się porządek monetarny (hiperinflacja) i państwo wprowadza nową walutę. Nic podobnego. Nowa waluta substytuuje już istniejącą po określonym kursie. Tak również było w 1923 w Niemczech, gdzie hiperinflacja biła rekordy. Nowa waluta zastąpiła po stałym kursie poprzednią i ceny zostały odpowiednio przeliczone (tak jak w trakcie denominacji w Polsce).

(?)
Mateusz Machaj
Wyświetlony 5862 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.