niedziela, 19 grudzień 2010 12:53

Postmodernizm - filozoficzne disco polo

Napisał

W ostatnich latach zarówno w języku filozoficznym, jak i potocznym pojawiło się nowe słowo: postmodernizm. W krótkim czasie, głównie za pomocą „salo-nów intelektualnych” wspieranych przez media, stało się ono pojęciem wręcz magicznym, a zarazem bardzo wieloznacznym. Najczęściej jednak postmodernizm kojarzony bywa z szeroko rozumianą ideą postępu duchowego człowieka, usuwającą przeszkody stojące na drodze jego rozwoju. Jednak dla kogoś nie zajmującego się zawodowo filozofią rozszyfrowanie głównych zagadnień postmodernizmu wydaje się wysoce skomplikowane lub wręcz niemożliwe, gdyż język filozoficzny używany przez twórców i propagatorów postmoderny składa się z pojęć kompletnie niezrozumiałych dla przeciętnego człowieka.

Wielka mistyfikacja postmodernizmu polega między innymi na tym, że ? w odróżnieniu od wielu traktatów filozoficznych, w których za parawanem skomplikowanej terminologii kryje się jakiś sens ? w filozofii postmodernistycznej za barierą skomplikowanego języka (celowo skonstruowanej przez twórców postmodernizmu) nie kryje się po prostu nic wartościowego. Hermetyczny język tworzy wokół teks­tów postmodernis­tycznych nimb tajemniczoś­ci i rzekomej genialności. By oszczędzić Państwu lektury postmodernistycznych traktatów postaram się je streś­cić w re­prezentatywnym zdaniu: węz­łowy paradygmat cyberprzestrzeni realizuje się w aporetycznym procesie kreowania z istniejącej bądź potencjalnie istniejącej realności społecznej quasi-lokalnych tożsamoś­ci w kategoriach kanonicznych form kontaktów, czemu towarzyszy nie tylko syntagmatyczna renor­malizacja fenomenologii przestrzeni narracyjnej, ale i wymóg naturalizacji intersubiektywnej strategii kog­nitywnej, a co z kolei pozwa­la rozwiązać tekstualną dialektykę funkcji referencyjnej i performatywnej, wzajemnie problematycznej i ostatecznie prowadzącej do redefincji i reifikacji paradygmatu paraboli w modelu metafory gry językowej.

Jak słusznie zauważył R.A. Ziemkiewicz w jednym ze swych felietonów, postmodernizm to jedno wielkie intelektualne kuglarstwo, jego twórcy zaś w normalnych czasach zarabialiby na życie jako kabaretowi monologiści, występując na jarmarkach ku uciesze gawiedzi, a w uniwersytetach mogliby co najwyżej wykładać... kafelki w ubikacjach. Ale w nor­malnych czasach nie żyjemy i niejedno przyjdzie nam jeszcze zobaczyć w tej epoce choroby intelektu i braku zdrowego rozsądku.
Chciałbym czytelnikom Opcji przybliżyć postmodernizm z kilku powodów. Po pierwsze, pokazać, że o post­modernizmie, mimo mizerii merytorycznej tego nurtu, można pisać w sposób zrozumiały, po drugie ? ukazać ogromne zakłamanie i dyletanctwo zarówno twórców postmoderny, jak i tych, którzy uważają postmodernizm za milowy krok w naszej kulturze. (Wiem, że pisząc ten tekst narażam się zwolennikom postmoderny, będąc bowiem zawodowym filozofem, wkraczam na ?kruchy lód?, krytykowanie postmoderny jest tu bowiem odbierane jako ogrom­ny nietakt, coś jak puszczenie bąka w towarzystwie...).
Słowo ?postmodernizm? (użyte już blisko sto lat temu przez Johna Watkinsa Chap­mana) ma dzisiaj ogromny kontekst znaczeniowy. Ogólnie jest używane na określenie ludzkiej aktywnoś­ci intelektualnej ? od filozofii po literaturę, architekturę, muzykę czy film. W potocznym rozumieniu postmodernizm kojarzony jest ze zmianami o charakterze cywilizacyjnym.
Powszechną recepcję pojęcia na gruncie filozofii sprowokował Jean-Francois Lyotard, wydając w 1979 r. pracę La condition postmoderne. Główne cechy postmodernizmu, przedstawione przez Lyotarda, to przede wszystkim skrajna, wszechobecna i podważająca wszyst­ko ironia, polegająca na odrzuceniu wszelkich autorytetów i wiary w absolutne i obiektywne wartości. W ślad za tym idzie odrzucenie nierelatywnych pewności nauk oraz wytworów kultury. Zagalopowanie się postmodernistów w negacji sięgnęło nawet nauk ścisłych, gdzie wedle nich nie ma żadnej pewności, jest jedynie metadyskurs i swoista gra językowa (ciekawe, czym by latali na konferencje lub gdzie by występowali przed milionami, gdyby nie zdobycze zwykłej fizyki?).
Ustami przedstawicieli postmoderny (Lyotard, Derrida, Rorty) dowiadujemy się, że nie ma prawdy obiek­tywnej ani historycznej. Wszystkie nasze dotychczasowe poglądy oparte są bowiem o uwarunkowania społeczno-klasowo-religijno-etniczno-historyczno-płciowe, trudno więc mówić o czymś, co jest neutralne pod względem wartości lub wolne od założeń. Systemy filozoficzne czy religijne to je­dynie wielkie metanarracje, czyli coś na wzór opowieści literackich, których niepodobna przecież traktować poważnie. Wszystkie poglądy, nauki, wszystkie wartoś­ci, religie i przekonania ? są jedynie ?metajęzykami? lub ?metadyskursami?.
Religia jest zatem tylko kolejnym ?językiem?, jednym głosem w niezliczonym ?pluralizmie głosów?, który należy traktować jak każdy inny, z przymrużeniem oka. (Gdyby postmoderniści znali historię filozofii, wiedzieliby dobrze, jak ogromna pułapka kryje się w takim rozumowaniu, wypowiadając bowiem sąd o bezsensie jakichkolwiek spekulacji muszą przyznać, że i rozważania samych postmodernis­tów są pozbawione sensu. Postmodernizm jest zatem samopodważającą się i samo­obalającą doktryną, opartą na logicznym błędzie). Postmodernizm ?odczytuje? religię tak, jak wszystkie inne ?teksty kultury?: to znaczy, dekonstruuje, jak każdy inny ?tekst?, analizując go w systemie zjawisk, wydarzeń czy ideologii. Na Biblię, wedle Derridy, należy patrzeć jak na jeden z wielu tekstów, na równi z tekstem z gazety czy reklamy, jest to tylko jeden tekst pośród wielu.
Owa wspaniała zabawa pseudointelektualna polega na pozbawieniu ostatecznego sensu, gdzie wszystko ulega nieustannym reinterpretacjom, znak odsyła do innego znaku i tak bez końca, bez żadnej odpowiedzialności za prawdę i zło, za zbrodnię i heroizm ? wedle mistrzów podejrzeń te kategorie z ich nadejściem przestały już po prostu istnieć. Dyskurs postmodernistyczny jawi się jako wielość deformujących odbić lustrzanych, wszystko zostało podważone, wszystko jest cytatem, mówimy cudzymi słowami, a każda wypowiedź jest interpretacją, komentarzem, ironią, parodią i ?dekonstrukcją? innych wypowiedzi.
Każda próba znalezienia punktu oparcia stanowi zamach na wolność, powrót do zabobonnych metanarracji. Szczególnym wrogiem wolności jest tu oczywiście Kościół ?z jego doktrynalnym uporem?. Dawny politruk PZPR-owski, a obecnie profesor jednego z Uniwersytetów w Wielkiej Brytanii ? Zygmunt Bauman posuwa się dużo dalej, twierdzi, że ilekroć słyszy słowo ?prawda?, to w tle słyszy krzyki palonych Żydów w Oświęcimiu i stosy inkwizycyjne.
W tej metaforycznej grze językowej, jaką jest nasze życie, istnieje zatem tylko różnorodność językowa, rozumiana jako sposób patrzenia na świat. Z tej różnorodności wyłania się teza mówiąca, że każdy pogląd jest tak samo słuszny jak inny. Jak dowodzi Derrida, ?prawda? o czymś składa się z wielu różnych prawd ? nie przeszkadza wcale, że mogą być one ze sobą sprzeczne ? nawet lepiej, bo wtedy wprawimy się w szerzeniu tolerancji. Postmodernista jednak twierdzi nie tylko, że w żadną prawdę nie wierzy, lecz także, iż żadna prawda nie istnieje.
(?)
 
Roman Konik
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 6898 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.