wtorek, 21 grudzień 2010 00:10

Integracja z UE - wielka klęska lewicy

Napisane przez

Kto zaczyna od ?braku alternatywy?, ten ?brakiem alternatywy? kończy...

Gdy rządząca Polską lewica przyjęła polityczny dogmat o braku alternatywy wobec akcesu do Unii Europejskiej ? stało się już tylko kwestią czasu, kiedy osławione ?negocjacje z Brukselą przeistoczą się w ?dyktat Brukseli?. Jeszcze kilka miesięcy temu powiedzieć ?dyktat Brukseli? na salonach warszawskiej ?kawiorowej lewicy? znaczyło mniej więcej tyle, co użyć brzydkiego słowa przy dzieciach ? dzisiaj jednak co bardziej dojrzałe ?dzieci wdowy? same narzekają na ?brutalność? tego dyktatu. Ba! Na łamach ?Rzeczpospolitej? jej brukselski korespondent, Jędrzej Bielecki, pisze, że ?premier Danii Rasmussen prawie nie ukrywa, że końcówka negocjacji to niemal dyktat Brukseli?. Gdy już nawet sam premier Danii ?prawie nie ukrywa? tego smutnego faktu, niższej rangi urzędnik Unii Europejskiej jest bardziej szczery: Nie można wykluczyć, że Unia Europejska obejdzie się w ogóle bez Polski ? powiada. Wszystko jest więc już jasne: albo przyjmiemy ten dyktat, albo Unia Europejska ?obejdzie się bez Polski?.

W początkach lipca przybył do Polski komisarz Verheugen z najnowszą wersją brukselskiego dyktatu. Wydaje się, że jest to już wersja ostateczna. W planie wewnątrzunijnym stanowi ona kompromis ? czy raczej propozycję kompromisu ? między coraz bardziej sprzecznymi interesami Niemiec i Francji. Niemcy, ponoszące największy wysiłek finansowania Unii Europejskiej, zainteresowane są coraz większą redukcją swych płatności, co napotyka na sprzeciw Francji, czerpiącej z unijnej kasy najwięcej korzyści. Lipcowa próba kompromisu nie została nad Sekwaną przyjęta entuzjastycznie: bo chociaż propozycja Verheugena jest wyjątkowo skomplikowanym projektem, wręcz klasyką ?zzabiurkowej? produkcji biurokratycznej, nie da się ukryć, że w istocie odzwierciedla stanowisko niemieckie, i najbardziej nawet ezopowy język nie ukryje tej prawdy. Natomiast wobec krajów kandydujących do UE, z Polską na czele, lipcowy dyktat Brukseli jest powtórzeniem wcześniejszego dyktatu, wyrażonym tylko w bardziej zawiłej formie. W tym szaleństwie jest metoda... Metoda propagandowa, oczywiście.
Bruksela zatem podtrzymała swe stanowisko: polskie rolnictwo dostanie znacznie mniej pieniędzy, niż otrzymuje rolnictwo unijne, a wyrównanie ?poziomów pomocy? nastąpi (w tzw. dopłatach bezpośrednich) za 7 lat w stosunku do ?dużych gospodarstw?, a za 10 lat ? wobec pozostałych.
Zauważmy jednak: we wspomnianym okresie 10-letnim kwota dopłat bezpośrednich będzie w budżecie UE systematycznie zmniejszana. W tej sytuacji jest oczywiste, że pieniądze te w żadnym wypadku nie będą służyć ?wyrównywaniu poziomów? między rolnictwem polskim a unijnym, ale ? przeciwnie ? pogłębianiu istniejących różnic! Co więcej ? ?duże gospodarstwa? (konkretnie: powyżej 10 hektarów) stanowią w Polsce ok. 17 procent wszystkich gospodarstw; ok. 52 procent stanowią w Polsce gospodarstwa do 5 hektarów. W Unii Europejskiej ?duże gospodarstwa? są znacznie większe, niż ?duże gospodarstwa? w Polsce, jest ich także znacznie więcej procentowo w całym rolnictwie, niż w Polsce. Widać więc od razu, że lwią część pomocy przechwycą duże gospodarstwa unijne...
Chytrą pułapką, zawartą w najnowszej wersji ?dyktatu Brukseli? jest także propozycja, by wielkość dopłat bezpośrednich uzależniona została nie od wielkości produkcji (jak jest dotąd), ale od wielkości gospodarstwa. Najwidoczniej ma to usposobić przychylnie tych rolników z krajów kandydackich, zwłaszcza z Polski, którzy w znikomym tylko stopniu produkują na rynek, a głównie ? na własne potrzeby. ?Wam też coś skapnie...? ? zdaje się mówić najnowsza propozycja brukselska.
Zważywszy jednak, że wielkość dopłat bezpośrednich będzie systematycznie maleć, i że przede wszystkim otrzymywać je będą ?duże gospodarstwa? ? dla większości polskich rolników najnowszy dyktat brukselski oznacza po prostu żebraczą jałmużnę na otarcie łez... W przeliczeniu na jedno polskie gospodarstwo rolne ?do 5 hektarów? oznacza to po prostu co najwyżej...kilkadziesiąt złotych miesięcznie! Owszem, każda niby jałmużna się liczy ? ale nie ma to nic a nic wspólnego z jakąkolwiek polityką ?wyrównywania szans?. Zważmy przecież, że w wyniku spełniania przez Polskę innych tzw. warunków dostosowawczych wzrosną obciążenia podatkowe wszystkich Polaków ? w tym także ?obdarowanych? tą jałmużną rolników... Per saldo większość rolników, gospodarujących na niewielkich gospodarstwach, straci, a nie zyska. Taka intencja kryje się na dnie najnowszej, lipcowej oferty brukselskiej. Powtórzmy: to nie ma nic wspólnego z ?wyrównywaniem szans? między polskim a unijnym rolnictwem! Jest to de facto zakamuflowana procedura ?puszczenia w skarpetkach? większości rolników w Polsce.
Najnowszy, lipcowy ?dyktat Brukseli? kryje też w sobie inną, zręcznie pomyślaną pułapkę ? zachętę. Otóż proponuje się w tej najnowszej wersji, by kwoty, o które zmniejszane będą tzw. dopłaty bezpośrednie przerzucane były do innego funduszu: ?wsparcia rozwoju obszarów wiejskich?. W zależności od zgłaszanych projektów byłyby one dzielone ?między państwa członkowskie? (czytaj: między biurokrację obsługującą te obszary...). Warunkiem uruchomienia tych pieniędzy byłoby jednak inwestycyjne zaangażowanie własne, w wysokości od 25 do 50 procent projektowanych inwestycji. Innymi słowy mówiąc, ten drugi rodzaj ?pomocy? poddany byłby takim samym rygorom, jakie obowiązują dziś w ramach unijnego programu ?Sapard?. Przypomnijmy, że aby uzyskać ?pomoc?, trzeba nie tylko zaangażować własne środki (do 70 procent ewentualnej inwestycji), ale w dodatku spełnić multum szczegółowych, i całkowicie dowolnie ocenianych przez unijnych urzędników warunków (obliczono, że na same niezbędne dokumenty potencjalny inwestor wydać musi kilka tysięcy złotych...). Jest oczywiste, że przy takich uwarunkowaniach biurokratycznych środki ?pomocowe na rozwój obszarów wiejskich? to iluzja, a jeśli już ? trafią one przede wszystkim do rodzimej biurokracji wiejskiej. Dobitnym potwierdzeniem tej zasadnej obawy jest... rządowy projekt, jaki wpłynął do Sejmu: jest to projekt ustawy zmieniającej ustawę o finansach publicznych w celu ?dostosowania polskiego ustawodawstwa do prawa Unii Europejskiej?. W tym projekcie wyjmuje się spod sejmowej kontroli budżetowej ?środki pochodzące z zagranicy nie podlegające zwrotowi?! Innymi słowy mówiąc: rodzima biurokracja już zwęszyła ?co jest grane? ? środki te nie będą ujmowane w budżecie jako wpływy państwa, więc będą rozchwytywane przez lokalne biurokracje, tak jak czynią to dzisiaj rozmaite ?pozabudżetowe? agencje i fundusze... Na ten skandaliczny pomysł rządu Millera, mający na celu wyjęcie spod publicznej kontroli ?unijnych środków na rozwój obszarów wiejskich?, zwróciła uwagę posłanka prof. Zyta Gilowska, ale rząd nie raczył odpowiedzieć na zasadnicze wątpliwości posłanki...
Gdy zatem już przedrzemy się przez wyjątkowo skomplikowane, pogmatwane (by nie rzec: zmataczone) i zawiłe procedury, zawarte w najnowszym, lipcowym dyktacie brukselskim, odkryjemy sedno sprawy: propozycja ta nie ma nic wspólnego z ?wyrównywaniem szans?, jest natomiast zakamuflowaną próbą utrwalenia i pogłębienia istniejących już różnic między gospodarką (w tym rolnictwem) unijną a polską.
Lipcową propozycję komisarza Güntera Verheugena trafnie i dowcipnie skomentował pewien amerykański ekonomista ? ?To tak, jakby powiedzieć żebrakowi: Dam panu milion dolarów na nowe życie, ale pod warunkiem, że najpierw pan sam wyłoży dwa miliony?...
Nic dodać, nic ująć.
Marian Miszalski
Wyświetlony 10279 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.