wtorek, 21 grudzień 2010 12:25

Rozmyślania nad rurą

Napisał

W książce Kurta Vonneguta "Śniadanie mistrzów" opisane jest, jak to firma dwóch braci-gangsterów budo-wała oczyszczalnię ścieków dla pewnej fabryki chemicznej. Konstrukcja tej oczyszczalni była szalenie skomplikowana: plątanina grubych rur, rurek i rureczek, a także zbiorników obsypanych kolorowymi światełkami, które na przemian to zapalały się, to gasły. Sprawiało to imponujące wrażenie, jednak cała ta skomplikowana konstrukcja była tylko atrapą, kamuflażem mającym ukryć kawał kradzionej rury kanalizacyjnej, przez którą nieoczyszczone ścieki fabryczne spływały wprost do rzeki.

Przypomniało mi się to, kiedy kilka tygodni temu pomagałem wypełnić zeznanie podatkowe pewnemu emerytowi, który miał odliczyć sobie od dochodu wydatki poniesione na remont domu. Skrupulatnie wszystko podliczyłem zgodnie z instrukcją, powpisywałem wszystkie liczby w odpowiednie rubryki, wyliczyłem należny podatek i nadpłatę do zwrotu. Ale jakiś diabeł (a może anioł?) podkusił mnie, żeby zrobić to wszystko jeszcze raz, jednak bez uwzględnienia odliczeń za remont domu, tak jakby żadnego remontu w ogóle nie było. Okazało się, ku memu bezgranicznemu zdumieniu, że również w tym przypadku kwota nadpłaty podatku do zwrotu jest dokładnie taka sama, jak wtedy, gdy w zeznaniu uwzględniłem wydatki na remont domu. Sądząc, że musiałem gdzieś się pomylić, sprawdziłem jeszcze raz jedno i drugie wyliczenie, porównałem jego prawidłowość z instrukcją, ale okazało się, że i w jednym i w drugim przypadku wszystko było w jak najlepszym porządku. Jakże wobec tego mogła mi wyjść identyczna kwota nadpłaty podatku do zwrotu? Zacząłem tedy dokładnie przeglądać poszczególne rubryki zeznania podatkowego i okazało się, że drobiazgowe wyliczenia wydatków poniesionych na remont domu nie mają w ogóle żadnego wpływu ani na kwotę podatku należnego, ani na kwotę nadpłaty przypadającej podatnikowi do zwrotu! Czyżby te wszystkie drobiazgowe wyliczenia to był tylko taki pic na wodę, obliczony na skołowanie podatnika, żeby myślał sobie, że to wszystko naprawdę? Jeśli tak, to byłoby to dokładnie to samo, co oczyszczalnia ścieków braci-gangsterów ze "Śniadania mistrzów" Kurta Vonneguta.

Ale to drobiazg niewątpliwy w porównaniu z podejrzeniem, że nawet taka np. Unia Europejska też może być pomysłowym kamuflażem, zakrywającym kawał jakiejś rury. Takie podejrzenie na pierwszy rzut oka wygląda nie tylko na kompletny nonsens, ale wręcz na wyjątkową zuchwałość. Oto cała Europa bierze udział w przedsięwzięciu, którego celem jest zrobienie kogoś (kogo?!) w konia? No nie, to zbyt niewiarygodne, a jeśli już czegokolwiek ma dowodzić, to wyłącznie obsesji takiego podejrzliwca. A jednak, spróbujmy, proszę, przezwyciężyć na chwilę wstręt i rozważyć rzecz spokojnie. Może utwierdzimy się w pierwszym odruchu, więc cóż nam to szkodzi, ale może jednak...
Od 1870 do 1945 roku Francja i Niemcy stoczyły trzy krwawe wojny o to, kto będzie politycznym kierownikiem Europy. Po wojnie francusko-pruskiej nastąpiło zjednoczenie Niemiec pod egidą króla pruskiego i proklamowanie Cesarstwa Niemieckiego. W 1914 roku zjednoczone Niemcy sięgnęły po panowanie nad Europą, ale wskutek włączenia się Stanów Zjednoczonych wojnę przegrały. Jednak po I wojnie Amerykanie wycofali się z Europy i Niemcy zerwały się do walki o hegemonię nad Europą jeszcze raz. Francja została pokonana i to w sposób dla niej kompromitujący, ale dzięki ponownemu włączeniu się Stanów Zjednoczonych do wojny, Niemcy zostały rozgromione i nawet zlikwidowane jako państwo. Francja wprawdzie znalazła się niby po stronie zwycięzców, ale w 1945 roku było jasne, że te niemiecko-francuskie zmagania doprowadziły w końcu jedynie do tego, iż Europą zaczęły kierować Stany Zjednoczone z jednej, a Rosja z drugiej strony.
Jak w tej sytuacji przedstawiała się niemiecka racja stanu? Wymagała ona przede wszystkim odzyskania przez Niemcy bytu państwowego. Na skutek sowieckiej presji na Europę Zachodnią Amerykanie doszli do wniosku, że nie tylko odtworzenie, ale i remilitaryzacja państwa niemieckiego jest pożądana i tak doszło do utworzenia Republiki Federalnej Niemiec. Konrad Adenauer i Robert Schuman doszli do wniosku, że należy położyć kres nawet myśli o wzajemnej rywalizacji. Niemcy nie były w ogóle do niej zdolne, a Francuzi zrozumieli, że sprzyja ona tylko anglosaskiej z jednej i rosyjskiej dominacji nad Europą z drugiej strony. O ile celem Francuzów było odbudowanie znaczenia Francji w Europie poprzez podkreślanie niezależności od Ameryki, o tyle celem Niemców było odzyskanie prawa obywatelstwa w Europie. W tym celu ostentacyjne pojednanie z Francją było krokiem niezbędnym. Zamiast wiekowej rywalizacji - umowa o wspólne przewodzenie Europie. Ta umowa jest rdzeniem politycznej konstrukcji Unii Europejskiej.
Pierwszy cel niemieckiej racji stanu został osiągnięty. Niemcy znów zaistniały w Europie jako państwo pojednane z dawnymi rywalami, chronione przez Amerykę i ponownie uzbrojone. Co prawda, Amerykanie nie ufali Niemcom do końca i na wszelki wypadek włączyli Bundeswehrę w całości w struktury NATO, ale na tym etapie było to dla Niemiec nie tylko korzystne, ale i nieuchronne. Inaczej być nie mogło. Niemcy musiały być najbardziej lojalnym i najpotrzebniejszym sojusznikiem USA na kontynencie tym bardziej, im bardziej Francja, którą obecność amerykańska w Europie zawsze rozdrażniała aż po granice histerii, demonstrowała rozmaite dąsy i próbowała flirtów z Sowietami. Prezydent de Gaulle, jak tylko mógł, utrudniał przystąpienie Wielkiej Brytanii do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, podejrzewając nie bez słuszności, że Anglicy zawsze będą sobie cenili związki ze Stanami Zjednoczonymi co najmniej na równi z powiązaniami europejskimi, a w perspektywie - że Francja może przestać być największą miłością Niemiec.
Dopóki Europa była podzielona między Stany Zjednoczone i Związek Sowiecki, niemiecka racja stanu była nakierowana na realizowanie dwóch celów: stopniowe i konsekwentne umacnianie gospodarczej pozycji Niemiec w Europie i lojalność wobec USA w nadziei, że w razie zmiany status quo Ameryka nie będzie sprzeciwiała się ponownemu zjednoczeniu Niemiec, tzn. przyłączeniu do RFN dawnej sowieckiej strefy, czyli Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Te cele niemieckiej racji stanu realizowane były z powodzeniem aż do początku lat 90., kiedy to nastąpił rozpad imperium sowieckiego i wreszcie - likwidacja samego Sojuza.
Kiedy na horyzoncie politycznym pojawiła się możliwość likwidacji imperium sowieckiego, cztery państwa środkowej Europy: Włochy, Jugosławia, Austria i Węgry nawiązały porozumienie o współpracy politycznej, zwane od czwórki jego uczestników Quadragonale. Wkrótce do tego porozumienia dołączyła Czechosłowacja (jeszcze jako jedno państwo) i w ten sposób Quadragonale przekształciło się w Pentagonale. Niedługo doszlusowała Polska i w ten sposób Pentagonale przekształciło się w Heksagonale. Heksagonale było pomysłem na wypełnienie próżni politycznej, jaka wytwarzała się w Europie Środkowej wskutek rozpadu imperium sowieckiego, na przezwyciężenie podziału Europy Środkowej na strefę albo niemiecką, albo rosyjską, słowem - pomysłem nawiązującym do idei politycznego porządku wiedeńskiego z roku 1815, który stosunki w Europie fundował na równowadze trzech sił, a nie dwóch. Tą trzecią siłą miało być właśnie Heksagonale.
Niemiecką reakcją na Heksagonale była zachęta skierowana do Słowenii i Chorwacji, by proklamowały niepodległość. Spowodowało to natychmiastowy rozpad Jugosławii, która miała być bałkańskim filarem Heksagonale, i krwawą wojnę o granice. Charakterystyczne jest, że od strony politycznej było to posunięcie bardzo podobne do tego, jakim posłużył się Adolf Hitler w roku 1940, tworząc satelickie państwo chorwackie na gruzach Jugosławii. Widać na tym przykładzie, że poważne państwo realizuje swoje interesy podobnymi metodami, niezależnie od tego, jaki akurat ma ustrój i jakie ideały głosi. W rezultacie niemieckiej kontrakcji Heksagonale przestało istnieć, próżnię polityczną w Europie Środkowej zaczęły zaś wypełniać Niemcy.
Storpedowanie Heksagonale umożliwiło przejście do realizacji kolejnego celu niemieckiej racji stanu, tzn. przekreślenie wszystkich, niekorzystnych dla Niemiec następstw wojny przegranej przez Adolfa Hitlera w roku 1945. Instrumentem służącym realizacji tego celu polityki państwa niemieckiego jest właśnie Unia Europejska, a ściślej - program rozszerzenia jej na wschód oraz koncepcja tzw. "europeizacji Europy". Muszę przyznać, że początkowo wcale tak nie myślałem. Zacząłem tak to postrzegać pod wpływem dwóch referatów niemieckich uczestników konferencji "Polityka integracyjna polsko-niemiecka", jaka odbyła się kilka lat temu w Lublinie za pieniądze Fundacji Konrada Adenauera. Wprawdzie żaden z referentów ani jednym słowem nie wspomniał o takim instrumentalnym traktowaniu Unii Europejskiej w służbie niemieckiej racji stanu, jednak "z obfitości serca usta mówią" i intencję tę, nie tylko zresztą ja, odczytałem bez trudu między wierszami. Jestem za to wdzięczny organizatorom tej konferencji, bo jakże nie być wdzięcznym za oświecenie?
Potwierdzeniem tych podejrzeń była uchwała Bundestagu w sprawie tzw. osób wypędzonych z maja 1998 roku. Bundestag wyraził w niej podziękowanie wszystkim rządom RFN, że nigdy tej sprawy nie zdradziły ani nie zaniedbały. Przypomniał, że wypędzenie było aktem sprzecznym z prawem narodów i że sprawa ta jest nadal otwarta. Ponieważ Akt Końcowy KBWE w Helsinkach z roku 1975 zakazuje jakichkolwiek zmian granic państwowych w Europie, ale tylko przy użyciu siły, metoda rozszerzania Unii Europejskiej na wschód wydaje się dobrym sposobem stopniowej realizacji celu niemieckiej racji stanu w postaci doprowadzenia do zgodności stanu faktycznego ze stanem prawnym, wynikającym z art. 116 niemieckiej konstytucji. Obecne plany utworzenia Centrum Dokumentacji Wypędzenia we Wrocławiu wydają się te przypuszczenia potwierdzać.
Z kolei "europeizacja Europy" oznacza stopniowe wypychanie Stanów Zjednoczonych z tego kontynentu, czyli powrót do sytuacji sprzed 1939 roku. NATO wprawdzie nadal istnieje, ale Unia Europejska przystąpiła już do tworzenia własnych, niezależnych od NATO sił zbrojnych. Być może intencja jest inna, ale nawet i wtedy trudno nie zauważyć, że "europejskie siły zbrojne" są dobrym sposobem na stopniowe wyprowadzanie Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli, pod jaką znajduje się ona w ramach NATO, wskutek zaszłości po II wojnie światowej. Wreszcie sami Amerykanie zaczynają w tej sytuacji zastanawiać się nad sensem dalszego istnienia NATO w dotychczasowej jego postaci, o czym świadczy inicjatywa zaproszenia do tego Sojuszu Rosji. Póki NATO istnieje, Niemcy nie mogą przelicytować amerykańskiej oferty dla Rosji, ale postępy "europeizacji" oraz program ekspansji Unii Europejskiej mogą sporo zmienić w aktualnym stanie rzeczy.
Unia Europejska jest, jak wiadomo, tworem szalenie skomplikowanym, zarówno od strony prawno-organizacyjnej, jak i sposobu swego funkcjonowania. Stopień tego skom-plikowania przypomina oczyszczalnię ścieków ze "Śniadania mistrzów" Kurta Vonneguta. Czy nie ma tam jednak gdzieś rury, którą ten skomplikowany mechanizm przykrywa? Rurą taką jest naturalnie racja stanu państwa niemieckiego, o której wyżej pisałem, i jej realizacja, pedantycznie rozłożona na cierpliwe etapy. Taką rurą może być też okoliczność, że Niemcy pokrywają ok. 25 proc. wydatków Unii Europejskiej. Na ogólną kwotę 85 682 844 955 euro, wkład niemiecki wynosi 20 313 351 778 euro. Dla porównania: wkład francuski wynosi 14 918 483 928 euro, włoski - 11 816 658 222 euro, a brytyjski - 11 576 311 913 euro. Warto przy tym podkreślić, że Niemcy są w Unii Europejskiej płatnikiem netto, tzn. więcej wpłacają, niż dostają. I tak jest od początku.
Byłoby chyba trochę naiwne utrzymywanie, że Niemcy finansują Unię Europejską wyłącznie po to, żeby dogodzić Portugalii czy Grecji i że czynią to całkowicie bezinteresownie, tzn. bez żadnego powiązania tych wydatków z realizowaniem celów, jakie wyznacza niemiecka racja stanu. Jeśli jednak taki związek istnieje, to warto zastanowić się, jaka jest jego natura i jak w związku z tym może wyglądać przyszłość eksperymentu pod tytułem "Unia Europejska".
Warto w szczególności zastanowić się, czy jeśli Niemcy pewnego dnia doszłyby do wniosku, że Unia Europejska, jako instrument realizacji celów polityki państwa niemieckiego, spełniła już wszystkie swoje zadania i odtąd zaczyna tylko krępować niemiecką samodzielność, to czy Unia Europejska nadal będzie sobie trwała, jak gdyby nigdy nic, czy też może nie przetrwa następstw takiego wniosku, ot choćby z przyczyn finansowych? Warto być może zastanowić się nad tym, jakie właściwie granice miałaby Polska, gdyby wcześniej do Unii Europejskiej weszła, a Unia za kilka lat przestała istnieć z tej, czy też jakiejś innej przyczyny? Ponieważ od
9 maja pan minister Sławomir Wiatr ma nakazane stręczyć nam Unię Europejską intensywnie i na cały regulator, to próbujmy zagadywać na ten temat i jego i naganiaczy zatrudnionych w jego urzędzie. Może nam coś powiedzą, a może i nie powiedzą nam nic, bo też pełnią tylko rolę światełek migających na oczyszczalni braci-gangsterów i żadnego wpływu na rurę główną nie mają.  
Stanisław Michalkiewicz
Wyświetlony 7827 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.