wtorek, 21 grudzień 2010 15:46

Zjednoczenie Niemiec 1990

Napisane przez

Dziesięć lat temu, 2 października 1990 roku Europa po raz kolejny stanęła w obliczu tzw. zagadnienia niemieckiego, będącego w istocie kluczem do dziejów nowożytnych Starego Kontynentu.

Rzesza - wielki kraj położony w centrum Europy, był aż do stycznia 1871 roku (pierwsze zjednoczenie przez Bismarcka) tworem niejednolitym, rozwałkowanym na kilkadziesiąt państw i państewek (największe: Prusy, Austria z Czechami i Morawami, Saksonia, Bawaria, Nadrenia, Hannover, Hesja, Alzacja-Lotaryngia,, Baden-Würtemberg), zróżnicowanym religijne, językowo (dialekty), społecznie i ekonomicznie. Od czasów Karola Wielkiego (IX wiek) pojęcie "Rzeszy" czy też "Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego" było czymś sławnym i dumnym, lecz nieokreślonym i mgławicowym. Owszem - niektórzy cesarze (Ottonowie, Luksemburgowie, Habsurgowie) mieli ambicje opanowania całego terenu szeroko pojętej "Rzeszy" - od Niderlandów i Mozy po Niemen i Węgry; ale nigdy się to nikomu nie udało...
Przez stulecia Niemcy były tyglem, gdzie kotłowały się największe problemy Europy. To tu działał Marcin Luter, to tu rozkwitła Reformacja, która na zawsze rozsadziła jedność Kościoła Zachodniego. To przez środek Rzeszy wiodła "linia Łaby - podział na Europę uprzemysłowioną i bogatą oraz na rolniczą i biedniejszą. To na Nizinie Niemieckiej rozegrały się największe batalie kontynentalne: wojna trzydziestoletnia (1618-48), północna (1700-21), siedmioletnia (1756-63) czy wreszcie epopeja Napoleońska (1805-14).
Rzesza jednakowoż, mniej więcej do połowy XIX wieku, nie była jednością w sensie politycznym, socjalnym i ekonomicznym. Wspólny był tylko język i świadomość narodowa. Jej symbolami byli cesarze (Habsburgowie, potem Hohenzollernowie), a także wielkie nazwiska kultury światowej: J. Gutenberg, M. Luter, J.W. von Goethe, F. Schiller, I. Kant, A. von Humboldt, R. Schumann, W. A. Mozart, R. Strauss, R. Wagner. Nie bez kozery jeszcze za czasów Napoleona powszechnie uważano Niemców za naród filozofów, muzyków, poetów. Prócz wszakże tego sielankowego obrazka istniały równolegle "drugie Niemcy", militarystyczne i ekspansjonistyczne, szowinistyczne i pełne pychy. W średniowieczu były to Niemcy dynastii saskiej, pragnącej zawładnąć Czechami i Polską, albo dynastii Stauffów - prącej ku Italii i morzom południowym; nad Wisłą i Niemnem byli to wówczas także niesławnej pamięci Krzyżacy. Potem - od XVI do XVIII wieku - pazury pokazywali austriaccy Habsburgowie, bezwzględnie grabiący obszary tak odległe jak Niderlandy, Hiszpania, Neapol, Węgry, Siedmiogród, Bośnia czy Galicja. W końcu nastała godzina Prus.
Brandenburskie w swych korzeniach Prusy (królestwo 1701 r.) rządzone przez butnych i pysznych Hohenzollernów, kumulowały w sobie wszystko to, co w narodzie niemieckim najgorsze. Prócz wielkich cnót Niemców, takich jak powszechnie znane pracowitość, sumienność w pracy (związane z ethosem luteranizmu, który w 1517 roku zrodził się przecież w branbenburskiej Wittenberdze) czy zamiłowanie do porządku, Prusacy zasłynęli z ostrej junkierskiej szpicruty, kapralskiego tępego drylu wojskowego, wreszcie z antysłowiańskiego i antyfrancuskiego szowinizmu. Prusy znajdowały się na wschodzie Niemiec, a ich podstawą terytorialną były ziemie zabrane Austrii (Śląsk), Polsce (Pomorze, Poznań) oraz Saksonii. Około roku 1850, kiedy kwestia I zjednoczenia Niemiec stała się paląca - z uwagi na procesy socjalne i gospodarcze (unia celna) - dzierżyły one 40% ziem niemieckich. Były to tereny uprzemysłowione (Nadrenia Płn. i Palatynat, Saksonia Płn., Śląsk Górny i rejon Wałbrzycha-Waldenburga), sprawnie administrowane, zwarte; armia pruska była najsilniejszą po rosyjskiej armią kontynentalną.
Prusacy nigdy nie byli lubiani w innych rejonach Rzeszy, zwłaszcza w Bawarii, Austrii, Nadrenii czy Badenii-Wirtembergii. Generalnie mówiąc - krainach katolickich, ściślej związanych kulturowo z Europą zachodnią czy południową. O ile Wiedeń był stolicą walca, Praga - socjologii, Freiburg i Heidelberg - filozofii, zaś Monachium malarstwa, to płaski i ponury Berlin szczycił się jedynie Bramą Brandenburską, pod którą ciągle defilowali dryblasi w pikielhaubach. Ale Prusak miał w sobie jedno - siłę fizyczną i wolę walki, atuty dla Niemców decydujące. Dlatego naród zaakceptował zjednoczenie z 1871 roku, dokonane szybko, gwałtownie, w toku trzech wojen z Danią, Austrią i Francją (1865-70), przy życzliwej neutralności Rosji i Wielkiej Brytanii. Było to zjednoczenie - jak sam Bismarck mawiał - dokonane "krwią i żelazem".
Pierwsze zjednoczenie wywarło niezatarte piętno na "charakterze narodowym" Niemców. Dominować począł "duch pruski": nacjonalistyczny i dążący do panowania nad światem (Weltpolitik). O ile stary Bismarck był człowiekiem mądrym, znającym Europę i rozsądnym, starającym się o utrzymanie (1871-90) światowych aspiracji II Rzeszy w jakich takich ryzach (dobre stosunki z Rosją i Anglią przy izolowaniu Francji; niewpychanie się w kwestie kolonii zamorskich czy Bliskiego Wschodu), to cesarz Wilhelm II okazał się politykiem kompletnie nieobliczalnym i nieodpowiedzialnym. W okresie 1890-1914 zantagonizował on sobie wszystkie mocarstwa, wykrzykując wszędzie o tym, że "Niemcom należy się miejsce pod słońcem". "Wiluś" - jak go złośliwie nazywano - żądał Maroka i Dardaneli, Kamerunu i opanowania kolei Bagdad-Wiedeń. Zraził sobie nie tylko Rosjan i Francuzów, lecz przede wszystkim Brytyjczyków, dotąd z natury proniemieckich; teraz bali się o swoje kolonie, o flotę i panowanie na oceanach...
Tu właśnie leżała geneza I wojny światowej (1914-18), sprowokowanej przez Rzeszę Wilhelmińską. Ententa przez 4 lata usiłowała zdusić pruską hydrę, lecz nie miała na to siły. Niemcy okazały się najsilniejsze gospodarczo. Miały po Rosji najwięcej ludzi w Europie (ok. 1920 roku - 64 mln), a po USA najsilniejszą w świecie armię lądową. Z powodu rewolucji rosyjskiej 1917 r., Rzesza opanowała bez trudu Europę Wschodnią i centralną (Mitteleuropa) i o mały włos nie zwyciężyłaby na froncie zachodnim. Już wtedy połączone siły Francji, Włoch i Anglii nie były w stanie powalić armii niemieckiej, na jednym tylko przecież froncie!
Na szczęście, wkroczyły Stany Zjednoczone. Stało się to w zasadzie przypadkowo, pod bezpośrednim wpływem brutalnej prowokacji niemieckiej (groźba wojny podwodnej oraz sojuszu z Meksykiem celem odebrania Teksasu i Nowego Meksyku). W Berlinie aż do 1945 roku nie doceniano USA, wyśmiewano się z tego "tygla narodów", itp. W dobrym tonie były w Rzeszy dowcipy o Amerykanach, ich rzekomym "braku kultury". Mimo to jesienią 1918 roku armia tego państwa zjawiła się we Francji i poskromiła Hindenburga na froncie. Feldmarszałek oraz gen. Ludendorff byli wściekli, gdy w obliczu wewnętrznego rozkładu armii oraz "buntu" lewicy, Cesarstwo załamało się. Mimo, że alianci nie doszli do Poczdamu, trzeba było podpisać pokój. Traktat wersalski (jak mawiała prawica niemiecka oraz naziści "dyktat wersalski") oddawał Francji Lotaryngię z Alzacją, a odrodzonej Polsce Pomorze, Poznań oraz kawałek Śląska.
Międzywojnie to początkowo okres odwrotu niemczyzny. Austria stała się całkiem osobnym krajem, powstały Czechosłowacja i Jugosławia. Republika (zwana Weimarską, bo tam zebrał się w 1919 r. pierwszy parlament, zdominowany przez centrolewicę) była państwem słabym wewnętrznie, zżeranym kryzysem, pozbawionym armii. W umysłach obywateli tlił się jednakowoż nadal spopielały mit mocarstwowości, junkierska prawica ze starym prezydentem von Hindenburgiem na czele, cały czas wpajała społeczeństwu propagandę o "socjalistycznym ciosie w plecy", jaki rzekomo jesienią 1918 r. zadała Cesarstwu SPD, a także komuniści. ów czad propagandowy powodował, że sfrustrowani kryzysem gospodarczym lat 20. Niemcy, stawali się coraz bardziej nacjonalistyczni, rewizjonistyczni (Sudetenland, pomorski "korytarz"), militarystyczni i nietolerancyjni dla mniejszości (Żydzi, Polacy). Stąd brało się źródło popularności nazizmu Hitlera, Goebbelsa i Himmlera, który zwyciężył po 1933 roku.
Nie miejsce tu na liczne i rozmaite "interpretacje faszyzmu", a w tym nazizmu. W 1969 r. dokonał tego mniej lub bardziej udanie włoski badacz Renzo de Felice. Ze swej strony ograniczymy się jedynie do stwierdzenia, iż hitleryzm nie był bynajmniej - jak twierdzili marksiści - systemem ultraprawicowym ("najwyższą formą imperializmu"), lecz alternatywnym tak wobec lewicy (SPD, KPD) jak i prawicy (junkrzy i generalicja pruska). Mimo swego dystansu dla arystokratów i Prusaków, Hitler przyjął wszak takie elementy tejże spuścizny jak antyslawizm, militaryzm, ekspansjonizm. Nowością był u niego antysemityzm, wyjątkowo patologiczny, a uprzednio w Rzeszy raczej nieznany (było tam stosunkowo mało Żydów), który natrafił jednak na podatny grunt; nie tylko dlatego, że propaganda utożsamiała znienawidzony marksizm z "żydostwem", lecz z powodu rywalizacji biznesu żydowskiego z "narodowym" w okresie wychodzenia z kryzysu. Hitlerowcy dbali o byt robotnika i rzemieślnika, choć mieli poparcie od 40-70% społeczeństwa we wszystkich jego warstwach. Poparcie to brało się stąd, że gros Niemców pragnęło po prostu panowania Rzeszy nad Europą, jeśli nie nad światem...
Pasmo sukcesów Fuhrera w latach 1938-41 (Anschluss Austrii, zajęcie Czechosłowacji, Polski, Skandynawii, Niderlandów i Francji, a w końcu olbrzymich połaci Rosji) przewróciło Niemcom w głowach. Cała Europa miała na nich pracować, zaś na wielkich równinach Rosji koloniści germańscy uskutecznić mieli w przeciągu mniej więcej 20-40 lat świetlany "Lebensraum". Cyganie, Polacy i Żydzi, a w dalszej kolejności Rosjanie i Ukraińcy ulec mieli zagładzie fizycznej bądź wysiedleniom. Kres temu obłędowi przyniosły z jednej strony olbrzymia katastrofa w stepach Rosji (Stalingrad, Orzeł, Dniepr), z drugiej potężna ofensywa aliantów (USA przy pomocy armii brytyjskich, kanadyjskich, pozostałych "imperialnych" oraz polskich) w Afryce Płn. i zachodniej Francji (1942-1944).
Klęska Hitlera w kwietniu 1945 r. była totalna i druzgocąca. Prawie śladu nie zostało z Drezna, Hamburga, Norymbergi i Berlina. W Torgau nad Elbą, w samym sercu Rzeszy, podał sobie symbolicznie dłoń żołnierz sowiecki i amerykański, a w gnieździe prusactwa, 100 m od sarkofagu Fryderyka Wlk., w pałacu poczdamskim, spotkali się w lipcu Churchill, Truman i Stalin. Pokroili oni Rzeszę na cztery strefy okupacyjne, a militaryzm i nacjonalizm niemiecki nigdy już się nie miały odrodzić. Społeczeństwo tutejsze było przerażone, zmotłoszone, wygłodniałe, zabiedzone; kobiety i dzieci płaszczyły się w często poniżający sposób przed aliantami. Bolszewików bano się jak ognia, a kto żyw uciekał do stref brytyjskiej (Hannover, Hamburg) bądź amerykańskiej. Osiem milionów Niemców przepędzili Rosjanie z Pomorza i Śląska, a Czesi (dekretami Benesza z 1946 r.) z Rudaw i Sudetów. Austrię też podzielono na cztery strefy.
Niemcy po raz kolejny jednak mieli szczęście. Traf chciał, że zaraz po prawdziwej wojnie rozpoczęła się "zimna" wojna Zachodu przeciw dominacji ZSRS. Niemcy Zachodnie, ze stolicą w prowincjonalnym miasteczku Bonn (1949 r.), znanym głównie z tego, że kiedyś Beethoven chodził na piwo do tutejszej knajpy, odradzały się intensywnie. Sprawy wziął w swe starcze, lecz nader doświadczone i nadal sprawne dłonie Konrad Adenauer (1876-1967). Pierwszy kanclerz RFN postawił na całkowitą współpracę z Zachodem, w ramach NATO i EWG, skierowaną na rozkwit ekonomiczny nowych Niemiec, przy dystansie wobec Rosji oraz jej komunistycznych satelitów (NRD, PRL, czerwona Czechosłowacja). Specjalne stosunki utrzymywała RFN z Austrią, Francją (od 1961 r., pierwszego personalnego kontaktu Adenauera z de Gaullem) i USA.
Niemcy Adenauera to przeciwieństwo Niemiec Bismarcka, Wilhelma i Hitlera. To Niemcy zachodnie, "europejskie", tolerancyjne wobec Żydów i mniejszości, coraz bardziej kosmopolityczne. Prusactwo i nazizm wyrwano tam z korzeniami (przynajmniej w literze prawa). Wysiłki oficjalnej propagandy szły w tym kierunku, by Niemcy zrozumieli, z jakiego powodu stracili 30% swego terytorium, ze Strasbourgiem, Wrocławiem, Królewcem Konigsbergiem i Szczecinem... Wydaje się, że wysiłki owe przyniosły dotąd jakie takie rezultaty! Przede wszystkim jednak RFN miała być areną nowego niemieckiego "cudu" - cudu ekonomicznego. Prawa ręka kanclerza, ekonomista Ludwig Erhardt dokonał w okresie lat 50. i 60. (był po Adenauerze, po 1963 r., kanclerzem) serii fundamentalnych przemian, które ponownie uczyniły z "IV Rzeszy" kraj prężniejszy od Anglii, Włoch, Francji, nie mówiąc o Rosji.
Jak to się stało? Jakie były źródła tego "szczęśliwego lądowania" nowych Niemiec zachodnich? Nie mamy tu jednoznacznych odpowiedzi. Z jednej strony fantastyczna koniunktura (konieczność pozyskania przez USA sojusznika militarnego przeciw Sowietom, w obliczu słabości Londynu i Paryża; zbawienny "plan Marshalla"), z drugiej narodowe cechy Niemców - wytrwałość, upór, pracowitość, wiara w "Deutschland uber Alles". Mieli teraz znowu pokazać światu, że potrafią być "the best". Tym razem w dziedzinie organizacji, nowoczesności, otwarcia i tolerancji na świat.
Aż dziw bierze, że w kraju, gdzie onegdaj programowo tępiono Cyganów, Żydów i Polaków, obecnie mieszka ok. osiem mln "obcorasowych" Turków, miliony Jugosłowian i Polaków, nie mówiąc o Murzynach czy przedstawicielach ludów Dalekiego Wschodu! W rezultacie wyżej wspomnianych procesów Niemcy Zachodnie (65 mln obywateli ok. 1990 roku) diametralnie przeobraziły swe oblicze. Stały się filarem EWG (potem i obecnie UE) oraz NATO, czołowym sojusznikiem USA i Francji, a od lat 70. Adwokatem interesów Rosji, Węgier czy Polski. Początkowo (1945-66) stosunki z "blokiem wschodnim" były zamrożone, a z ZSRS, NRD i PRL stosunków dyplomatycznych nie utrzymywano. W Rostocku, Dreźnie, Lipsku i Berlinie Wsch. Żyło 17 mln Niemców, z roku na rok coraz bardziej otumanionych komunistyczną propagandą. Kraj był dużo biedniejszy od RFN, choć w stosunku do reszty "demoludów" - bogatszy, gospodarniejszy.
Po odejściu K. Adenauera i L. Erhardta, a dojściu do steru SPD z Willy Brandtem na czele (1962-82) zmianie ulega strategia względem Wschodu. Nawiązuje Bonn stosunki z Berlinem, Pragą a nawet Warszawą. W grudniu 1970 r. dochodzi do bezprecedensowego faktu uznania przez rząd RFN naszej granicy na Odrze i Nysie. Kanclerz publicznie klęczy przed pomnikiem getta w Warszawie. Linię tę kontynuuje H. Schmidt. Lata 70. to już okres kompletnego przełamania lodów w kontaktach polsko-niemieckich, zarówno reżimowych (idylla Schmidt-Gierek), jak niezależnych (Kościoły obu krajów, emigracja - Bonn). Polska i Rosja zaciągają w RFN spore kredyty. Tu będzie leżał klucz do "II zjednoczenia".
Przejdźmy teraz do bezpośredniej prezentacji całego owego procesu od listopada 1989 do 2 października 1990 roku. Warunki dla Niemców ułożyły się niesłychanie pomyślnie, z uwagi na sytuację w Polsce oraz w Rosji ("pierestrojka" M. Gorbaczowa). ówczesny kanclerz Helmuth Kohl (chadek z CDU-CSU, jeden z uczniów Adenauera, Nadreńczyk z Ludwigshaven) zapragnął przejść do annałów historii jako "kanclerz niemieckiej jedności" i drugi Bismarck. Innymi wszak metodami. Kiedy tylko w Polsce powstał rząd Mazowieckiego, a w Europie Środkowej rozpoczął się demontaż komuny, obywatele Berlina dali sygnał do działania. Nocą 9 listopada przewrócono dosłownie - stojący od 1961 r. - Mur Berliński, a rozgrzani alkoholem młodzi ludzie spletli się w uściskach. Było oczywiste, że utrzymywanie fikcji dwu państw tego samego narodu w sercu Europy jest absurdem. Kohl był uważany za "naszego kanclerza". Ale jaka będzie reakcja Moskwy, a dalej USA, Francji, Anglii i Polski?
Wszystkie okoliczności sprzyjały wszak nadreńskiemu olbrzymowi (193 cm wzrostu). Gorbaczow miotał się nerwowo. Pierestrojka przeżywała apogeum, a sam gebsek zażywał na co dzień środki uspakajające. Pilne potrzebne były mu kredyty na ratowanie konającej sowieckiej gospodarki. W zamian za olbrzymi zastrzyk środków pieniężnych z RFN (brak precyzyjnych danych, lecz niektórzy Rosjanie określają tę cenę jako "za małą") Kreml wyraził w lipcu 1990 r. zgodę na wcielenie NRD do RFN. Moskwa wyrzekła się przy tym kompletnie swych satelitów w Berlinie - Ericha Honeckera i Egona Krenza. Paryż ze swej strony był tak związany 30-letnią współpracą z Bonn, a prezydent Republiki Mitterrand do tego stopnia proniemiecki, iż z tamtej strony liczono tylko życzliwość. Jeszcze większe zrozumienie wykazywały USA, a prezydent Bush w obliczu wojny z Irakiem o Kuwejt (sierpień 1990) pilnie potrzebował finansowego i politycznego wsparcia RFN. Japonia i Włochy w naturalny sposób popierały aspiracje Rzeszy.
Jedynie Warszawa i Londyn zachowały coś w rodzaju dystansu. Polska w naturalny sposób wyrażała niepokój o swe granice na Bałtyku i w Sudetach, a rząd T. Mazowieckiego uparcie domagał się od Kohla ostatecznego uznania granic (pakty z 1970-72 miały charakter uregulowań tymczasowych, a konstytucja RFN nadal mówiła o "granicy z 1937 roku"). Kohl aż do jesieni 1990 r. kluczył w tej sprawie (na CDU głosowało wówczas większość tzw. ziomkostw z terenu Czech, Pomorza i Śląska), ale w końcu Anglicy, Francuzi, a nawet Bush i Gorbaczow przemówili mu do rozsądku, że żadne państwo nie zgodzi się na zmianę granicy z Polską. Z żalem Kohl powiedział w Bundestagu, że albo uzna on granicę z RP, albo zjednoczenie odłożyć trzeba na lat kilkadziesiąt... Ostatecznie w toku rokowań "2 plus 4" (RFN, NRD plus wielkie mocarstwa) ustalono uznanie granic z RP, wcielenie NRD do RFN oraz całej nowej Rzeszy do NATO (z czasowym, kilkuletnim stacjonowaniem wojsk sowieckich).
Zastanawiająca była postawa Wlk. Brytanii. Antyniemiecko nastawiona pani M. Thatcher nigdy nie pogodziła się ze zjednoczeniem Niemiec w tak szybkim tempie nieledwie roku. Widać to dobrze w jej wydanych pięć lat później pamiętnikach. Działała tu przede wszystkim odwieczna angielska "zasada równowagi". Potęga zjednoczonych Niemiec w nowej postkomunistycznej Europie zdawała się Żelaznej Damie czymś oczywistym. Istotnie, miała rację! Tak czy owak, 2 października 1990 r. Kohl, Brandt i inni liderzy niemieccy stanęli ze łzami w oczach pod Bramą Brandenburską. Utopia stała się realnością. Berlin uchwałą parlamentu znów był stolicą Rzeszy (de facto wszystkie urzędy przeniosły się tam w 1999 r.), zaś - jak napisał zaniepokojony "Times" - "widmo Bismarcka zatriumfowało nad widmem Adenauera".
Naród niemiecki, pełen euforii, oczekiwał przysłowiowej manny z nieba. Zwłaszcza ludzie we wschodnich landach (Ossi). Szybko wszak pokazało się, że zachód (czyli Wessi) muszą mocno uszczuplić swe portfele (do dziś każdy mieszkaniec landów południowo-zachodnich łoży specjalny "podatek solidarnościowy"). Kiedy jednak porównywałem "na oko" funkcjonowanie infrastruktury w byłej NRD, podczas moich turystycznych pobytów w 1990/91 r. i latem 2000, różnica była rażąco widoczna in plus. Rzesza ma niewątpliwie przed sobą wielką przyszłość. Są to już inne Niemcy, niż 50 czy 100 lat wstecz; przykładowo na 81 mln obywateli ok. 10 mln to obcokrajowcy - Arabowie bądź Słowianie. Polem zewnętrznej ekspansji gospodarczej i kulturowej nowych Niemiec jest natomiast i będzie Europa środkowo-wschodnia.
Tomasz Serwatka
Wyświetlony 17260 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.