czwartek, 18 luty 2010 22:23

Prawica czy prawice

Napisał

Francuska myśl kontrrewolucyjna to niewyczerpane źródło inspiracji dla współczesnej prawicy w Polsce. Nazwiska m.in. de Maistre?a, Maurrasa czy de Chateaubrianda nieustannie przewijają się w dyskusjach, są ważnymi punktami odniesienia w publicystyce i publikacjach naukowych. Dlatego też książka z zakresu francuskiej politologii ? zwłaszcza gdy określana jest mianem ?perły? gatunku ? musi odbić się szerokim echem i skłonić do refleksji nad obecną kondycją prawicy galijskiej.

 
René Rémond, którego ostatnia wersja najgłośniejszego dzieła została niedawno przetłumaczona na język polski, to zmarły w 2007 r. politolog i historyk myśli politycznej. I choć był przyjacielem Polski, zwolennikiem polskich dążeń wolnościowych, amicus Plato, sed magis amica veritas, dlatego stwierdzić trzeba, że kanoniczna pozycja francuskiej politologii przynosi wiele interesujących informacji, lecz ma również liczne merytoryczne słabości, które sprawiają, że jej plusy nie mogą przesłonić minusów?
 
Z pewnością zasługą autora jest mocne podkreślenie, że prawica nie ma nic wspólnego z faszyzmem, że określenie ?faszyzm? w kontekście prawicy nie ma żadnego uzasadnienia merytorycznego, a jeżeli już się pojawia, to wyłącznie w charakterze obelgi i próby wypchnięcia myśli prawicowej poza obręb poglądów dopuszczanych do publicznej artykulacji. W rzeczywistości autentyczna prawica nie ma nic wspólnego z totalitaryzmem w jakiejkolwiek jego odmianie, jest awangardą oporu. Gorzej, że w ogóle jakakolwiek prawica na kartach pracy Rémonda jawi się osobliwie lewicowo? W jednym zdaniu można wywód autora streścić następująco: Prawica kontrrewolucyjna po 1945 r. stała się marginesem marginesu politycznego, natomiast to, co współcześnie uchodzi za prawicę, jest efektem przemieszczenia się na mapie politycznej Francji formacji lewicowych, rewolucyjnych, akceptujących trójkolorowy sztandar.
 
Przywoływanie nazw z przeszłości dla scharakteryzowania zjawisk współczesnych może być mylące. Rémond podzielił Prawicę na legitymistyczną, orleanistyczną i bonapartystowską, ale w praktyce podział ten nie miał żadnego odniesienia do sporów dynastycznych XIX wieku, kiedy to starsza linia Burbonów musiała przeciwstawić się uzurpacjom książąt Orleańskich i potomków korsykańskiego adwokata. Dla Rémonda legitymiści to po prostu stara prawica, która zniknęła z życia politycznego Francji, wyznaczanego przez kalendarz wyborczy, orleaniści ? demoliberałowie i chadecy, natomiast bonapartyści to gaulliści, zwolennicy etatyzmu i silnej władzy prezydenckiej. Co ciekawe, w skład formacji legitymistycznej zaliczona została również Akcja Francuska, o której każdy politolog wiedzieć powinien, że ta liga dokonała nacjonalistycznej reintepretacji praw fundamentalnych Francji i poparła właśnie rodzinę Orleańską. Pewnym usprawiedliwieniem może być fakt, że w książce prawica legitymistyczna wymiennie nazywana jest także ?kontrrewolucyjną?, a przez kilkadziesiąt lat Akcja Francuska postrzegana była jako najważniejsza część obozu kontrrewolucji. To usprawiedliwienie jest jednak warunkowe, gdy na str. 280 czytamy oczywistą dezinformację, że Karol Maurras odświeżył prawicę legitymistyczną poprzez zaszczepienie jej nacjonalizmu. Słuszniejsze byłoby stwierdzenie, że Maurras stał się twórcą oryginalnej koncepcji narodowego (neo)rojalizmu. W tym miejscu pozwolę sobie zauważyć, że uznalibyśmy za dziwne, gdyby dla nakreślenia współczesnej mapy politycznej Polski odwoływać się do nazw nieformalnych stronnictw z okresu np. Sejmu Wielkiego lub Wielkiej Emigracji? Analogiczny zabieg w odniesieniu do Francji wydaje się równie chybiony ? autor nie ukrywa jego umownego charakteru. Co dziwniejsze, na kartach książki, obok dziesiątków mniej lub bardziej znanych polityków ?głównego nurtu? nie pojawia się choćby najmniejsza wzmianka o królu Ludwiku XX (osobie, która jest przecież naturalnym ?sztandarem? legitymistów!). Natomiast zapewne najbardziej znany z jego poprzedników ? Henryk V ? w przypisie na str. 372 wspominany jest jako pretendent do tronu, co uznać należy za kolejny poważny błąd, gdyż następca tronu automatycznie staje się królem w momencie śmierci swojego poprzednika. Nie ma przy tym znaczenia, czy jest w stanie realnie sprawować władzę. Król nigdy nie umiera i żadna siła nie jest w stanie pozbawić go korony.
 
Jako sedewakantysta nie rozumiem i nie akceptuję stwierdzenia, że Kościół katolicki złagodził swoje stanowisko wobec rewolucji, natomiast samą rewolucję legitymizował upływ czasu. Jeżeli trafne wydaje się spostrzeżenie, że Kościół zwany posoborowym rzeczywiście złagodził surowość swojego osądu, oznacza to ni mniej, ni więcej, że odrzuca on katolickie stanowisko w tej kwestii. Mogę złożyć to tylko na karb uproszczonego spojrzenia Rémonda na kwestię religijną we Francji lub też wyraz jego osobistych przekonań (str. 75). Kolejnym świadectwem uproszczeń użycie błędnego określenia tradycja judeochrześcijańska (str. 133). Szczególnym smaczkiem jest natomiast dowodzenie, że szkoła maurrasowska została potępiona przez Kościół za jej nacjonalizm. W tym miejscu wystarczy przypomnieć arcyważny artykuł p. prof. Jacka Bartyzela, opublikowany na łamach ?Opcji na Prawo? w maju 2007 r., w którym m.in. znalazły się słowa: AF zostaje potępiona przez Watykan, tyle że właściwie nie wiadomo... za co, bo akt kondemnacji nijak tego nie precyzował. Potępienie z 1926 r. było nie tylko tragedią dla Akcji, lecz ? w ostateczności ? dramatem Kościoła, przedsmakiem zwycięstwa modernistów w latach 1962-1965. Ponownie przywołam publikację p. Bartyzela: faktyczne motywy potępienia z 1926 r. były natury politycznej, a nie doktrynalnej. Szkoda, że Rémond tak istotną i zarazem delikatną kwestię uprościł do granic absurdu.
 
W efekcie tych wszystkich zabiegów większość książki poświęcona jest prawemu skrzydłu obozu rewolucyjnego. Sądzę, że dla polskiego czytelnika, którym będzie zapewne osoba sympatyzująca z prawicą, szczegółowe analizy rozgrywek partyjnych w czasach tzw. IV i V Republiki oraz dociekania, kto jest rzeczywistym spadkobiercą gen. de Gaulle?a, okażą się zwyczajnie nużące. Pewne poruszenie może jedynie wywołać informacja, że po II wojnie światowej chadecy akceptowali akty nacjonalizacji własności, czyli ? mówiąc wprost ? domniemani katolicy akceptowali kradzież. Analizy sporów, rozłamów i prób integracyjnych zastępują analizy programów. Być może dlatego tak wielką trudność zdaje się autorowi sprawiać prezentacja Frontu Narodowego. Fenomen Frontu łamie zaproponowany przez Rémonda trójpodział. Dla autora zapewne dodatkowym problemem jest niczym nieuzasadniona demonizacja tej partii, której świadkiem był przez trzy dekady, co uczciwego politologa zmusza do zakwestionowania ewidentnych bzdur głoszonych na jej temat, a z drugiej strony pozostaje jasne, że sam Rémond ma niechętny stosunek do tego zjawiska, jak również do bliskiego na różnych płaszczyznach frontowi ruchu na rzecz tradycji katolickiej.
 
Publikacja może być także odczytywana poprzez lokalne, polskie uwarunkowania i ruchy na scenie politycznej. Liczne wyrazy uznania, których autorem jest p. Kazimierz Michał Ujazdowski, twórca wstępu i opracowania, są o tyle charakterystyczne, że ten polityk wydaje się przedstawicielem formacji, która z patriotycznej lewicy przemieściła się ku centro-prawicy, lecz było to jedynie zmianą sytuacyjną, bez związku z jakimś ?przewartościowaniem wartości?? W tym kontekście sens ma ironiczne hasło ?Konserwatyzm ? tak, reakcjonizm ? nie!?. I właśnie w takim duchu ? konserwatyzmu bez trwałego programu, akceptującego demokrację i niechętnego kontrrewolucji ? jest utrzymane dzieło Renata Rémonda. Omawiana książka będzie zapewne interesującą lekturą dla oddanych miłośników Francji, ale trudno ją uznać za poważną propozycję programową dla prawicy polskiej, kiedy czyta się np. taki fragment na str. 343: (?) ekstremiści są właśnie nieprzejednani. Nieprzejednani w trwaniu przy
swym systemie myślenia i wyrażaniu swych idei; przeświadczeni o własnej pewności, przekonani co do słuszności swej wizji lub naukowości swej metafizyki; jako tacy nie są skłonni czynić najmniejszej koncesji na rzecz punktu widzenia swych przeciwników. Wszelka taka koncesja poczytywana jest za zdradę. Na płaszczyźnie politycznej chcą wyciągać wszystkie konsekwencje ze swych zasad (?). Dla nas prawica jest przecież czymś znacznie, znacznie większym i ważniejszym niż tylko pustym słowem, pod które podłożyć można dowolną treść.
 
René Rémond, Francuska prawica dzisiaj, tłum. Marian Miszalski, wstęp i opracowanie Kazimierz M. Ujazdowski, Iskry, Warszawa 2008, str. 376.
Wyświetlony 2929 razy
Więcej w tej kategorii: « Nowa tradycja Filet z sandacza »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.