piątek, 19 luty 2010 14:08

Pozyskiwanie niegodziwą mamoną

Napisane przez

 

Może to tylko instynkt stadny?
 
Doniesienia o krachu który rozpoczął się od tego, że pół roku temu pewne wielkie instytucje finansowe w USA znalazły się na krawędzi upadłości, skłaniają ku zastanowieniu się jeszcze raz nad przyczynami tego rodzaju zjawisk. Gdy w ciągu miesiąca lub roku bankrutuje wiele małych i mało komu znanych przedsiębiorstw, piszą o tym gazety, ale co najwyżej lokalne. Gdy to dotyczy kilku gigantów ? jest sensacja na pierwsze strony gazet (i nowy emocjonujący temat dla wypowiedzi polityków) w różnych krajach. Powinniśmy zapewne brać tu poprawkę na psychologiczne złudzenie, które rozróżnia między rzadszymi nieszczęściami wielkimi a częstszymi ? o niewielkiej skali.
 
Co właściwie dzieje się, gdy firma upada? Gdy upada z powodu niezdolności do spłacenia swoich długów, przejmuje ją wierzyciel (albo wierzyciele), nieraz bywa nim bank. Gdy konkurencyjna firma przez podstawionych ludzi skupuje na giełdzie jej akcje, może dojść do tzw. wrogiego przejęcia. Nazwa firmy zmienia się lub nie, ale właścicielem (jedynym albo głównym ? posiadaczem tzw. kontrolnego pakietu akcji) staje się inny podmiot gospodarczy. Dość często towarzyszy temu pozbawienie zatrudnienia części dotychczasowych pracowników. Wrażenie wywołane tym również podlega owemu złudzeniu, o którym była mowa wyżej.
 
Nieraz się zdarza, że bankructwo albo stan jemu bliski są poprzedzane (i powodowane) tym, że akcje danej firmy tracą na wartości w obrocie giełdowym. Działa tu jeszcze jedna przypadłość ludzkiej psychiki: instynkt stadny. Gdy widać początek spadku wartości, nawet nieznaczny, może (choć nie musi) to sprawiać taki skutek, że akcjonariusze wolą pozbywać się posiadanych udziałów. Nie tylko ci wielcy i słynni, ale także anonimowi tzw. drobni ciułacze. Cóż jednak oznacza sprzedaż akcji? Ktoś sprzedaje komuś innemu, który (jeszcze) nie lęka się posiadać ani nabywać akcji danej spółki albo nawet liczy na to, że teraz kupuje tanio, ale później sprzeda je drożej. Czyli tu również nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Po prostu firma ? wolniej albo szybciej ? zmienia grono swoich współwłaścicieli.
 
Dopiero gdy instynkt stadny przeważa, gdy spadek wartości akcji staje się gwałtowny, akcjonariusze wielcy i mali ? okazują się zrównani w ubóstwie i popadają w rozpacz ? wszyscy mamy w pamięci podręcznikowe albo filmowe opisy fali samobójstw podczas tzw. wielkiego kryzysu zapoczątkowanego słynnym ?czarnym wtorkiem? (29 października 1929 r.), kiedy to wybuchła panika giełdowa na Wall Street w Nowym Jorku. Od tej pory to uchodzi za wzorzec kryzysu ekonomicznego. Faktycznie powinien nim być kryzys nie sprzed 80 lat, lecz inny, o 104 lata wcześniejszy, który dotknął gospodarkę brytyjską. No, ale w 1929 r. była już nie tylko prasa, lecz także elektroniczne środki łączności i masowego przekazu, dlatego wszystko było bardziej widowiskowe.
 
Dzisiaj wiadomo, że kryzysy ekonomiczne to zjawisko powtarzalne, są po prostu fazami cykli ekonomicznych. Niektóre próby objaśniania ich odwoływały się w XIX w. do rytmów aktywności słonecznej. Może coś w tym jest, fachowcy od gospodarki powinni wiedzieć lepiej ode mnie.
 
Jak ?apetyt rośnie w miarę jedzenia?
 
Wszystkie firmy zależą od banków. Gdy więc kłopoty dotykają banków (tak jak w najnowszym przykładzie ? upadłość Lehman Brothers), może to odcisnąć się na znacznej części gospodarki. Jednak oprócz: klęski nieurodzaju, ?klęski urodzaju?, innych kataklizmów przyrodniczych, oprócz wojen i ?psychologii tłumu? istnieje jeszcze jeden czynnik, mogący powodować kłopoty w bankach. Jest nim... pojęcie matematyczne, które nazywa się ?funkcja wykładnicza? (funkcje wykładnicze opisują np. zmienną szybkość takich zjawisk, jak rozpad promieniotwórczy ? w przypadku funkcji malejącej, albo reakcja łańcuchowa ? w przypadku funkcji rosnącej). Autor pewnego popularnonaukowego artykułu (Michał Szurek, ?Znów o inflacji?, ?Młody Technik? ze stycznia 1995 r., str. 42-43) objaśnił, jak to inflacja bywa pretekstem ? tak, pretekstem! ? do wyzyskiwania kredytobiorców przez banki, poprzez wmawianie, że obsługa kredytu jest dla kredytobiorcy bardzo korzystna. Mało kto bowiem rozumie zawiłości matematyczne, a chodzi mianowicie o tzw. procent składany. Odsetki narastające z biegiem czasu są doliczane do kapitału początkowego, dzięki czemu łączna ilość pieniędzy, jakie bank otrzymuje od swojego dłużnika, nie wzrasta proporcjonalnie do czasu (odsetki = kwota pożyczona + stopa procentowa + czas; to wzór tylko na tzw. procent prosty), lecz znacznie szybciej. Jeśli stopa procentowa wynosi np. 5% rocznie, to liczbę 105%, czyli 1,05 podnosi się do potęgi o wykładniku wyrażającym czas mierzony w latach i dopiero wynik tego potęgowania mnoży się przez wielkość pożyczki, co daje łączną sumę wpływającą od dłużnika do banku (kapitał + odsetki). Poznałem wzór na ?procent składany? bynajmniej nie jako uczeń ani potem jako student matematyki, lecz... zapamiętałem go z lektury ?Kalendarza uczniowskiego?, wydanego w Polsce Ludowej na samym początku lat pięćdziesiątych. Gdy czas nie wyraża się liczbą całkowitą, lecz ?z przecinkiem?, to obliczenie wartości potęgi o takim wykładniku wymaga posłużenia się komputerem, a przynajmniej dobrym kalkulatorem. Dosyć powszechna jest zatem sprzyjająca bankom niewiedza ich klientów: dłużników i wierzycieli. Banki bowiem ? wszystkie ? żyją z różnicy między wyższymi odsetkami, które pobierają od swoich dłużników, a niższymi, które wypłacają swym wierzycielom. Gdy owe odsetki narastają w tempie wykładniczym, to samo dzieje się z ową różnicą, czyli dochodem banków.
 
Michał Szurek przytoczył na koniec opowiastkę o Indianach, którzy w 1624 roku za paciorki warte 24 dolary sprzedali Bladym Twarzom wyspę Manhattan. Biorąc przykładowo pod uwagę stopę procentową w wysokości 5% w stosunku rocznym, autor pokazał, że gdyby złożyli wtedy 24 dolary do banku, to w okresie od 1624 r. do 1995 r. ich kapitał urósłby do wielkości ? uwaga! ? 1.743.577.261 dolarów i 65 centów. Najważniejsza u Michała Szurka jest pointa: Zanim jednak zaczniemy wieszać psy na naszych praprzodkach, którym nie chciało się zainwestować grosika, by stworzyć nam dobrobyt, pomyślmy, że to tylko na papierze wygląda tak ładnie. Właśnie z powodu własności funkcji wykładniczej systemy bankowe muszą od czasu do czasu zrobić plajtę, a inflacja jest matematycznie nieuchronna (wyróżnienie moje ? K.T.). Istnieje przysłowie mające przestrzegać przed iluzjami socjalizmu, które brzmi: nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad. Kiedy go dostaję, to znaczy, że zapłacił zań ktoś inny; jeśli zapłaciło państwo, to zapłaciliśmy lub zapłacimy my wszyscy, podatnicy. Zupełnie tak samo nie istnieje czarodziejski dzbanek, do którego wystarczy włożyć jednego dukata, aby móc potem go wyjąć, wydać, a następnie sięgnąć do dzbanka, znowu znaleźć tam dukata ? i tak dalej. Niestety, to tylko na papierze wygląda tak ładnie: a mianowicie w baśniach, gdzie jest mowa o takich dzbankach. Czarodziejskich dzbanków nie ma ? zupełnie tak samo, jak nie ma perpetuum mobile.
 
(?)
Wyświetlony 4489 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.