sobota, 20 luty 2010 20:28

Czas kitowania

Napisane przez
Wypada pochwalić Witolda Falkowskiego za poparcie tezy, iż reforma systemu ochrony zdrowia forsowana przez rząd Donalda Tuska, jak to mój Szanowny Adwersarz zechciał ująć: może być kamuflażem dla machinacji służących wzbogaceniu się establishmentu ("Czas racjonalnego myślenia", Opcja, styczeń 2009). Niestety, to wszystko, co w kwestii uznania mogę dla mego Oponenta uczynić. Trudno bowiem odnosić się z atencją do ewidentnych nonsensów.

Pan Falkowski twierdzi, na przykład, że możliwe jest zapewnienie należytej opieki zdrowotnej Polakom na oddziałach oferujących usługi niskobudżetowe (choćby na szpitalnych oddziałach ratunkowych), jeśli tylko prowadzić je będą prywatne przedsiębiorstwa, ewentualnie instytucje charytatywne utrzymywane z dobrowolnych datków.

 
Już sobie wyobrażam spółkę prawa handlowego, nieustannie dokładającą do interesu (a tak właśnie wygląda finansowanie procedur medycznych na SOR-ach)! Swoich prezesów owe spółki rekrutowałyby niechybnie za pomocą łapanek, a każdy z tych nieszczęśników nieodmiennie stawałby się smacznym kąskiem dla prokuratury ? jako że z konieczności działałby albo na szkodę własnej firmy (nie zapewniając jej dochodu), albo na szkodę pacjenta (limitując diagnostykę).
 
Natomiast pomysł, by SOR-y utrzymywała instytucja charytatywna, fundująca sobie samej wysokospecjalistyczny sprzęt diagnostyczny, i to z dobrowolnych datków, brzmi tak kuriozalnie, że żadnym śmiechem obśmiać tego nie potrafię. Instytucje charytatywne utrzymują w Polsce noclegownie dla bezdomnych (i to przeważnie dzięki dotacjom ze strony lokalnych samorządów), ale hotele to nie są.
 
Niepraktyczne chciejstwo
Konkurencja systemu państwowego utrzymywanego z podatków jest zbyt silna i z zasady nieuczciwa ? powiada dalej pan Falkowski, stąd w jego przekonaniu tak incydentalnie mamy w Polsce do czynienia z powstawaniem prywatnych szpitali. Natomiast moim zdaniem dzieje się tak dlatego, że wyłącznie jednostki inwestują w firmę, zaczynając od wykupu działki budowlanej, natomiast cała reszta przejmuje dotychczasowy majątek, ostrząc zęby na kolejny (grunty, budynki, wyposażenie), który w myśl rządowych projektów, za jakiś czas będzie można przejąć za bezcen. Jak to zwykle dzieje się z upadającymi firmami w gospodarce wolnorynkowej.
 
Pan Falkowski wynalazł też w moim tekście tezę jakoby ?czysto marksistowską?, ponieważ pozwoliłem sobie zasugerować, że w sprywatyzowanej służbie zdrowia dostęp do leczenia warunkowany będzie zamożnością potencjalnego pacjenta. Jest to nieprawda ? zagrzmiał w odpowiedzi, wykładając, że: Dostęp do takich czy innych metod leczenia na wolnym ryku usług medycznych zależałby od potrzeb i rozsądku potencjalnego pacjenta, a nie od jego zamożności.
 
To zadziwiające pustosłowie wynika zapewne z przesadnego kontaktu ze światem nierealnych idei. Bądź chciejstwa, nieopartego w praktyce. Delikatniej mówiąc, jest to teoria, na dodatek niespójna. Najwyraźniej Witold Falkowski winien zrewidować poglądy, weryfikując je choćby w kontekście dzisiejszego stanu rynku usług stomatologicznych, zwłaszcza ich dostępności i kosztów ponoszonych przez pacjenta.
 
Ryzykanci mimo woli
Ludzie przezorni ubezpieczaliby się, zwłaszcza gdyby wykonywali niebezpieczną pracę czy podróżowali do niespokojnych zakątków świata ? przekonuje Witold Falkowski, tym samym prezentując żenujący niedostatek elementarnej wiedzy o rzeczywistości. No bo czy pacjent, udający się do ?państwowego? stomatologa z bólem w prawej górnej szóstce, nie jest ubezpieczony? Zwykle jest. A za leczenie kanałowe chorego zęba musi zapłacić dodatkowo? Musi, i to sporo. A gdyby całkowicie sprywatyzować ten segment rynku medycznego, ów pacjent zapłaci mniej albo wcale? Toż to jakiś absurd.
 
Nieubezpieczeni ryzykanci rzeczywiście mieliby ograniczone możliwości leczenia w razie wypadku lub choroby ? pisze tymczasem mój Adwersarz, nie zauważając, że dzisiaj nawet ubezpieczonym limituje się dostęp do świadczeń (weźmy podstawowe badania laboratoryjne), jeśli nie dysponują oszczędnościami. A żadnych oszczędności nie ma dziś około połowy Polaków. I nie wynika to bynajmniej z rozbuchanych apetytów na peregrynacje po świecie, lecz z ubóstwa, nadal dotykającego realnie co piątego mieszkańca kraju nad Wisłą. Kto tych ludzi ubezpieczy, gdy oni sami będą zmuszeni grać role ?nieubezpieczonych ryzykantów?, zadekretowane im przez pana Falkowskiego?
 
Tłumienie ognia benzyną
 W konkluzji Witold Falkowski zaznacza, że należy odróżnić istotę problemu (prywatyzować czy nie?) od jego aspektów technicznych (jak i kto ma prywatyzować?). Jeśli się nie przestrzega tej zasady, powstaje chaos semantyczny ? a chaosu mamy już nadmiar.
 
To idealna diagnoza. Zabrakło puenty: skoro bowiem tyle tego chaosu dookoła, po co nam jeszcze większy? Muszę, zatem powtórzę: gdy dziewięć na dziesięć prywatyzacji odbywa się w Polsce z naruszeniem prawa (to nie ja, to Najwyższa Izba Kontroli), w takim razie przekonywanie, że komercjalizacja szpitali uzdrowi ochronę zdrowia w Polsce, przypomina wiarę w to, że benzyna ugasi pożar. Zwłaszcza gdy uwzględnić okoliczność, że tak zwana ?gospodarka wolnorynkowa? w polskim wydaniu to żadna gospodarka wolnorynkowa, tylko kapitalizm polityczny, z zasadami wolnego rynku niewiele mający wspólnego.
 
Nie zgadzam się więc z Witoldem Falkowskim, że gospodarka wolnorynkowa, osadzona w polskich realiach, mogłaby lepiej zaspokoić potrzeby obywateli w zakresie ochrony zdrowia, niż państwo, wymuszające powszechny system ubezpieczeń zdrowotnych oraz ustanawiające państwową służbę zdrowia. Są bowiem obszary, gdzie wolny rynek nawet w polskim wydaniu sprawdza się jako tako (na przykład w handlu wewnętrznym ? choć nawet tu jest to teza mocno dyskusyjna), są takie, w jakich ze wspomnianych wyżej przyczyn sprawdzić się nie może (na przykład w przestrzeni medialnej), i są również obszary, gdzie gospodarka rynkowa nie sprawdza się wcale. Jak w ochronie zdrowia.
 
Dlatego, między innymi, cały czas mówimy, że określone zobowiązania wobec obywateli ma w pierwszym rzędzie państwo, a nie przedsiębiorstwa prywatne czy instytucje charytatywne.
 
Kończąc pozwolę sobie wyrazić przekonanie, że Witold Falkowski znakomicie zdaje sobie sprawę z omówionych pokrótce uwarunkowań ? stąd nie powinien tej wiedzy przed sobą ukrywać. Tym bardziej nie godzi się, by wciskał Czytelnikom kit.
 
A swoją drogą, by nie pogubić się wśród jakże licznych kontrowersji dotyczących dopuszczalnego zasięgu gospodarki wolnorynkowej, należałoby uprzednio przypisać te czy inne funkcje państwu, a także zgodzić się co do zakresu obowiązków państwa wobec obywateli ? przy okazji podążając śladami Adama Smitha, Miltona Friedmana, Johna Stuarta Milla czy Friedricha Hayeka. Zatem proponuję przełożyć ten spór na inną okazję.
Wyświetlony 3757 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.