czwartek, 25 luty 2010 12:21

Od Redakcji

Napisane przez

Leitmotivem niniejszego numeru jest Dalajlama. Pokazujemy tę żyjącą ikonę naszych czasów w świetle nieco innym od pozostałych mediów.

Zdajemy sobie sprawę, że dotykamy tematu kontrowersyjnego, uważamy jednak, że jako liberalni konserwatyści powinniśmy dbać przede wszystkim o swobodę poglądów i prawdę, natomiast opinie o Dalajlamie w polskiej (i nie tylko) prasie są zdecydowanie jednostronne i zmitologizowane. W naszych, dalece zmaterializowanych czasach duchowość nie jest w cenie, a jednak Dalajlama ściąga uwagę i żywe zainteresowanie milionów i od dziesięcioleci znajduje się ?na fali?. Jest symbolem na równi z towarzyszami ?Che? i Fidelem czy księżną Dianą. Tamci wszakże mieszczą się w paradygmacie nowoczesności, podczas gdy buddyjski duchowny zdaje się poza niego wykraczać. Pozornie jednak. Religia pozbawiona Boga, pacyfizm, proste hasła i aura tajemniczości są jak najbardziej do zaakceptowania przez współczesny świat i doskonale współgrają z modnym New Age. A gdy dodać, że ów myśliciel jest zdecydowanie lewakiem...

 

 
Dalajlama uchodzi powszechnie za symbol cierpień, jakich przysporzyli Tybetańczykom chińscy komuniści. W jaki jednak sposób pogodzić to z jego entuzjazmem wobec głównego sprawcy owych nieszczęść ? Mao Zedonga? Czyżby los rodaków Dalajlamy liczył się dla niego tak mało wobec wielkości idei komunizmu?
 
Należałoby się zastanowić, na ile Dalajlama rzeczywiście reprezentuje interesy Tybetańczyków, a na ile jest rzecznikiem ideologii zniewolenia. I może warto wyobrazić sobie, jak czulibyśmy się, gdyby w czasie stanu wojennego wolny świat uważał za ?duchowego przywódcę Polaków? kogoś, kto deklarowałby się jako marksista i głosiłby, że np. Bierut miał dobre intencje, a nasze problemy wynikają z niedostatku komunizmu, nie zaś z jego powodu?
 
Dalajlama to takie współczesne wydanie grajka z Hamelin, wiodącego dzieci na zatracenie. Daje niby poczucie udziału w czymś wielkim i szlachetnym, wszystkich kocha, głosi miłe rzeczy i jest strasznie prześladowany. Jakże tu się nie zachwycić, jak nie przyłączyć się do tak licznych naiwnych wielbicieli! Kościół przecież głosi w kółko te same trudne i nudne, nieprzyjemne rzeczy. A tu przychodzi ktoś, kto wszystko pojął, nikomu nie robi krzywdy i jeszcze akceptuje aborcję ? nic tylko entuzjastycznie to poprzeć!
Redakcja
Wyświetlony 5432 razy

Więcej w tej kategorii: Autorytety czy agenci wpływu? »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.