poniedziałek, 28 marzec 2011 15:38

Opowieść karnawałowa

W którejś z podkrakowskich wsi, zimową nocą.

Doktor nauk socjologicznych Tadeusz Dwutlenek już od godziny pruł swoim ścigaczem przez białą watę. W głowie szumiało mu jeszcze zioło, wypalone tuż przed wyjazdem. Czuł w sobie głęboki oddech niczym nieskrępowanej przestrzeni oraz spokojną, niebiańską lekkość bogów. Kawały śnieżnego puchu odrywane od zasp, przelatywały z szumem gdzieś ponad burtami.

wtorek, 01 marzec 2011 00:10

Krzyk (Legenda)

Wiosna roku tysiąc osiemset sześćdziesiątego czwartego przyszła w zabiedzone nowogórskie okolice po wyjątkowo długiej i mroźnej zimie. Nocami trzymał jeszcze mróz, ale w dzień śmiałe kwietniowe słońce poczynało sobie całkiem raźno. Śnieżna szata szybko znikała, odsłaniając mizerię i zniszczenia w chłopskich obejściach. Zima okrutnie przetrzebiła pobliskie lasy. Zwierzyna, albo zdechła z braku pożywienia, albo została odłowiona przez okolicznych kłusowników. Tylko wygłodniałe wilki, których w takiej liczbie nie widziano tu od lat, podchodziły bezczelnie tuż pod chałupy i warczały groźnie na widok ludzi. Nawet w dzień strach było opuszczać zagrody położone bliżej lasu.

wtorek, 21 grudzień 2010 11:52

Czapka

k

Stary nie mógł znaleźć dla siebie miejsca. Chodził po izbie, to siadał przy stole, to pod piecem, ale widać było, że całe to wycieranie kątów - jak mawiała Hawrylukowa - na niewiele się zda.

Numer: Nr 5 maj 2002
wtorek, 21 grudzień 2010 10:43

Dziadek

Zaczęło się niewinnie, od oglądania filmu: był czarno-biały i ponury, niemal jak nasz telewizor.

czwartek, 11 marzec 2010 17:41

Kokon (I): Nieformat

 Tuż za zjazdem z autostrady ulica spadała lekko w dół, wylewając się na rozległy plac przed halami handlowymi. Zdjąłem nogę z gazu i wyprostowałem się w siedzeniu. Poszukiwanie wolnego miejsca pod supermarketem w piątkowe popołudnie to prawdziwe wyzwanie. To próba połączenia cierpliwości kierowcy walca ze zwinnością konika polnego. Podczas gdy żołądek rozpaczliwie walczy z truciznami całego świata, ty musisz z niezmąconym spokojem grać swoje, aby w odpowiednim momencie jednym ruchem nakryć łapą wyłuskaną przestrzeń i zagarnąć ją pod siebie. Wolno prowadziłem samochód, uważnie zamiatając wzrokiem zapełnione szczelnie alejki.

 
Skręciłem ponownie w lewo. No i nic ? zatkane. Piątkowa zaraza obsiadła wszystko. Zmrużyłem oczy. Te setki samochodów stojących w bezmyślnych szeregach, one nie tworzą jakichkolwiek kompozycji czy nawet sensownej symetrii. Może dlatego jest tu tak brzydko.
 
? Będzie wyjeżdżał ? jęknęła żona, kiwając się na siedzeniu. Pomagała siłą woli jakimś ludziom sprawniej pakować się do auta. Popatrzyłem na nią. Rysy jej twarzy próbowały przebić się przez gruby makijaż.
 
? Poczekamy ? wyjąkałem niepewnie i zatrzymałem samochód.
 
Spojrzałem w boczną szybę. To miejsce nie ma swojego charakteru. Tu stoją obok siebie, przypadkowo poustawiane, luksusowe audi i rozlatujący się ze starości truck nieczytelnej marki. Inaczej niż na osiedlach, gdzie samochody mogą niejedno powiedzieć, i to nie tylko o swych właścicielach, ale w ogóle o świecie. Na osiedlach logika zaparkowania jest wysmakowana. Przykładowo: nowiutka renówka blisko pod oknem, oktawia centralnie pod latarnią, a polonez nonszalancko jednym kołem na chodniku. Stary ford, tyłem prawie opierając się o mur, albo inny niegdysiejszy metalik, pogardliwie wystawiając na jezdnię skorodowany tyłek. Wszystko to tworzy namiastkę krajobrazu. Parkingi przy supermarketach są prostackie, tu nie dba się o szczegóły. Pod rządami pragmatyzmu charakter miejsca staje się zbędny. Wtoczyłem się na stanowisko. Zaparkowałem. Nareszcie. Wysiadłem z auta i rozprostowując kości spojrzałem w górę.
 
? Mówię ci, że tutaj nie ma nieba ? burknąłem do żony, wskazując ręką przestrzeń ponad supermarketem.
 
? Już to kiedyś mówiłeś.
 
Cztery słowa. Już, to, kiedyś, mówiłeś. Odwróciłem się w jej kierunku.
 
? Dlaczego to cię w ogóle nie obchodzi! ? warknąłem ostrzegawczo.
 
Nie zwracała na mnie uwagi. Zaczerpnąłem głęboko powietrza i ryknąłem
? Do diabła!!! Przecież to oburzające! Oni zrezygnowali z nieba, żeby obciąć koszty. Gnoje, utargowali niebo z Panem Bogiem ? ściszyłem głos. ? Nienawidzę ich.
 
Przyglądałem się, jak szuka w torebce dwuzłotowej monety. Wiedziałem, że nie robię na niej żadnego wrażenia.
 
? Kiedyś z tobą nie pójdę ? mruknąłem.
 
Spojrzała na mnie i z impetem wyszarpnęła łańcuch mocujący wózek.
 
? Nawet jeśli nie dziś ? dodałem informującym tonem.
 
A może ja też jestem Typolem? Pewno, że jestem ? pokiwałem twierdząco głową. Takim samym jak ona. No, może, może bardziej skomplikowanym, ale najważniejsze, że kursuję zgodnie z rozkładem.
 
Typole, tak o nas mówią w mediach. Typole, Boże, co za nazwa... Ale dlaczego ona nas nie obraża? Skąd się bierze głębokie zrozumienie dla jej zasadności? Poczułem, jak toczący się w moim kierunku wózek uderzył mnie w nogę. Żona szybkim krokiem zmierzała do drzwi hali sklepowej. Patrzyłem za nią gorzko. Dwie rozsuwane szklane tafle kłapały miarowo szczękami, konwulsyjnie połykając kolejne porcje klientów. Ta zwykła żarłoczność wyglądała jak jakiś niemy krzyk. Położyłem dłoń na uchwycie wózka. Ręka sama wiedziała, co robić. Palce machinalnie zacisnęły się wokół metalowej rurki. Drgnąłem. Od tej chwili stanowiliśmy całość. Zostałem podczepiony do składu. Wózek szarpnął do przodu i pociągnął mnie za sobą w kierunku wejścia. Po chwili wtoczyłem się w oślepiająco białą gardziel. Po co oni tyle tu świecą? Zwolniłem nieco i odszukałem wzrokiem żonę.
? Startuj, startuj, leć! Ty balonie na rozgrzaną pazerność ? wycedziłem z niechęcią.
 
Nie, właściwie to ona przecież nie jest wcale gruba. Próbowałem wycofać się z krzywdzącej złośliwości. Po prostu artysta zapomniał wystrugać kształtów w tym klocku.
 
? Tylko nie zawadź o coś gondolą! ? syknąłem, wodząc oczami za dyndającą u jej boku nienaturalnie wielką torebką. Oczywiście, że byłem wściekły, zapowiadała się przecież niezła przerwa w życiorysie, w osiemdziesiąt dni dookoła sklepu. Ona idzie zawsze pierwsza. Gdy chce gdzieś skręcić, chwyta za przód wózka i manewrując nim energicznie, omija regały obładowane setkami puszek, butelek i Bóg wie, czym jeszcze. Żaden system nawigacji satelitarnej, w porównaniu z tą doskonałością, nie ma szans.
 
? Do nogi!!!
 
Co to? Czy ja się przesłyszałem? Przecież zegary jeszcze wiosłują. Czas kuśtyka. Żona stoi przy bramce, popycha biodrem metalowy kołowrotek. Już nie czeka. Idę! Stawiam kroki. Drżący uchwyt wózka podejrzanie lekko ustępuje pod naciskiem dłoni. Zmierzam! Jak pracownik lunaparku. Jak facet, który od lat, codziennie obsługuje, tę samą kolejkę górską. Domykam koła obowiązku. Zblazowany, lekceważący. Przede mną zbudowany z kartonów i szmat, gigantyczny rollercoster. Słyszę, jak szumi. Jak oddycha milionem świateł, świecidełek. Wszechświateł, wszechcidełek.
 
Wjeżdżamy na halę. Spóźniam o krok. Po co ja tu jestem? Po co. Po co. Po co. Sekundy już zwalniają. Bo jeśli mam być tylko widzem...
 
? Proszę! ? spojrzałem na żonę.
 
? Nie żebraj!
 
Boże, jestem kulą u wózka. Co tam wózka, jestem kulą u całej sieci sklepów wielkometrażowych.
 
? Witamy w naszym hipermarkecie! Informujemy, że na stoisku... ? słychać ożywiony głos młodej wampirzycy, dochodzący z głośników ukrytych gdzieś wysoko. Wyobrażam sobie, że jest to mała, brzydka jędza i że jak tylko powie swoje, to wskakuje z powrotem do trumny, zamykając za sobą tandetnie wytłaczane wieko.
 
? Wrr! ? zachrobotało. ? Przypominamy, że trwają Dni Miłości Do Mediów. Plakat z uśmiechem Niewidzialnego, który otrzymali państwo przy wejściu, zawiera błękitny kupon o wartości dwóch Entuzjazmów.
 
Słucham tych słodkich słów i myślę, że gdyby nie istnienie tej karykatury szczęścia, nie miałbym w swoim życiu celu.
 
? Kiedyś cię zabiję, ty tekturowa klamko do raju! ? wrzasnąłem bez żadnego skrępowania.
 
? Za krótki jesteś ? padła uprzejma odpowiedź z głośników. Zaraz potem rozbrzmiewa stamtąd szczęśliwa muzyczka.
 
Przyspieszyłem, koncentrując się teraz na obserwowaniu posadzki. Patrzyłem, jak dziesiątki kwadratów mkną pod metalowym szkieletem kosza. To takie kino akcji. Dwanaście mydełek i dwie butelki wódki, podskakując i drżąc z trwogi, pędzą jak szalone po kafelkowym torowisku. Nie, ta biegnąca pode mną kratownica to raczej gigantyczna stalowa sieć, na której zawieszone jest tutaj wszystko. A więc i ja. Zacząłem stąpać po liniach wyznaczających tę sieć, ważąc każdy krok. Pod nią rozpościera się już tylko bezgraniczna, ślepa otchłań. Wierzyłem, że w hipermarkecie jest wielu takich jak ja. Kurczowo trzymają się uchwytów swoich wózków, jakby z obawy, że gdyby nagle skończyła się grawitacja, wówczas te piramidy towarów uwolnione od więzów siły ciężkości, ruszą w górę i zaczną wirować w chaotycznym, nieważkim tańcu. Wówczas oni, ale także ja, staniemy się jedynie cząstką tego bezładu. Przemieszani z towarową magmą, po wielokroć zagubieni, pozbawieni kodów paskowych. Na posadzce pozostaną tylko one, nasze żony, z wysiłkiem skaczące w górę, by uchwycić żeglujące ponad nimi butelki z odżywką do włosów. Jaka siła przyciąga je z powrotem na ziemię, podczas gdy cały świat frunie? Tego nie wie nikt.
 
 (...)
czwartek, 11 marzec 2010 16:02

Kokon (II): Niebieski

Instytut Wątpliwości znajdował się w centrum miasta, niedaleko głównej stacji metra. Piętrowa willa z białej cegły wciśnięta była między dwa futurystyczne wysokościowce. Udawała tam element niegdysiejszej, przedwojennej zabudowy stolicy. Budynek od frontu osłonięty był wysokim parkanem i gęstą zielenią. Jego stromy, pękaty dach nakrywał czerwoną dłonią korony zgarbionych drzew. Parter domu zajmował gabinet Niewidzialnego, najważniejszego urzędnika w państwie. Gabinet był zaskakująco duży. Nieliczne meble ? biurko, dwa krzesła i niewielka, śmieszna toaletka, ginęły gdzieś w jego stumetrowej powierzchni. Było tu pusto, jasno i zimno. Z jasnoniebieskiego sufitu spadało po jasnoniebieskich ścianach chłodne światło. Naprawdę trzeba było wytężyć wzrok, by dostrzec choćby zarysy bladoniebieskich przedmiotów.

sobota, 20 luty 2010 20:26

Kokon (III): Personel

Chodziewicz otworzył szeroko drzwi i zaprosił gościa do środka.

 
? Proszę, Darku! Zdaje się nie byłeś jeszcze u mnie.
 
Mężczyzna w skórzanej kurtce śmiało przekroczył próg. Rozejrzał się. Pokój był duży. Przedwojenne budownictwo. Z lewej rząd czterech wysokich okien, zasłoniętych żółtymi firanami, z prawej biblioteka zajmująca całą ścianę. W środku pokoju stał długi stół konferencyjny.
 
? Siadaj ? prezes wykonał gest. ? Przepraszam, że nie przyjmuję cię w gabinecie, ale mam tam... ? zawiesił na chwilę głos. Za ścianą ktoś walił młotkiem ? O! Właśnie ich słychać. Poczekaj momencik ? odwrócił się gwałtownie i wybiegł. Po chwili dudnienie ustało. Darek podszedł do biblioteki. Zrobił parę kroków, śledząc zbiory. Od razu odnalazł twórczość Niewidzialnego. Kilkanaście książek. Nie wątpił, że jest tu wszystko.
 
Cofnął się. Nie mógł znaleźć Herberta. Spojrzał jeszcze raz. Wierszy Żarliwskiego też pewnie nie ma. Usłyszał trzeszczenie parkietu. Odwrócił głowę.
 
? Słyszałeś? ? Chodziewicz stał na środku. ? Tę klepkę sprowadziłem z Austrii. Trzeszczy, co? Taką chciałem ? podszedł bliżej. ? Szukasz czegoś? ? spojrzał na regał. ? Tu jest pięć tysięcy tytułów. Wszystko, co ważne.
 
? Widzę.
 
Usiedli przy stole. Darek sięgnął do kieszeni kurtki.
 
? Przyniosłem film ? położył pudełko z płytką na blacie.
 
? Świetnie, obejrzę z przyjemnością. Ale mów, co nowego. Głośno o tobie.
 
? Od trzech miesięcy nie pracuję. Jeszcze trochę i będę nierobem.
 
Prezes pokiwał głową z politowaniem ? Dramatyzujesz. Zresztą jak zwykle. Nie pracujesz, bo nie chcesz ? podniósł płytkę. ? Ja trochę wiem o tym filmie. Niczego nie obiecuję.
 
Darek uśmiechnął się szeroko ? Ty? Drugi po Niewidzialnym? Człowiek, który trzęsie rynkiem wydawniczym? O twoich wpływach w mediach krążą legendy. Myślałem, że wystarczy jeden telefon i emisja w tym tygodniu.
 
? Nie drwij sobie. Telewizja to nie moja działka ? zamilkł na chwilę. ? Może napijesz się szybkiej kawy? Mam dzisiaj mnóstwo roboty ? zastukał płytką w stół. ? Ale zapytam cię jeszcze o jedno. Jak odnalazłeś Żarliwskiego? Po co ty grzebiesz koło takiej padliny? ? spojrzeli na siebie. ? Widzisz, niczego nie ukrywam. Znamy się przecież tyle lat. Wzruszył cię jego los, że robisz taki film?
 
Darek zaczął szybciej oddychać.
 
? Ta padlina, jak go nazwałeś, była przez całe lata bardem opozycji. Potem, po tak zwanym zwycięstwie, był za swoją twórczość wielokrotnie nagradzany. Również przez ciebie. Wspólnie śpiewaliśmy jego songi.
 
? Dobra, dobra, nie czaruj, Dareczku. Gdzie go znalazłeś? Przecież to już ponad dziesięć lat. Myślałem, że siedzi dalej w wariatkowie. Po tych ekscesach na festiwalu... A potem przepadł. Ale widać za długo było cicho. Ktoś mi opowiadał, że pociął sobie gębę brzytwą. Zresztą co ja gadam, przecież to z twojego filmu ­? spojrzał z niechęcią na płytkę. ? Albo te histeryczne wypowiedzi o Niewidzialnym. Komu to potrzebne? One szkodzą wszystkim. Tobie też. Bo właściwie, co proponujesz tym filmem? Kontrhistorię!? Co chciałeś powiedzieć? Że gdzieś w ?ludzie? siedzi jakaś lepsza prawda!? Żałosne. Ty po prostu chcesz opluskwić nasze najwyższe autorytety! Na to nie będzie zgody ? wstał i wyprostował się. Był podenerwowany ? Sam widzisz, trochę wiem. A Żarliwskiego nie ma. Nikt nie pamięta. Nikt ? powtórzył z naciskiem. ? Po co ci ten kłopot.
 
Zapanowało milczenie. Darek podniósł się powoli.
 
? A ?Chmury? pamiętasz? Są grane na Zgromadzeniu prawie codziennie. Żałosne? Przecież część jego poezji wydałeś również u siebie, całkiem niedawno. Dobra. Idę ? wyciągnął rękę. ? Widzę, że jest gorzej, niż myślałem.
 
Chodziewicz z kamienną twarzą uścisnął mu dłoń ? Jest tak samo jak zawsze. Woda nie będzie spływać pod górę. Ja żyję z przyrodą w symbiozie. Tobie też dobrze życzę, Dareczku.
 
Odprowadził gościa do drzwi ? Rewolucja już była. I wystarczy.
 
Darek, wychodząc, potknął się o próg. ? Kutasy! ? pomyślał. ? Od lat z gównami płyniecie. I jeszcze w mediach bezczelnie ? ?My po bohatersku?! Z prądem, do morza! Opozycja Prawidłowa wasza mać! Dobrze. Dziękuję za szczerość. Kutasie.
 
Biała oktawia podjechała wolno pod światła. Na kokpicie kierowcy, tuż przy zegarze prędkościomierza mrugnęła lampka rezerwy paliwa. Świetnie ? pomyślał. Odsunął szybę i zatrzymał samochód.
 
? Nie masz kupca na to auto?! ? zawołał na kolportera gazet.
 
? Nie! Ale mam dla szanownego pana redaktora świeże nuty ? chłopak podbiegł bliżej.
 
? Nuty? ? Darek uśmiechnął się. ? Ciekawe. Nuty. Dlaczego nuty ?
 
Sprzedawca rozpiął między rękami pierwszą stronę. Ze szpalt krzyknęły tytuły ? ?Potrafimy być zadowoleni!?, ?Kolejna kompromitacja frustratów?, ?Kto zagraża wygodom obywatelskim?, ?Musimy walczyć, by nikt niczego nie zmienił?. Nagle chłopak zwinął gazetę i krzyknął
 
? Już zielone! Niech pan jedzie! ? wetknął rulon w okno.
 
Darek ruszył gwałtownie. Obserwował w lusterku, jak sprzedawca po błazeńsku dyryguje gazetami.
 
No tak! ? pomyślał. ? Żyjemy w kokonie absurdu. Tandetnych keyboardowych ?przytupanek?. Jak porządnie kto przytupnie, to i głowa się przecież zakołysze. No patrzcie, tyle buntu, a jednak zgoda. ? Spojrzał na zwitek leżący na przedniej szybie. ?Organ Opozycji Prawidłowej? ? głosił napis.
 
Nacisnął gaz. Przed maską samochodu, hen, aż po horyzont, ciągnęła się droga do nikąd. To wyjątkowo porządnie przebadany obszar. Od paru miesięcy odmierzał go precyzyjnym marnowaniem czasu. A może samym faktem podróżowania chciał ponaglić leniwy los, by wreszcie gdzieś dotrzeć??? Przecież podróże bez celu to wyjątek. Dzisiaj wybrał jazdę. Silnik mruczał z satysfakcji. Tajemnicza sprężyna, rozpięta pomiędzy stuczterdziestokonną technologią a brakiem rozsądku, rozpędzała puszkę, w której siedział.
 
? No, zobaczymy ? zapalił papierosa. Włączył radio.
 
W środku urządzenia siedziała płytka z ostatnim koncertem Żarliwskiego. W koncercie brało udział trzech muzyków. Skład jak zwykle ? gitara, fortepian i kontrabas. Wszystkie piosenki znał na pamięć. Odtwarzacz uruchomił się automatycznie. Usłyszał chrypiący głos.
 
? Zaśpiewam coś osobistego. To będzie piosenka o ludziach, których znałem. Którzy byli mi przyjaciółmi? Piosenka mówi o tym, dokąd doszliśmy.
 
Po krótkiej przygrywce z głośników huknęły ostre akordy fortepianu. Za nimi ruszyły w pogoń kontrabas i gitara. Bard opozycji z dziką pasją rozpoczął pieśń.
 
? Prędzej! Prędzej do przodu!
Wypijmy za fundatorów.
Szubrawców, oszustów, złodziei!
Szubrawców, oszustów, złodziei!
 
Muzyka pędziła jak pociąg po szynach. Gitara odmierzała takt turkotu stalowych kół. Głos Żarliwskiego ciął powietrze jak szablą.
 
? Jęknie z zachwytu korowód,
Dłoń w łapę toast przyklei.
Szubrawców, oszustów, złodziei!
 
Szubrawców, oszustów, złodziei ? pieśniarz wciąż poganiał i jeszcze, jeszcze przyspieszał
 
? Łap czapkę tego, co z przodu!
Racja, bo mamy rację.
Do Daleka! Prędzej do przodu!
Daleko zostawiając stację.
 
Oszalałe od pędu dźwięki wdzierały się do uszu hukiem patosu. Spadały w głąb ogromem pychy. Czepiając się kręgosłupa, płuc, aort, wrzącą lawą wypełniały trzewia. Darek oczyma wyobraźni widział ten pociąg. Lokomotywy postępu, a było ich wiele, kominami sięgały nieba. Dymem kadzideł przesłaniały zwyczajne, byle jakie chmury. Prowincjonalny krajobraz zostawał z tyłu. Nie nadążał za pędem. Zdumiony i zagubiony miął czapkę w dłoniach. Nie wierzył w takie rozstanie. A pociąg rwał do przodu. Małe kółka wagonów łakomie wypatrywały godniejszych horyzontów. Tak podróżowała rasa panów. Spod francuskich peruk z epoki sterczała im czerstwa słoma. Próżni i pewni siebie. Znużeni swą nieomylnością, przeglądali się w porannej prasie. Gazety bezbłędnie czytały w ich głowach. Z półek zwisały walizy pełne komuszego wiana. Żarliwski nie śpiewał. On ryczał. Jak śmiertelnie ranione zwierzę, bulgotał rozpaczą.
 
? Szubrawcy! Oszuści! Złodzieje!
Szubrawcy! Oszuści! Złodzieje!
 
Słowa, były dostatecznie mocne, by pięścią powalać niewidzialne figury. Wszyscy wiedzieli, o kim śpiewa.
 
Nagle jego głos oderwał się od uciekającej zgrai i zahuczał zmrożonym wichrem.
 
? Jeśli wam, który narzeka,
Wieszacie na słowach kłódkę.
Bo daleko! Wam do Daleka.
I tylko cwane ? ?Gól swoje wódkę!?
Ideologia ? ?Gól swoje wódkę!?
Szubrawców! Oszustów! Złodziei!
Szubrawców! Oszustów! Złodziei!
 
Przerwał. Muzyka umilkła. Pochylona przestrzeń trwała w zamrożeniu. Lawina słów już zeszła. Cisza otulała zawałowisko. Po chwili, nieśmiało, wstydząc się wyszeptał ? Przyjaciół ? zaczerpnął powietrza ?  Zzddrrajców! ? wychrypiał. ? Nadziei.
 
Cisza zapadła jeszcze głębiej. Przygnieciony oddech sali milczał. Na widowni siedziało wielu adresatów jego pieśni. Zaczęli wolno bić brawa. Rachityczność oklasków wskazywała, że chodziło im o luksus dystansu, no może o słabe alibi, z pewnością nie o jakąkolwiek aprobatę.
 
 
Samochód gnał z prędkością stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Zadzwonił telefon. Darek ocknął się z letargu. System głośnomówiący wyciszył radio. Spojrzał na wyświetlacz. Dzwoniła jego była żona
 
? Dzień dobry, kochanie ? zagaił z przesadną uprzejmością. ? Czym mogę ci służyć?
 
? Niczym ? usłyszał oschły głos. ? Szuka cię twój bank. Nie spłacasz rat za dom. Nie chcę mieć kłopotów. Żadnych kłopotów ? znowu powiało chłodem. Gdzieś w tle tej lodowatej Syberii delikatnie przebijała się znana melodia.
 
? Grają u ciebie ? zauważył. ? To ta piosenka, co byliśmy we Włoszech. Poznajesz? Na na na na, na na na ? zanucił.
 
? Dzwoniłam z uprzejmości ? burknęła i rozłączyła się.
 
Nacisnął gwałtownie hamulec. Rozległ się pisk opon. Patrzył z uwagą na prędkościomierz. Sto czterdzieści, sto dziesięć. Czuł, jak siłą bezwładności napiera na kierownicę. Opony kwiczały jak zarzynane prosię. Kątem oka dostrzegł znak z ograniczeniem do siedemdziesiątki.
 
? Chcielibyście ? mruknął i depnął gaz do dechy. Znowu pędził jak wariat. Żółta lampka rezerwy paliwa zapaliła się na stałe.
 
(?)
piątek, 19 luty 2010 13:26

Kokon (IV): Urzędnik

Franciszek Midlewicz, szef Urzędu Obrony Wolności, jechał służbową lancią w kierunku centrum miasta.

czwartek, 18 luty 2010 22:14

Kaaba

Atak

 
Isaak Gotlib Danilovits 5 maja 2003 skończył 40 lat i stwierdził, że wszystko, co kochał, jest już czasem przeszłym. Urodził się we Lwowie w 1963 roku, jako syn ukraińskiej Żydówki i radzieckiego oficera.
poniedziałek, 15 luty 2010 21:54

Notes z Bagdadu

Jusuf al.-Barii powoli sylabilizował litery napisane w dziwnym języku. Trzymał w ręku dość duży notes, który trzy dni wcześniej wyciągnął z kieszeni amerykańskiego najemnika z firmy ochraniającej konwój do Basry.

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.