Marek Gliwiński

Marek Gliwiński

sobota, 05 listopad 2011 20:21

Lęk (Baśń)

? Matko miłosierna. Matko kłamstwa, podłości i wszystkiego ludzkiego kurestwa. Nie odtrącaj! Nie przeklinaj. Błagam! ? Dziekan grzbietem dłoni odsunął butelkę.

Dno wychyliło się poza krawędź stołu. Wystarczyło dotknąć. Wystarczył milimetr. W środku, rozchybotana wódka tańczyła wesoło.

? Ruska czacza ? burknął. Zwiesił głowę.

Smród przetrawionych papierosów zmieszany z fetorem potu, oblepiał mu gębę. Przed nim, wycelowany prosto w łeb stał pełny kieliszek.

? Matko miłosierna. Opiekunko łajdaków, zbrodniarzy, morderców. Ratuj ? zakwilił ? Oszczędź! Powiedz, powiedz, że żyję. Jeszcze raz mnie oszukaj.

Wypił chciwie. Zasapał. Smród nie odchodził. Jak tam, na bagnach. Smród.

Spojrzał w okno. Za brudną szybą majaczył porośnięty mchem, niewielki plac. Tuż za nim rosła ściana lasu. Szeleszczący mrok wypełzał z niego na spękane, betonowe płyty. Ten las nie rzucał cienia, on zżerał światło. Kiedy dwa miesiące temu przypłynął na wyspę, zmierzch zapadał po siódmej. Teraz dzień skurczony do kilku godzin, ledwie zaglądał do okien.

? Zgniję tu ? splunął na podłogę. W koło walały się papiery i niedopałki papierosów. Pod oknem stała wielka drewniana skrzynia. Na jej wieku leżał załadowany karabin maszynowy Kałasznikowa. Zebrał siły. Podniósł się powoli.

? Zgniję ? Złapał butelkę z wódką i ruszył do wyjścia. ? Idę do ciebie, mateńko! Wypijemy! ? kopnął w drzwi. Kilkanaście metrów za progiem stały drzewa. Wyprostowane, wyprężone, z gębami wartowników.

? Spierdalać! ? rzucił im pod nogi. Przemierzył plac, stratował pokrzywy i śmiało wszedł w las. Szedł. Do bagien było ledwie paręset metrów. Mijał drzewa.

Buty coraz głębiej zanurzały się w mokrym podłożu. Z czasem tylko bezczelność kroków wyrywała je z błota. Maszerował. Wyrzucał nogi, brnąc w śmiertelną gardziel. ? Dalej, dalej, jazda ? syczał. Grunt leniwie osuwał się pod butami. Cieszyły go te bezczelne kroki. Plujące błotem, kneblujące mordę bagnu.

Błocko, chłostane nagłością uderzeń wzdrygało się i cofało. Schodziło mu z drogi. W koło trwał nieistniejący czas. Czas desperatów. Rzeczywistość znana nielicznym. Przestrzeń wyznaczona brakiem strachu, w której los tracił pewność siebie i nic nie działo się jak zwykle.

Bagno ustępowało. Dla bagna chwila jeszcze nie nadeszła, dla niego już trwała. Patrzył obojętnie przed siebie. Szedł.

Rok temu on, Ireneusz Dziekański, został świadkiem koronnym w procesie mafii zachodniej. Podobno był skruszonym gangsterem, przywódcą grupy przestępczej. Szefem mafii.

Durnie ? myślał z pogardą o dziennikarzach opowiadających takie rzeczy ? Głupki. Wymyślili. Mafia. Co to jest w ogóle mafia?! Przecież żadna mafia nigdzie nie istnieje! Istnieją tylko normalne, zwyczajne porozumienia biznesowe. Według was ludzie zleźli z drzew, zatłukli mamuta i zaraz powstała mafia? Bo co? Bo paru sprytniejszych wyrwało dla siebie lepszy kęs?! A może dlatego, że kilku frajerów dostało przy tym w ryj. Co? Mafia.

Jak wy, wystawiając z telewizorów te swoje wielbłądzie mordy, wmawiacie ludziom, że ?To psy zazwyczaj miauczą, koty zaś oczywiście szczekają?. ? To co? To może to też jest mafia? Co? Bzdura. To są zwyczajne biznesowe porozumienia między wami a kierownikami waszej karawany. Karawany obłudy.

Dwadzieścia lat temu nazywało się to transformacja, a teraz nagle mafia! Dobra. ? burknął ? Niech wam będzie. Niech psy miauczą i niech karawana idzie dalej. Ale o mnie mówić skruszony!? No, to już bezczelność! Nikt nigdy mnie nie złapał. Sam przyszedłem do prokuratury. I wyłącznie na swoich warunkach. Mogłem siedzieć u siebie w Hiszpanii albo choćby na Florydzie. Zostałem, bo takie miałem upodobanie. Chciałem tu z wami pogadać. I pogadałem.

Zatrzymał się. Gumowe buty zatonęły w bajorze. Ostatnie drzewa zostały daleko z tyłu. Nie było żadnej roślinności. Jedynie niewielkie wyspy błota straszyły resztkami sparszywiałych krzewów. Lubił to miejsce.

? Oj matko, mateńko ? westchnął. ? Wleczesz za sobą tyle lat... Jeśli żyję, to dla ciebie ? potrząsnął butelką. Wypił spory łyk.

? Cisza ? pomyślał. ? Tu nie ma życia. Wszystko zdechło. Nie ma ptaków. Ruscy, czterdzieści lat temu zatopili w bagnie jakieś gówno. Beczki ze zużytym olejem, paliwo, chemikalia. Śmierć wyrwała wszystko razem z włosami. Oskalpowany czerep ziemi pokrywało cuchnące naftą bajoro. Lepkie i tłuste. Ukatrupiony krajobraz.

Czterdzieści lat.

Po ruskich pozostał tylko goły, betonowy cokół radaru i gnijący barak. Wszystkie urządzenia zdemontowali pod koniec lat sześćdziesiątych. To więcej niż czterdzieści.

? Ale byłem wtedy młody. Odrabiałem wojsko. Na wyspę wpuścili nas w sześćdziesiątym dziewiątym. Tak, dziewiątym, już po inwazji na Czechosłowację. Pamiętam, jechaliśmy po zamarzniętym jeziorze starem. I wiatr. Trzepało plandeką, mało nie urwało budy. Mróz, dwadzieścia stopni. Wszyscy siedzieli cicho. Nawet nie próbowali udawać chojraków. Trzeszczało! Ten lód naprawdę pękał. Słuchaliśmy warkotu silnika i tego trzasku. Jedenastu chłopaków ? pociągnął ponownie z flaszki. Pamiętam tego krępuska z rumianą gębą. Mrugał oczami, tak jakoś za często. Nazywał się Ćwikła. Zaginął. Che! Pamiętam. Było nawet śledztwo. Wiejski przygłup. Ale nie wystawał ponad resztę. Spróbowałem go już wtedy na jeziorze.

? Ty! Burak. Nie popuść, bo ci jaja do deski przymarzną. Chłopaki podeśmiali się posłusznie. Nie odpowiedział. Tylko mrugał. Jakby przepraszał, że żyje. Pamiętam jeszcze ten jego krzyżyk. Byle jaki, na srebrnym łańcuszku. W umywalni ściągał go zawsze i kładł na ławce jak jakiś klejnot. Któryś jajcarz schował mu go do buta, a ten wydarł ryja, jakby go chcieli zamordować. Ba! Brał się do bitki! Przestał nawet mrugać. No i frajerzy zcykorowali. Zamiast przypierdolić kmiotowi, oddali mu gówniany wisiorek i porozłazili się po kątach. Tak było.

? Trzy miesiące później zgasiłem wsioka w bagnie. Jak peta. Jak tonął, walił rękami w błoto. Silny był. Bałem się, że wylezie. Pamiętam dokładnie. Tu jeszcze gnije gdzieś jego ścierwo. Dlaczego tak pamiętam? ? myślał ? Zgnoiłem i zabiłem przecież wielu ludzi. Che.

Wypił resztę wódki, przełykając powoli.

? Może, że młody byłem? Może. Stare dzieje. Ech ? westchnął.

 Próbował ożywić wspomnienia ? W ogóle, nie mogę na życie narzekać. Dwadzieścia parę lat w ?firmie?... Wyprostowali mnie. Wszystko jednak sobie zawdzięczam. Szkółka w Szczytnie, potem w resorcie. Na koniec studia zaocznie. Tak! Bo się wydobyłem! Kurwa wasza mać! Wydobyłem się! Są tacy, co do dzisiaj nie mogą w to uwierzyć.

Język złapałem na placówce w Belgii. Zobaczyłem świat. Człowiek sporo zrozumiał. Potem, w osiemdziesiątych, już nie mogłem spokojnie patrzeć na komunę. Chciałem czegoś swojego. Zwyczajnego, normalnego biznesu. Żeby żyć, a nie wegetować. Żeby żyć! Miałem ambicje. Nie tak jak ta hołota, w tym świątobliwym Papieżolandzie. Tfu! ? splunął siarczyście.

? Przyjaźnie zostały. Kwiat narodu! Może nie cały bukiet, ale jednak. Spojrzał na flaszkę. ? Skończyło się? ? burknął niezadowolony. Pomacał dłonią dół brzucha. ? Wódka żre bebechy. Żre! ? wybełkotał.

? Daje i odbiera. Coraz mniej daje, ale zabiera zawsze. Kiedyś człowiek żył po trzeźwemu i jakoś dawał radę. A teraz gniję. Zamieniam się w gówno. Gówno! ? zachrypiał. Cisnął pustą butelką przed siebie.

Tylko wtedy, gdy był napity nie skręcało go z bólu. Rok temu chcieli mu wyciąć jelito grube. ? Miałem żyć pół roku. A ja ciągnę. Bo zdechnę, jak mi się zachcę. Pół roku. Złodzieje. Grosza nie dam. Kijem zatłukę!

Nie potrafił myśleć o tym wszystkim bez emocji. Gorzki smak porażki ściskał go za gardło.

 ? W starożytnej Grecji ? myślał cierpko ? posłańca przynoszącego złe wiadomości spuszczano ze skały. Mojego zwiastuna śmierci wyrzuciłem przez okno. Na mordę. Gabinet ordynatora był na pierwszym piętrze. Niestety, upadek nie wydawał się efektowny. Dlatego zbiegłem do ciebie na dół, gnojku. Pamiętasz, co ci wtedy powiedziałem, gdy leżałeś na chodniku, na pół żywy ze strachu? Pamiętasz? Stałem nad tobą, powoli wyciągając spluwę. ?Nie zrozumieliśmy się, szanowny panie. To ja zawsze wyznaczam cenę i termin?.

Na pożegnanie strzeliłem ci trzy razy w brzuch. Tak było. Ale wcześniej zaimponowałeś mi, chuju. Sugerować łapówkę przywódcy grupy przestępczej? Skruszonemu, ale jednak gangsterowi? To jest naprawdę coś. Che.

Wyciągnął z kieszeni, ze zdeformowanej paczki, pogniecionego papierosa. Oderwał filtr. Zapalił. Chmura dymu popłynęła ponad zamglonym horyzontem. Snuł dalej rozważania.

? Widzisz czarownico, ilu nas ciągle na świecie? Choćby w biznesie... Albo w mediach... Przypuszczałaś kiedy, że gwiazdą zostaniesz i że z telewizora uroki będziesz rzucać? Co? Postęp to jest, wiedźmo! Postęp! Zresztą mądra jesteś, to wiesz ? wypluł strzęp tytoniu. ? W szklanych klatkach na króliki, tam u ciebie, w telewizji, postęp chyba największy, co? Cały czas ruch. Nie wiadomo nawet, kto kogo dyma. Tylko widz ?wyrobiony" myśli dziarsko ? ?Ee tam! Wszystkich was serdecznie... !"

? A tu, niespodzianka. Bo już dawno to my ciebie. Che, che, che, che, che! ? zarechotał. Rozejrzał się czujnie ? Wykiwać innych. To dopiero podnosi człowiekowi samoocenę. Zresztą, ? machnął ręką ? niech każdy robi swoje. Ile ty masz lat, jędzo? Pewnie z pięćset. Co ja cię będę uczył.

Patrzył z pogardą na zdegradowany krajobraz. Na przyrodę, która po ruskim kataklizmie sprzed lat, nie zdołała podnieść się już nigdy.

? Ukatrupiony kraj ? stęknął cicho. ? Sowieckiej trucizny wystarczy tu na długo. Na wiele, wiele lat. Ale czy kiedykolwiek powróci tutaj życie? Takie jak przed sowietami, niezmarniałe? Tego nie wiem ? myślał. ? Może po moim trupie, co?

? Ee. Nie wróci. Nie ma mowy ? sapnął z satysfakcją. ? Za dużo młodzieży zdolnej nam rośnie... Cha, cha. Ychy! Ychy! Ychy! ? zakrztusił się własnym cynizmem.

W pobliżu coś zamruczało. Nastawił uszu.

? Cho no tu bliżej, bo cię nie widzę ? sięgnął pod kurtkę. Wydobył z kabury ciemnosrebrnego Walthera. Przeładował.

? Gdzie jesteś? Wpakuję ci kulkę w dupę. Suko. Chodź! ? Wyrwał nogi z błota. Zachwiał się. Gorzała coraz szybciej rozbierała mu myśli. Karuzela wspomnień, a może tylko iluzji kręciła już każdym stałym lądem.

? Ciekawe ? dumał chwiejąc się na nogach ? że wszystkie zrobione w życiu draństwa, można tak łatwo sobie wytłumaczyć. Człowiek sam jest oszustem i tylko nie wiedzieć czemu drugim łgać zabrania. Można przecież dogadać się z własną podłością. W kłamstwa wierzy się wtedy tak po prostu, jak by żreć chleb. Jak by pić gorzałę. Che. Bo czasami trzeba wpierw sporo wypić, żeby samemu sobie uwierzyć! Oj sporo, sporo! ? Splunął papierosem.

Patrzył przez chwilę jak niedopałek zdycha w bajorze.

? Che! ? stęknął ? Dyktatura prawdy z nami nie da rady. Che, che. Tyrania uczciwości nie przejdzie! Cha, cha, cha! ? rozbawił się na dobre.

Znowu coś zamruczało. Dźwięk dochodził z bliska.

 ? Jesteś? ? sapnął. Czuł obecność jędzy. ? Co się chowasz?

W pobliżu skrzekliwy głos staruchy zawodził znaną religijną pieśń.

? Jestem przy tobie, pamiętaj. Jestem przy tobie, pamiętaj ? ton pieśni był nieznośnie łzawy. Wiedźma fałszowała. ? Jestem przy tobie, pamiętaj. Jestem ... ? urwała i syknęła ? Schowaj spluwę durniu! Schowaj, idioto!

Odwrócił się. Stała tuż za nim.

Była to kobieta średniego wzrostu, drobnej budowy ciała. Wydawała się dość niepozorna. Na szklanym ekranie w telewizji gdzie prowadziła programy publicystyczne, robiła wrażenie osoby bardziej postawnej, wyższej. W realu była chuda, a nawet, chciałoby się rzec zabiedzona. Jednak przykuwała uwagę. Wszystko, co nosiła na sobie, pochodziło z drogich, markowych sklepów. Na jej turkusową sukienkę, zapiętą pod szyją rzędem guziczków, opadały obficie długie, jasne włosy. W bladej twarzy mima, schowanej we włosach migotały ptasie oczy. Nos, policzki, usta nie miały znaczenia. Liczyły się tylko te oczy. Niepokojące, strzelające wrogimi spojrzeniami. Ukryta za kredową twarzą tortura ?kobiety na wiecznej diecie", wygrażała stamtąd pięścią i krzyczała

? Mordę ci skuję! Uważaj! Jeśli tylko dostrzeżesz, że jestem stara, ślepia wydrapię!

Ilekroć ją spotykał na bagnach, pytał sam siebie,

? Ile ona ma lat? Czy jest piękna, czy raczej szpetna jak jaszczurzyca? Co jest prawdą, a co kłamstwem w jej głosie, geście, spojrzeniu? I wreszcie, dlaczego tak ją kochał?

Myślał skrycie ? Może jest moją matką, może staruchą prababką, a może śnioną w gorączce chorą kochanką? Nie wiem. Wiem, że jestem jej poddanym.

W studiu telewizyjnym, podczas rozmowy ze swoim gościem, czarownica zwykle siedziała tyłem do kamery. Skupiona. Czekająca. Jak w modlitwie.

Jej rozmówca był zmieszany. Wyglądał, jakby jakimś tajemnym sposobem mógł obserwować widzów zgromadzonych przed telewizorami. Przyglądał się kochankom pani redaktor z przejęciem. Nie on będzie dzisiaj ofiarą nedialnego misterium. Oto za moment blond modliszka odwróci się powoli, rzuci telewidzom ostatnie, miłosne spojrzenie, rozewrze szeroko otwór gębowy i jednym kłapnięciem odgryzie sto tysięcy głów. Sto tysięcy. Co do łba. Chrzęst zmiażdżonych szyi przeliczy ?oglądalność". To były powody, dla których Dziekan, ten nieustraszony bandzior, pokornie giął kark przed wiedźmą. Powody dla których zwyciężał w nim ceremoniał służalstwa.

Myślał ? Ja, tak samo jak te tysiące, upijam się codziennie jej kłamstwami. Pożądam jej bezczelności. Wierzę w każde słowo, aż do utraty rozumu. Jak to jest? ? pytał ? Co mnie w niej tak uwodzi? Dlaczego godzę się na, powiedzmy, ?pewną nierzetelność" w opisie rzeczywistości. Czy tylko dlatego, że inni też się godzą. Nie. To musi być coś więcej niż prostacki instynkt stadny. To komunia. A może nawet zaślubiny? Jej kłamstwa jak miłosne motyle, uderzają skrzydłami w moim brzuchu. Trupi jad upaja do nieprzytomności. Grzechot słów gwarantuje podłość w najwyższym gatunku. W niej jak w soczewce skupia się wszechwładza obłudy i cynizmu. Jej usta zdają się mówić ? Być może ?Jedynie prawda jest ciekawa.? Być może. Ale pamiętaj, że jedynie kłamstwo jest przydatne. Nam przydatne. Rozumiesz to doskonale, bo jesteś drobnym, załganym tchórzem, a nie głupcem. Zatem na kolana! Przyjmij komunię kłamstwa totalnego! Na kolana!

Dziekan słyszał te słowa wyraźnie, choć przecież nikt ich nie wypowiadał. Pchany uniesieniem mało nie ukląkł. Pochylony, dyszał ciężko.

? Dziękuję ci o pani. Dziękuję.

Wiedźma stała przed nim. Łydki czarownicy, spięte pończochą, zgrabne i foremne, wyglądały jak odlane z gipsu. Buty z gadziej skórki, lśniły czystością. Nie zanurzały się w bajorze, nawet na milimetr. Nie dziwiło go to w ogóle. To przecież oczywiste. Bagno było tu jedynie widownią. Zachwyconą, wstrzymującą oddech. Ona stała jak na wybiegu, rzucając w koło wzgardliwe spojrzenia.

? Kochamy cię! ? wył ogłupiały tłum ? Kochamy!

? A ja was. A ja was... ? zgrzytały wolno usta gwiazdy, gdy jej oczy, kończąc wypluwały słowo ? pierdolę!

Bagno falowało zmierzwioną bryją i wyło ? Rób tak mateńko! Rób!!! Kochamy cię!

Dziekan słyszał to doskonale. Chwiał się. Patrzył pokornie na nogi czarownicy. Wiedźma butem rysowała na błocie jakiś tajemniczy znak.

? Pokowboiłeś wczoraj Iruś? ? stęknęła obojętnie ? Widziałam. Ileś forsy zmarnował idioto? Wszystko? ? mówiła spokojnym głosem, patrząc na szpic buta ? Wczoraj rano, gdy z takim hukiem rozpocząłeś ten swój gangsterski bal, przyglądałam się wszystkiemu. Z uznaniem. Myślałam ? Zuch! Zwabił na bagna starych, ubeckich przyjaciół, po to by ich wystrzelać. Urocze. Było w tym coś dramatycznego. Myślałam ? To naprawdę niebanalne. Najpierw razem broniliście komuny, a gdy w korycie zaświeciło dno, komunę obaliliście. Potem poszliście już szeroką ławą. "Wolnorynkowo". Zrabowaliście co się dało, zostawiając po sobie kraj z bilionem długu. Pięknie. Domknęła się klamra. Strach ukrył przeszłość, dług skolonizował przyszłość. Cudnie. Przyszedł czas na akt ostatni. Rewolucja, musiała pożreć własne dzieci. Każdy dostał swoją kulkę w łeb. Brawo Iruś! Przedstawienie było w najlepszym guście. Zresztą, to jak przygotowałeś zasadzkę, to też majstersztyk. Jak na filmie. Wybuchy trotylu, które zagnały twoich kumpli na bagno, to było naprawdę efektowne. Przestało mi się podobać dopiero wówczas, gdy zacząłeś im rzucać w bajoro pieniądze. Paczkami.

Spojrzała na gangstera z dezaprobatą ? Bo nie jest twoim prawem... ? rzekła z naciskiem ? Nie jest twoim prawem Dziekan, ubliżać ludzkiej zachłanności! To ona buduje naszą potęgę w świecie. Nawet za rozkosz patrzenia na pełznących w bagno chciwców, nie miałeś do tego prawa. Ale ty jesteś jeszcze lepszy fijoł! ? syknęła ? Postanowiłeś podpalić bagno. Spalić wszystkie pieniądze. Żałosny idioto! Sam zdychasz, więc chciałeś wszystko unicestwić? Durniu. Kto ci pozwolił palić nasze pieniądze?

Rzuciła złowrogie spojrzenie. Wolno odgarnęła włosy z nad czoła. W jej oczach czaiło się dzikie zwierzę. Nagle, błyskawicznym ruchem, z siłą goryla kopnęła Dziekana w krocze. Gangster skulił się, upadł twarzą w błoto. Zawył z bólu. Doskoczyła do niego i butem przygniotła mu kark do bajora.

? Gnoju! ? wrzasnęła ? Posłuchaj teraz jak rozpacza bagno. Spójrz w głąb! ? przycisnęła mu łeb jeszcze silniej ? Spójrz! Teraz zobacz prawdę o wczorajszym dniu. Patrz!

Leżał głową w błocie. Ból rozrywał mu wnętrzności. Tracił przytomność. Umierał. Widział szalejące wkoło płomienie. Rozżarzone powietrze wibrowało. Jak na filmie, podzielonym na sceny, zobaczył z bliska płonące pieniądze. Wszystkie, jakie poprzedniego dnia zawlókł na bagno. Tysiąc pękatych paczek, w każdej po sto tysięcy franków.. Sto milionów franków szwajcarskich. Płomienie lizały hałdę forsy z lubością. Wokół stosu uwijali się, przybyli tego dnia na wyspę goście. Próbowali w panice ratować z ognia jak najwięcej. Każdy dla siebie. Stojąca obok czarownica krzyczała, ponaglając rabusi. Wśród tłumu rozpoznał znanych dziennikarzy, polityków, multimilionerów, starych kumpli z resortu. Wyrywali sobie nawzajem wydobyty urobek.

Z bagna, z jękiem, wolno wynurzały się przerdzewiałe, sowieckie beczki z paliwem. Roztańczony ogień otwierał je jak puszki z piwem. Parskały naftą. Eksplodowały. Pożar szalał.

Wtem dostrzegł coś, co go zdumiało. Zepchnęło w przepaść strachu. Przeraziło naprawdę. Zobaczył własnego trupa. Leżał wśród ognia z podkurczonymi nogami, w pozycji embrionalnej. Miał spaloną twarz. Wywalone na zewnątrz gałki oczne były ugotowane w żarze. Straszny widok.

? Jak to?! To nie prawda! To niemożliwe! ? zawyły jego myśli ? Więc ja zginąłem?! Nie żyję?! To niemożliwe! Oni tam zagarniają moje pieniądze! ! Moje pieniądze! ? nie mógł pogodzić się z rzeczywistością ? Jędza mnie oszukała? Matulu ? zaskamlał ? i ty przeciwko mnie? Matulu! I ty przeciwko?! Zgroza!

Wstrząsnęły nim drgawki. Zaczął się dusić. Próbował jeszcze podnieść głowę. Bezskutecznie. Czarownica butem miażdżyła mu kark. Błoto wdzierało się do gardła. Do płuc. Konał. W świecie realnym dawno już nie żył. Teraz konał w piekle. Bo to było jego piekło. Jego czas przeszły, teraźniejszy i przyszły. Czas, który już nie płynął. Jądro ciemności.

Wiedźma wolno zdjęła nogę z nieruchomego ciała. Patrzyła z satysfakcją.

? Za twoje pieniądze Dziekan ? burknęła ? zbuduję jeszcze potężniejsze, jeszcze bardziej upokarzające ludzi media. Zabawimy się? ? spojrzała wyzywająco ? Przecież wszyscy jesteście moimi dziećmi. Prawda? Chłopcy, dziewczęta chodźmy wszyscy wraz... ? zanuciła fragment znanej piosenki. Wsparła buta na zwłokach gangstera i zaczęła bujać nimi rytmicznie.

? Mam kłamstewko haftowane, wszystkie cztery rogi ? wybeczała szyderczym tonem ? Kogo kocham, kogo lubię, rzucę mu pod nogi. Che, che, che!

Bujanie trupem ośmielało ją coraz bardziej. Ciągnęła dalej.

? Autorytet mocno śpi. Autorytet mocno śpi. My się go boimy, na palcach chodzimy. Jak się zbudzi to nas zje. Cha, cha, cha! ? zarechotała.

Bagno, przejęte strachem już samo nie wiedziało czy podrygiwać w rytm melodii, czy też może paść na kolana i bić pokłony przed wiedźmą.

Od strony lasu szedł wieśniak Ćwikła. Trzymał w ręku wystrugany sprytnie kijaszek. Był coraz bliżej. Jędza dostrzegła go. Patrzyła niechętnie.

? Co tu robisz?! ? zasyczała ? Spieprzaj głąbie!

Ćwikła szedł nadal. Mrugał oczami.

? Wystrugałem dla ciebie kołek osikowy ? wyrecytował śpiewnie. ? Kołek osikowy. Kołek osikowy ? powtórzył jak refren.

Spojrzała zdumiona. Znieruchomiała. W jej oczach zamigotał lęk. Ćwikła dostrzegł to i zafrasował się. Dopiero teraz odkrył, a właściwie przypomniał sobie, że ten lęk był w jej spojrzeniu od zawsze. Tak. Od zawsze. Bo przecież jędza zawsze komuś służyła. Była z możnymi i silniejszymi tego świata, na dobre i na lepsze. Jeżeli dla idei, to tylko takiej, z którą można się było policzyć. Konkretnie. Banknotami. Ćwikła, choć wieśniak i prostak rozumiał to.

? Dobrze, że tak porządnie wystrugałem ten kołek. ? pomyślał.

Czarownica rozejrzała się panicznie .

? Widzisz syneczku, ja tu właśnie ? stęknęła ? Ja tu sprawiedliwość wymierzam. I w twoim imieniu to robię. Krzywdy naprawiam. Prawdzie świadectwo daję. Przecież wiesz... Musimy sobie pomagać. I ufać syneczku. I ufać. Tyle zła na świecie ? zaszlochała ? I podłości. Prawdy musimy bronić. Ty i ja. My jedni ? uniosła oczy ku niebu ? Jakie to piękne. -westchnęła. Jej policzki spłynęły potokiem łez.

Ofiarność, czułość i opiekuńczość anielskimi piórami okryły świat.

Ale Ćwikła już nie słuchał. Szedł do niej ściskając w dłoniach osikowy kołek.

? Za prędko trafiłaś do piekła jędzo. ? mamrotał ? Takie jak ty powinny najpierw zasłużyć. Musisz odczekać swoje w kolejce. Zrobię z ciebie eksponat. Wypcham cię twoimi pieniędzmi. Będziesz stała przy wejściu do piekła jak ogrodowy krasnal. Skruszejesz. Nagle, zupełnie jak onegdaj, czterdzieści lat temu, przestał mrugać. Znów się nie lękał.

 

Na tym kończy się moje bajanie. Jak to w baśniach bywa, ci co wysłuchali i tak wiedzieli już wcześniej. A ci co nie wiedzieli i tak nie dowiedzą się nigdy. Bo nad wszystkim, czuwa lęk. Lęk przed prawdą o samych sobie.

Przed czarnym lustrem lęku, umykają spojrzenia. W czarnym lustrze lęku widać strach przeszłości. W czarnym lustrze lęku czuć wciąż świeżą obawę. Majaczy przyszłość.

A co u Dziekana? On odbębnia kolejne piekielne okrążenie. Popatrzmy na to jeszcze przez chwilę.

 

? Matko miłosierna. Matko kłamstwa, podłości i wszystkiego ludzkiego kurestwa. Nie odtrącaj! Nie przeklinaj. Błagam! ? Dziekan grzbietem dłoni odsunął butelkę.

Dno wychyliło się poza krawędź stołu. Wystarczyło dotknąć. Wystarczył milimetr. Zwiesił głowę.

? Matko miłosierna. Opiekunko łajdaków, zbrodniarzy, morderców. Ratuj ? zakwilił ? Oszczędź! Powiedz, powiedz, że żyję. Jeszcze raz mnie oszukaj.

W rogu pokoju, na kulawym krześle stał telewizor. Syczał cicho. Na ekranie mrugały niebieskie iskierki. Choć niejedna gasła, ciągle przybywały kolejne. I kolejne...

poniedziałek, 28 marzec 2011 15:38

Opowieść karnawałowa

W którejś z podkrakowskich wsi, zimową nocą.

Doktor nauk socjologicznych Tadeusz Dwutlenek już od godziny pruł swoim ścigaczem przez białą watę. W głowie szumiało mu jeszcze zioło, wypalone tuż przed wyjazdem. Czuł w sobie głęboki oddech niczym nieskrępowanej przestrzeni oraz spokojną, niebiańską lekkość bogów. Kawały śnieżnego puchu odrywane od zasp, przelatywały z szumem gdzieś ponad burtami.

wtorek, 01 marzec 2011 00:10

Krzyk (Legenda)

Wiosna roku tysiąc osiemset sześćdziesiątego czwartego przyszła w zabiedzone nowogórskie okolice po wyjątkowo długiej i mroźnej zimie. Nocami trzymał jeszcze mróz, ale w dzień śmiałe kwietniowe słońce poczynało sobie całkiem raźno. Śnieżna szata szybko znikała, odsłaniając mizerię i zniszczenia w chłopskich obejściach. Zima okrutnie przetrzebiła pobliskie lasy. Zwierzyna, albo zdechła z braku pożywienia, albo została odłowiona przez okolicznych kłusowników. Tylko wygłodniałe wilki, których w takiej liczbie nie widziano tu od lat, podchodziły bezczelnie tuż pod chałupy i warczały groźnie na widok ludzi. Nawet w dzień strach było opuszczać zagrody położone bliżej lasu.

czwartek, 11 marzec 2010 17:41

Kokon (I): Nieformat

 Tuż za zjazdem z autostrady ulica spadała lekko w dół, wylewając się na rozległy plac przed halami handlowymi. Zdjąłem nogę z gazu i wyprostowałem się w siedzeniu. Poszukiwanie wolnego miejsca pod supermarketem w piątkowe popołudnie to prawdziwe wyzwanie. To próba połączenia cierpliwości kierowcy walca ze zwinnością konika polnego. Podczas gdy żołądek rozpaczliwie walczy z truciznami całego świata, ty musisz z niezmąconym spokojem grać swoje, aby w odpowiednim momencie jednym ruchem nakryć łapą wyłuskaną przestrzeń i zagarnąć ją pod siebie. Wolno prowadziłem samochód, uważnie zamiatając wzrokiem zapełnione szczelnie alejki.

 
Skręciłem ponownie w lewo. No i nic ? zatkane. Piątkowa zaraza obsiadła wszystko. Zmrużyłem oczy. Te setki samochodów stojących w bezmyślnych szeregach, one nie tworzą jakichkolwiek kompozycji czy nawet sensownej symetrii. Może dlatego jest tu tak brzydko.
 
? Będzie wyjeżdżał ? jęknęła żona, kiwając się na siedzeniu. Pomagała siłą woli jakimś ludziom sprawniej pakować się do auta. Popatrzyłem na nią. Rysy jej twarzy próbowały przebić się przez gruby makijaż.
 
? Poczekamy ? wyjąkałem niepewnie i zatrzymałem samochód.
 
Spojrzałem w boczną szybę. To miejsce nie ma swojego charakteru. Tu stoją obok siebie, przypadkowo poustawiane, luksusowe audi i rozlatujący się ze starości truck nieczytelnej marki. Inaczej niż na osiedlach, gdzie samochody mogą niejedno powiedzieć, i to nie tylko o swych właścicielach, ale w ogóle o świecie. Na osiedlach logika zaparkowania jest wysmakowana. Przykładowo: nowiutka renówka blisko pod oknem, oktawia centralnie pod latarnią, a polonez nonszalancko jednym kołem na chodniku. Stary ford, tyłem prawie opierając się o mur, albo inny niegdysiejszy metalik, pogardliwie wystawiając na jezdnię skorodowany tyłek. Wszystko to tworzy namiastkę krajobrazu. Parkingi przy supermarketach są prostackie, tu nie dba się o szczegóły. Pod rządami pragmatyzmu charakter miejsca staje się zbędny. Wtoczyłem się na stanowisko. Zaparkowałem. Nareszcie. Wysiadłem z auta i rozprostowując kości spojrzałem w górę.
 
? Mówię ci, że tutaj nie ma nieba ? burknąłem do żony, wskazując ręką przestrzeń ponad supermarketem.
 
? Już to kiedyś mówiłeś.
 
Cztery słowa. Już, to, kiedyś, mówiłeś. Odwróciłem się w jej kierunku.
 
? Dlaczego to cię w ogóle nie obchodzi! ? warknąłem ostrzegawczo.
 
Nie zwracała na mnie uwagi. Zaczerpnąłem głęboko powietrza i ryknąłem
? Do diabła!!! Przecież to oburzające! Oni zrezygnowali z nieba, żeby obciąć koszty. Gnoje, utargowali niebo z Panem Bogiem ? ściszyłem głos. ? Nienawidzę ich.
 
Przyglądałem się, jak szuka w torebce dwuzłotowej monety. Wiedziałem, że nie robię na niej żadnego wrażenia.
 
? Kiedyś z tobą nie pójdę ? mruknąłem.
 
Spojrzała na mnie i z impetem wyszarpnęła łańcuch mocujący wózek.
 
? Nawet jeśli nie dziś ? dodałem informującym tonem.
 
A może ja też jestem Typolem? Pewno, że jestem ? pokiwałem twierdząco głową. Takim samym jak ona. No, może, może bardziej skomplikowanym, ale najważniejsze, że kursuję zgodnie z rozkładem.
 
Typole, tak o nas mówią w mediach. Typole, Boże, co za nazwa... Ale dlaczego ona nas nie obraża? Skąd się bierze głębokie zrozumienie dla jej zasadności? Poczułem, jak toczący się w moim kierunku wózek uderzył mnie w nogę. Żona szybkim krokiem zmierzała do drzwi hali sklepowej. Patrzyłem za nią gorzko. Dwie rozsuwane szklane tafle kłapały miarowo szczękami, konwulsyjnie połykając kolejne porcje klientów. Ta zwykła żarłoczność wyglądała jak jakiś niemy krzyk. Położyłem dłoń na uchwycie wózka. Ręka sama wiedziała, co robić. Palce machinalnie zacisnęły się wokół metalowej rurki. Drgnąłem. Od tej chwili stanowiliśmy całość. Zostałem podczepiony do składu. Wózek szarpnął do przodu i pociągnął mnie za sobą w kierunku wejścia. Po chwili wtoczyłem się w oślepiająco białą gardziel. Po co oni tyle tu świecą? Zwolniłem nieco i odszukałem wzrokiem żonę.
? Startuj, startuj, leć! Ty balonie na rozgrzaną pazerność ? wycedziłem z niechęcią.
 
Nie, właściwie to ona przecież nie jest wcale gruba. Próbowałem wycofać się z krzywdzącej złośliwości. Po prostu artysta zapomniał wystrugać kształtów w tym klocku.
 
? Tylko nie zawadź o coś gondolą! ? syknąłem, wodząc oczami za dyndającą u jej boku nienaturalnie wielką torebką. Oczywiście, że byłem wściekły, zapowiadała się przecież niezła przerwa w życiorysie, w osiemdziesiąt dni dookoła sklepu. Ona idzie zawsze pierwsza. Gdy chce gdzieś skręcić, chwyta za przód wózka i manewrując nim energicznie, omija regały obładowane setkami puszek, butelek i Bóg wie, czym jeszcze. Żaden system nawigacji satelitarnej, w porównaniu z tą doskonałością, nie ma szans.
 
? Do nogi!!!
 
Co to? Czy ja się przesłyszałem? Przecież zegary jeszcze wiosłują. Czas kuśtyka. Żona stoi przy bramce, popycha biodrem metalowy kołowrotek. Już nie czeka. Idę! Stawiam kroki. Drżący uchwyt wózka podejrzanie lekko ustępuje pod naciskiem dłoni. Zmierzam! Jak pracownik lunaparku. Jak facet, który od lat, codziennie obsługuje, tę samą kolejkę górską. Domykam koła obowiązku. Zblazowany, lekceważący. Przede mną zbudowany z kartonów i szmat, gigantyczny rollercoster. Słyszę, jak szumi. Jak oddycha milionem świateł, świecidełek. Wszechświateł, wszechcidełek.
 
Wjeżdżamy na halę. Spóźniam o krok. Po co ja tu jestem? Po co. Po co. Po co. Sekundy już zwalniają. Bo jeśli mam być tylko widzem...
 
? Proszę! ? spojrzałem na żonę.
 
? Nie żebraj!
 
Boże, jestem kulą u wózka. Co tam wózka, jestem kulą u całej sieci sklepów wielkometrażowych.
 
? Witamy w naszym hipermarkecie! Informujemy, że na stoisku... ? słychać ożywiony głos młodej wampirzycy, dochodzący z głośników ukrytych gdzieś wysoko. Wyobrażam sobie, że jest to mała, brzydka jędza i że jak tylko powie swoje, to wskakuje z powrotem do trumny, zamykając za sobą tandetnie wytłaczane wieko.
 
? Wrr! ? zachrobotało. ? Przypominamy, że trwają Dni Miłości Do Mediów. Plakat z uśmiechem Niewidzialnego, który otrzymali państwo przy wejściu, zawiera błękitny kupon o wartości dwóch Entuzjazmów.
 
Słucham tych słodkich słów i myślę, że gdyby nie istnienie tej karykatury szczęścia, nie miałbym w swoim życiu celu.
 
? Kiedyś cię zabiję, ty tekturowa klamko do raju! ? wrzasnąłem bez żadnego skrępowania.
 
? Za krótki jesteś ? padła uprzejma odpowiedź z głośników. Zaraz potem rozbrzmiewa stamtąd szczęśliwa muzyczka.
 
Przyspieszyłem, koncentrując się teraz na obserwowaniu posadzki. Patrzyłem, jak dziesiątki kwadratów mkną pod metalowym szkieletem kosza. To takie kino akcji. Dwanaście mydełek i dwie butelki wódki, podskakując i drżąc z trwogi, pędzą jak szalone po kafelkowym torowisku. Nie, ta biegnąca pode mną kratownica to raczej gigantyczna stalowa sieć, na której zawieszone jest tutaj wszystko. A więc i ja. Zacząłem stąpać po liniach wyznaczających tę sieć, ważąc każdy krok. Pod nią rozpościera się już tylko bezgraniczna, ślepa otchłań. Wierzyłem, że w hipermarkecie jest wielu takich jak ja. Kurczowo trzymają się uchwytów swoich wózków, jakby z obawy, że gdyby nagle skończyła się grawitacja, wówczas te piramidy towarów uwolnione od więzów siły ciężkości, ruszą w górę i zaczną wirować w chaotycznym, nieważkim tańcu. Wówczas oni, ale także ja, staniemy się jedynie cząstką tego bezładu. Przemieszani z towarową magmą, po wielokroć zagubieni, pozbawieni kodów paskowych. Na posadzce pozostaną tylko one, nasze żony, z wysiłkiem skaczące w górę, by uchwycić żeglujące ponad nimi butelki z odżywką do włosów. Jaka siła przyciąga je z powrotem na ziemię, podczas gdy cały świat frunie? Tego nie wie nikt.
 
 (...)
czwartek, 11 marzec 2010 16:02

Kokon (II): Niebieski

Instytut Wątpliwości znajdował się w centrum miasta, niedaleko głównej stacji metra. Piętrowa willa z białej cegły wciśnięta była między dwa futurystyczne wysokościowce. Udawała tam element niegdysiejszej, przedwojennej zabudowy stolicy. Budynek od frontu osłonięty był wysokim parkanem i gęstą zielenią. Jego stromy, pękaty dach nakrywał czerwoną dłonią korony zgarbionych drzew. Parter domu zajmował gabinet Niewidzialnego, najważniejszego urzędnika w państwie. Gabinet był zaskakująco duży. Nieliczne meble ? biurko, dwa krzesła i niewielka, śmieszna toaletka, ginęły gdzieś w jego stumetrowej powierzchni. Było tu pusto, jasno i zimno. Z jasnoniebieskiego sufitu spadało po jasnoniebieskich ścianach chłodne światło. Naprawdę trzeba było wytężyć wzrok, by dostrzec choćby zarysy bladoniebieskich przedmiotów.

sobota, 20 luty 2010 20:26

Kokon (III): Personel

Chodziewicz otworzył szeroko drzwi i zaprosił gościa do środka.

 
? Proszę, Darku! Zdaje się nie byłeś jeszcze u mnie.
 
Mężczyzna w skórzanej kurtce śmiało przekroczył próg. Rozejrzał się. Pokój był duży. Przedwojenne budownictwo. Z lewej rząd czterech wysokich okien, zasłoniętych żółtymi firanami, z prawej biblioteka zajmująca całą ścianę. W środku pokoju stał długi stół konferencyjny.
 
? Siadaj ? prezes wykonał gest. ? Przepraszam, że nie przyjmuję cię w gabinecie, ale mam tam... ? zawiesił na chwilę głos. Za ścianą ktoś walił młotkiem ? O! Właśnie ich słychać. Poczekaj momencik ? odwrócił się gwałtownie i wybiegł. Po chwili dudnienie ustało. Darek podszedł do biblioteki. Zrobił parę kroków, śledząc zbiory. Od razu odnalazł twórczość Niewidzialnego. Kilkanaście książek. Nie wątpił, że jest tu wszystko.
 
Cofnął się. Nie mógł znaleźć Herberta. Spojrzał jeszcze raz. Wierszy Żarliwskiego też pewnie nie ma. Usłyszał trzeszczenie parkietu. Odwrócił głowę.
 
? Słyszałeś? ? Chodziewicz stał na środku. ? Tę klepkę sprowadziłem z Austrii. Trzeszczy, co? Taką chciałem ? podszedł bliżej. ? Szukasz czegoś? ? spojrzał na regał. ? Tu jest pięć tysięcy tytułów. Wszystko, co ważne.
 
? Widzę.
 
Usiedli przy stole. Darek sięgnął do kieszeni kurtki.
 
? Przyniosłem film ? położył pudełko z płytką na blacie.
 
? Świetnie, obejrzę z przyjemnością. Ale mów, co nowego. Głośno o tobie.
 
? Od trzech miesięcy nie pracuję. Jeszcze trochę i będę nierobem.
 
Prezes pokiwał głową z politowaniem ? Dramatyzujesz. Zresztą jak zwykle. Nie pracujesz, bo nie chcesz ? podniósł płytkę. ? Ja trochę wiem o tym filmie. Niczego nie obiecuję.
 
Darek uśmiechnął się szeroko ? Ty? Drugi po Niewidzialnym? Człowiek, który trzęsie rynkiem wydawniczym? O twoich wpływach w mediach krążą legendy. Myślałem, że wystarczy jeden telefon i emisja w tym tygodniu.
 
? Nie drwij sobie. Telewizja to nie moja działka ? zamilkł na chwilę. ? Może napijesz się szybkiej kawy? Mam dzisiaj mnóstwo roboty ? zastukał płytką w stół. ? Ale zapytam cię jeszcze o jedno. Jak odnalazłeś Żarliwskiego? Po co ty grzebiesz koło takiej padliny? ? spojrzeli na siebie. ? Widzisz, niczego nie ukrywam. Znamy się przecież tyle lat. Wzruszył cię jego los, że robisz taki film?
 
Darek zaczął szybciej oddychać.
 
? Ta padlina, jak go nazwałeś, była przez całe lata bardem opozycji. Potem, po tak zwanym zwycięstwie, był za swoją twórczość wielokrotnie nagradzany. Również przez ciebie. Wspólnie śpiewaliśmy jego songi.
 
? Dobra, dobra, nie czaruj, Dareczku. Gdzie go znalazłeś? Przecież to już ponad dziesięć lat. Myślałem, że siedzi dalej w wariatkowie. Po tych ekscesach na festiwalu... A potem przepadł. Ale widać za długo było cicho. Ktoś mi opowiadał, że pociął sobie gębę brzytwą. Zresztą co ja gadam, przecież to z twojego filmu ­? spojrzał z niechęcią na płytkę. ? Albo te histeryczne wypowiedzi o Niewidzialnym. Komu to potrzebne? One szkodzą wszystkim. Tobie też. Bo właściwie, co proponujesz tym filmem? Kontrhistorię!? Co chciałeś powiedzieć? Że gdzieś w ?ludzie? siedzi jakaś lepsza prawda!? Żałosne. Ty po prostu chcesz opluskwić nasze najwyższe autorytety! Na to nie będzie zgody ? wstał i wyprostował się. Był podenerwowany ? Sam widzisz, trochę wiem. A Żarliwskiego nie ma. Nikt nie pamięta. Nikt ? powtórzył z naciskiem. ? Po co ci ten kłopot.
 
Zapanowało milczenie. Darek podniósł się powoli.
 
? A ?Chmury? pamiętasz? Są grane na Zgromadzeniu prawie codziennie. Żałosne? Przecież część jego poezji wydałeś również u siebie, całkiem niedawno. Dobra. Idę ? wyciągnął rękę. ? Widzę, że jest gorzej, niż myślałem.
 
Chodziewicz z kamienną twarzą uścisnął mu dłoń ? Jest tak samo jak zawsze. Woda nie będzie spływać pod górę. Ja żyję z przyrodą w symbiozie. Tobie też dobrze życzę, Dareczku.
 
Odprowadził gościa do drzwi ? Rewolucja już była. I wystarczy.
 
Darek, wychodząc, potknął się o próg. ? Kutasy! ? pomyślał. ? Od lat z gównami płyniecie. I jeszcze w mediach bezczelnie ? ?My po bohatersku?! Z prądem, do morza! Opozycja Prawidłowa wasza mać! Dobrze. Dziękuję za szczerość. Kutasie.
 
Biała oktawia podjechała wolno pod światła. Na kokpicie kierowcy, tuż przy zegarze prędkościomierza mrugnęła lampka rezerwy paliwa. Świetnie ? pomyślał. Odsunął szybę i zatrzymał samochód.
 
? Nie masz kupca na to auto?! ? zawołał na kolportera gazet.
 
? Nie! Ale mam dla szanownego pana redaktora świeże nuty ? chłopak podbiegł bliżej.
 
? Nuty? ? Darek uśmiechnął się. ? Ciekawe. Nuty. Dlaczego nuty ?
 
Sprzedawca rozpiął między rękami pierwszą stronę. Ze szpalt krzyknęły tytuły ? ?Potrafimy być zadowoleni!?, ?Kolejna kompromitacja frustratów?, ?Kto zagraża wygodom obywatelskim?, ?Musimy walczyć, by nikt niczego nie zmienił?. Nagle chłopak zwinął gazetę i krzyknął
 
? Już zielone! Niech pan jedzie! ? wetknął rulon w okno.
 
Darek ruszył gwałtownie. Obserwował w lusterku, jak sprzedawca po błazeńsku dyryguje gazetami.
 
No tak! ? pomyślał. ? Żyjemy w kokonie absurdu. Tandetnych keyboardowych ?przytupanek?. Jak porządnie kto przytupnie, to i głowa się przecież zakołysze. No patrzcie, tyle buntu, a jednak zgoda. ? Spojrzał na zwitek leżący na przedniej szybie. ?Organ Opozycji Prawidłowej? ? głosił napis.
 
Nacisnął gaz. Przed maską samochodu, hen, aż po horyzont, ciągnęła się droga do nikąd. To wyjątkowo porządnie przebadany obszar. Od paru miesięcy odmierzał go precyzyjnym marnowaniem czasu. A może samym faktem podróżowania chciał ponaglić leniwy los, by wreszcie gdzieś dotrzeć??? Przecież podróże bez celu to wyjątek. Dzisiaj wybrał jazdę. Silnik mruczał z satysfakcji. Tajemnicza sprężyna, rozpięta pomiędzy stuczterdziestokonną technologią a brakiem rozsądku, rozpędzała puszkę, w której siedział.
 
? No, zobaczymy ? zapalił papierosa. Włączył radio.
 
W środku urządzenia siedziała płytka z ostatnim koncertem Żarliwskiego. W koncercie brało udział trzech muzyków. Skład jak zwykle ? gitara, fortepian i kontrabas. Wszystkie piosenki znał na pamięć. Odtwarzacz uruchomił się automatycznie. Usłyszał chrypiący głos.
 
? Zaśpiewam coś osobistego. To będzie piosenka o ludziach, których znałem. Którzy byli mi przyjaciółmi? Piosenka mówi o tym, dokąd doszliśmy.
 
Po krótkiej przygrywce z głośników huknęły ostre akordy fortepianu. Za nimi ruszyły w pogoń kontrabas i gitara. Bard opozycji z dziką pasją rozpoczął pieśń.
 
? Prędzej! Prędzej do przodu!
Wypijmy za fundatorów.
Szubrawców, oszustów, złodziei!
Szubrawców, oszustów, złodziei!
 
Muzyka pędziła jak pociąg po szynach. Gitara odmierzała takt turkotu stalowych kół. Głos Żarliwskiego ciął powietrze jak szablą.
 
? Jęknie z zachwytu korowód,
Dłoń w łapę toast przyklei.
Szubrawców, oszustów, złodziei!
 
Szubrawców, oszustów, złodziei ? pieśniarz wciąż poganiał i jeszcze, jeszcze przyspieszał
 
? Łap czapkę tego, co z przodu!
Racja, bo mamy rację.
Do Daleka! Prędzej do przodu!
Daleko zostawiając stację.
 
Oszalałe od pędu dźwięki wdzierały się do uszu hukiem patosu. Spadały w głąb ogromem pychy. Czepiając się kręgosłupa, płuc, aort, wrzącą lawą wypełniały trzewia. Darek oczyma wyobraźni widział ten pociąg. Lokomotywy postępu, a było ich wiele, kominami sięgały nieba. Dymem kadzideł przesłaniały zwyczajne, byle jakie chmury. Prowincjonalny krajobraz zostawał z tyłu. Nie nadążał za pędem. Zdumiony i zagubiony miął czapkę w dłoniach. Nie wierzył w takie rozstanie. A pociąg rwał do przodu. Małe kółka wagonów łakomie wypatrywały godniejszych horyzontów. Tak podróżowała rasa panów. Spod francuskich peruk z epoki sterczała im czerstwa słoma. Próżni i pewni siebie. Znużeni swą nieomylnością, przeglądali się w porannej prasie. Gazety bezbłędnie czytały w ich głowach. Z półek zwisały walizy pełne komuszego wiana. Żarliwski nie śpiewał. On ryczał. Jak śmiertelnie ranione zwierzę, bulgotał rozpaczą.
 
? Szubrawcy! Oszuści! Złodzieje!
Szubrawcy! Oszuści! Złodzieje!
 
Słowa, były dostatecznie mocne, by pięścią powalać niewidzialne figury. Wszyscy wiedzieli, o kim śpiewa.
 
Nagle jego głos oderwał się od uciekającej zgrai i zahuczał zmrożonym wichrem.
 
? Jeśli wam, który narzeka,
Wieszacie na słowach kłódkę.
Bo daleko! Wam do Daleka.
I tylko cwane ? ?Gól swoje wódkę!?
Ideologia ? ?Gól swoje wódkę!?
Szubrawców! Oszustów! Złodziei!
Szubrawców! Oszustów! Złodziei!
 
Przerwał. Muzyka umilkła. Pochylona przestrzeń trwała w zamrożeniu. Lawina słów już zeszła. Cisza otulała zawałowisko. Po chwili, nieśmiało, wstydząc się wyszeptał ? Przyjaciół ? zaczerpnął powietrza ?  Zzddrrajców! ? wychrypiał. ? Nadziei.
 
Cisza zapadła jeszcze głębiej. Przygnieciony oddech sali milczał. Na widowni siedziało wielu adresatów jego pieśni. Zaczęli wolno bić brawa. Rachityczność oklasków wskazywała, że chodziło im o luksus dystansu, no może o słabe alibi, z pewnością nie o jakąkolwiek aprobatę.
 
 
Samochód gnał z prędkością stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Zadzwonił telefon. Darek ocknął się z letargu. System głośnomówiący wyciszył radio. Spojrzał na wyświetlacz. Dzwoniła jego była żona
 
? Dzień dobry, kochanie ? zagaił z przesadną uprzejmością. ? Czym mogę ci służyć?
 
? Niczym ? usłyszał oschły głos. ? Szuka cię twój bank. Nie spłacasz rat za dom. Nie chcę mieć kłopotów. Żadnych kłopotów ? znowu powiało chłodem. Gdzieś w tle tej lodowatej Syberii delikatnie przebijała się znana melodia.
 
? Grają u ciebie ? zauważył. ? To ta piosenka, co byliśmy we Włoszech. Poznajesz? Na na na na, na na na ? zanucił.
 
? Dzwoniłam z uprzejmości ? burknęła i rozłączyła się.
 
Nacisnął gwałtownie hamulec. Rozległ się pisk opon. Patrzył z uwagą na prędkościomierz. Sto czterdzieści, sto dziesięć. Czuł, jak siłą bezwładności napiera na kierownicę. Opony kwiczały jak zarzynane prosię. Kątem oka dostrzegł znak z ograniczeniem do siedemdziesiątki.
 
? Chcielibyście ? mruknął i depnął gaz do dechy. Znowu pędził jak wariat. Żółta lampka rezerwy paliwa zapaliła się na stałe.
 
(?)
piątek, 19 luty 2010 13:26

Kokon (IV): Urzędnik

Franciszek Midlewicz, szef Urzędu Obrony Wolności, jechał służbową lancią w kierunku centrum miasta.

 

Gdzie się Wisła wije
I przybiera w ścieki,
Lud pokraczny żyje,
Głupi i kaleki.
 
W kościołach się tłoczy,
Biedę klepie w domach,
Choć kac iście smoczy,
Pije aż nie skona.
 
Miast trzewików zgrabnych,
nosi gumofilce.
Języków powabnych,
Wyje jak te wilce.
 
Unika perfumy,
Tolerancją gardzi.
Bywa, żyje z jumy,
Ze smykałek bardziej.
 
Owóż, w takim kraju
Żyć przyszło elitom
I miast whisky w raju,
Pić maślankę zgnitą.
 
Jakże to? ? Spytacie
? Żyć między chamami?
Klepać z nimi pacierz,
Wikt dostawać tani?
 
Obok Europa,
Tak gęsta od pieszczot.
Granty leżą w żłobach,
Koryta aż trzeszczą.
 
O, paskudna dolo,
Przaśny i zły losie!
I ambicje bolą
I pustka tkwi w trzosie.
 
Tam, światłość światłości,
Tu ciemnota bura.
Chciwość żre wnętrzności,
Rosną, rosną pióra!
 
Gdyby grosik marny.
Gdyby trochę mienia!
Już inne narody,
Niech prężą sumienia.
 
Kraj? ? Oddać w depozyt.
Obiecali procent.
Zamiast śmiesznej pozy,
Choćby euro!!! Cent?
 
Co tam zresztą naród?
Co tam i rodzina?
Narodów wszak w bród jest
I każdy, tfu!!! Ślina.
 
No, może Francuzy,
Troszkę Niemcy lepsze.
Reszta to łobuzy
I ot, zwykłe wieprze.
 
Krytyk mych tu mało.
Mało, chwalę sobie.
Bo rzadko, choć zgrabnie
Gram na ksenofobie.
 
Gdy się jest treserem,
W cyrku bardzo znanym.
Naczelnym treserem,
Wziętym i kochanym.
 
Kiedy na skinienie,
Tysiąc harmat zagrzmi,
Na menddialnej scenie
Zostają ?poważni?.
        
W cyrku tym, uwierzysz?
Tresuję dosłownie.
Dasz słówko i leżysz.
Ćwiczę tu widownię.
 
Zatem, brawa, brawa!
Brawa dla tresera.
Od lewa, do prawa.
Puchną łapy nie raz.
 
Usłuchasz tresera,
Opłyniesz w dostatki.
Zero, mnoży zera,
Więc nie przegap gratki.
 
Sumienie cię toczy?
Bywa, prawda kole?
Pluń jej prosto w oczy!
Nie daj się, Sokole!
 
Groźnie nastrosz skrzydła.
Dziób swój przekrzyw drwiąco.
Odbij się od bydła
I fruń! Na siedząco.
 
I do przodu chłopie!
Bądź pierwszy w tych łowach.
Bo w iskier tych snopie ? O!!!
Pozycja Prawidłowa.
 
Buntuj się do woli.
Bunt to tylko słowo.
Sprowadź je do roli,
Buntu ? prawidłowo.
 
Pochwalę, bom siedział.
W sidłach u pająka.
Dziejów nowych przedział
Snułem z nim na mąkach.
 
Lecz kto teraz zbłądzi
W głupich pytań stację.
Tego sąd osądzi!
?? On siedział, ma rację?.

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.