wtorek, 29 czerwiec 2010 22:50

Na rubieży minionego czasu czyli wyprawy kresowe w poszukiwaniu czegoś, czego już prawie nie ma

Napisane przez

Jest coś tajemniczego w samym pojęciu podróży na Wschód, coś, co człowieka tam gna, niczym tajemnicza siła przyciągania ziemskiego. Być może, taka sama, z jaką krzyżowcy w XI w. wyruszali na podbój Ziemi Świętej, być może, podobna do tej, z jaką zakon krzyżacki kolonizował ówcześnie wschodnie połacie Europy, być może, podobna do tego, co XIX-wieczna literatura popularno-historyczna określała "tęsknotą za szerokimi, dzikimi polami kresów I Rzeczpospolitej".

 

Tak więc pojęcie "Wschodu" czy "Kresów", dla zachodniego Europejczyka, zwłaszcza dla Polaka, miało prawie zawsze dwojakie znaczenie: z jednej strony czegoś bliskiego, ciepłego, swojskiego, z drugiej natomiast strony, prawie dzisiaj nieobecnego, zapomnianego, wręcz dzikiego i zarazem tajemniczego. I pomimo tego, że wycieczek na dawne tereny I i II Rzeczpospolitej, zwłaszcza od 13 lat, organizowanych jest wiele przez m.in. tzw. stowarzyszenia kresowe i turystyczne biura podróży, postanowiłem wybrać się pewnego wiosennego dnia bez pośrednika w taką właśnie podróż "w poszukiwaniu minionego czasu" na Białoruś.

 

Po wyjściu z pociągu Gdynia-Białystok udałem się na peron, gdzie już stał pociąg z Białegostoku do Kuźnicy Białostockiej. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie ma w nim żadnych handlarzy, może dlatego, że były to godziny południowe, a sam pociąg nie dojeżdżał do Grodna i podróżni jadący dalej zmuszeni byli czekać na przesiadkę lub udać się pieszo na przejście graniczne. Już z pociągu dało się zauważyć, że krajobraz na Białostocczyznie i Grodzieńszczyznie jest prawie taki sam i gdyby nie tzw. linia Curzona, czyli nasza obecna wschodnia granica państwa, nie byłoby prawie żadnej różnicy pomiędzy dwoma regionami, które kiedyś stanowiły jedną całość w obrębie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, a w okresie II RP wchodziły w skład województwa białostockiego. Tak więc spotykamy tu porośnięte sosną piaszczyste, lekko pofałdowane tereny oraz wypłowiałe drewniane domy i pokryte często szarym eternitem dachy. To, co jednak odróżnia obecnie obydwa terytoria, to zdecydowanie mniejsza ilość tych "zabytkowych domów" po stronie polskiej, nasze wydają się bardziej zadbane od tych białoruskich i sąsiadują jednocześnie z budownictwem na wskroś nowoczesnym.
Po krótkiej, półgodzinnej jeździe czas było wysiadać. Przede mną stacja graniczna Kuźnica Białostocka. I od razu nieciekawe wrażenie zrobił na mnie budynek dworcowy, obskurny, szary. Wewnątrz upstrzony pstrokatymi reklamami i stoiskami z tandetnym towarem. Słowem: "piękna wizytówka" naszego kraju! Na domiar złego zaczął padać deszcz, a tu następny pociąg do Grodna za trzy godziny, a w rozkładzie jazdy figuruje ich cztery czy pięć na dzień.
Przed dworcem kłębiły się grupki ludzi mówiących po polsku i białorusku o codziennych sprawach. Co chwilę podjeżdżały samochody z białoruską rejestracją, tak jak gdyby na kogoś lub na coś czekały. Zastanawiając się, co robić, zauważyłem pewnego człowieka, który również nie wiedział, co robić, gdyż deszcz nie ustawał. Zapytałem go, czy on także do Grodna.
? Nie, panie, ja do Lidy ? wyczułem w jego głosie, lekko, śpiewny, wschodni akcent.
? To w takim razie jedziemy razem w tym samym kierunku" ? odpowiedziałem.
? Aha, ale pociąg mamy dopiero za dwie godziny.
? Pan zapewne wraca do domu? ? zapytałem.
? Nie, jadę do rodziny, jestem ze Szczecina.
"Aha, były repatriant" ? pomyślałem.
? To tam ktoś jeszcze mieszka z pańskiej rodziny? Myślałem, że stamtąd wszyscy wyjechali.
? O tak, brat z rodziną żony. Jak pan widzi, nie wszyscy...
Nagle pani z okienka otworzyła swój kiosk "Ruchu", i po zakupieniu vouchera za 20 zł. (taki podatek za wjazd na terytorium Białej Rusi), zaproponowałem mu abyśmy podeszli do jednego z białoruskich aut i zapytali się, czy ktoś z nich nie podwiózłby nas na granicę lub dalej, jeśli to możliwe. Białorusin, kierowca zapchanego po brzegi materiałami budowlanymi busa, zgodził się zawieźć tylko mnie, bo, jak twierdził, białoruscy pogranicznicy mogą mieć zastrzeżenia do dwóch Polaków w białoruskim busie, a jednemu jakoś ujdzie. Tak więc przyszło mi pożegnać niedoszłego towarzysza podróży i pojechaliśmy na granicę polsko-białoruską, co, jak się później okazało, miało swoje skutki. Liczyłem, że jadąc samochodem znajdę się szybciej w Grodnie niż pociągiem. I tu się pomyliłem. Na granicy była tak długa kolejka, że czekaliśmy na niej prawie trzy godziny, w warunkach niegodnych opisywania. Na dodatek trwała właśnie przebudowa przejścia granicznego do warunków unijnych. Nawet Białorusini, przyzwyczajeni do takich kolejek, poczęli coś krzyczeć wzajemnie na siebie i kląć. Kilka razy udało nam się dosłownie wepchnąć w kolejkę, dając kilka łapówek. Zniecierpliwieni czekaniem Białorusini zaczęli robić ostatnie zakupy (owoce, warzywa). Mój białoruski kierowca wyjaśnił, że jest to ostatnia szansa przed planowaną podwyżką cen żywności na Białorusi. A ceny żywności tam są trochę wyższe od polskich, co w przypadku przeciętnych zarobków Białorusinów (w przeliczeniu niecałe 100 $ miesięcznie, i to gdy ma się pracę), stanowi prawdziwy problem. W końcu przekroczyliśmy tę granicę wschodnią Unii Europejskiej, oddzielającą świat Wschodu od Zachodu Europy i po chwili byliśmy w Grodnie. Mój kierowca, gdy dowiedział się, że podróżuję turystycznie, nie omieszkał podkreślić, co było miłe dla Polaka, że to było polskie miasto. A to, że tam Stary Zamek, a tu polska Katedra, a tam Plac Batorego, most na Niemnie itd.
Wysiadłem w centrum, natychmiast bardzo mili ludzie, gotowi do pomocy, pokazali mi, jak dojechać do miejsca, gdzie znajduje się Związek Polaków w Grodnie. Tam miałem dowiedzieć się o nocleg. Po przybyciu tam zobaczyłem bardzo ładny nieduży domek, przed którym stało popiersie Adama Mickiewicza. Uzyskałem informację o noclegu u pewnej starszej, emerytowanej nauczycielki.
Miasto w centrum robi wrażenie w miarę schludnego, lecz parę kroków dalej daje się zauważyć duże zaniedbania, odrapane fasady budynków, spod których wychodzą nieraz stare napisy polskie lub żydowskie, jak gdyby dopominając się o swoje miejsce w historii. Charakterystyczne jest to, że wydaje się, iż nie jest to miasto zachodnie w klasycznym tego słowa znaczeniu (prawo chełmińskie, magdeburskie), jak na Pomorzu lub Wielkopolsce, Śląsku, z rynkiem, prostopadle przecinającymi się ulicami, ratuszem itp. Centralnym miejscem Grodna jest, co prawda, dawny plac Batorego, obecnie płoszczad' Lenina, gdzie zbierają się wszystkie manifestacje rządowe i antyrządowe, gdzie znajduje się merostwo ? siedziba władz miasta, no i stoi pomnik "wiecznie żywego Lenina", to jednak zaraz za ścisłym centrum można spotkać te dobrze znane z Białostocczyzny drewniane domki. W większości zaniedbane i od lat nieremontowane, tak jakby to nie było miasto, lecz wieś. A przecież jest to miasto, nadal z wyglądu polskie, gdzie 1/4 mieszkańców przyznaje się do polskich korzeni. Oprócz Starego Miasta z niewielkimi kamienicami jedno-, czasem dwupiętrowymi, na uwagę zasługuje zespół zamkowy, kilka kościołów, park oraz najładniejszy widok na miasto od strony Niemna, gdzie jego wysokie brzegi są spięte mostem, o który toczyły się walki z Sowietami 21 września 1939 r.).
(?)
Leszek Muszczyński




 

 

 
Wyświetlony 3321 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.