sobota, 31 lipiec 2010 13:40

Odpuść nam nasze winy...

Napisał

Prezydent Lech Kaczyński podczas uroczystości polsko-ukraińskiego pojednania w Pawłokomie użył tytułowej frazy z dobrze znanej każdemu w Polsce modlitwy "Ojcze nasz". Przyznam się, że bez entuzjazmu słuchałem tego akuratnie fragmentu jego wypowiedzi. Przede wszystkim powoływanie się polityków na zasady religijne oznacza zwykle brak własnego zdania na dany temat lub chęć jego ukrycia. Oczywiście, każdy może cytować dowolne modlitwy, pacierze i słowa Pisma Św., politycy również. Jednak od tych ostatnich nie wymagamy tego, co jest obowiązkiem katechety, kaznodziei, czy też duszpasterza. Próby ich wyręczania przez polityków wydają się po prostu nienaturalne. Od polityków wymaga się na ogół konkretów, sposobów rozwiązywania zagadnień i konfliktów wewnętrznych, jak i międzynarodowych, a wezwanie do odpuszczenia nam win...., cóż słyszę już kolejny raz, po prostu nic nowego. Słyszałem to w źle przyjętym przez stronę niemiecką pamiętnym liście biskupów polskich do biskupów niemieckich, choć było to to samo, lecz w innej formie ("przebaczamy i prosimy o przebaczenie"). Słyszałem to w Krzyżowej, w Jedwabnem, a teraz w Pawłokomie. Czy prezydent mający wprowadzić Polskę do IV RP musi naśladować swego poprzednika?

Odpuścić winy

Myślę, że akurat do tego nie trzeba wzywać Polaków, kresowiaków, a przede wszystkim lwowiaków. Oni już dawno to zrobili i na ogół nienawiść nie przesłania im stanu rzeczywistego. A ten nie jest wcale najlepszy i tym politycy powinni się właśnie zająć. Eksponowanie naszej winy w sprawie Pawłokomy jest nadużyciem politycznym, czego prezydent państwa nie powinien czynić. Nadużycie to polega na tym, że rzeczywista wina strony polskiej w Pawłokomie jest bezsporna, lecz jej proporcja do tego, co czyniła UPA, jest po prostu marginalna. Przemyski historyk dr Zdzisław Konieczny udowadnia, że w Pawłokomie zginęło 150 Ukraińców, natomiast strona ukraińska twierdzi, że ofiar było 366. Nie wdając się w ten spór, nawet ta druga liczba nijak ma się do udokumentowanych (według tego samego autora) 160 tys. zamordowanych Polaków przez UPA na Wołyniu i Ukrainie. To, że zbrodnie UPA były szczególnie drastyczne i okrutne, to już osobny aspekt tego samego tematu. Myślę, że pomimo tego wszystkiego odpuszczenie win zostało dokonane już bardzo dawno temu. Po co czyni to po raz wtóry Prezydent RP, nie wiadomo.

Zbrodnia ludobójstwa
Te 160 tysięcy zamordowanych w masowych napadach na bezbronne osiedla i wioski to zbrodnia ludobójstwa. Tego jednak Pan Prezydent nie powie, bo z Ukrainą łączą nas więzy przyjaźni, a wiadomo, że przyjaciołom nie robi się niepotrzebnych przykrości. Co innego zły Putin. Tu zbrodnia katyńska (22 tys. zamordowanych oficerów) to na pewno ludobójstwo. W Polsce przekonani są o tym wszyscy. Natomiast pięć razy więcej ofiar UPA to tylko wzajemne porachunki, które najwyższa pora sobie wzajemnie wybaczyć. Tak to relatywizuje się ofiary drugiej wojny światowej w zależności od tego, kto tego dokonał i jak dzisiaj jest on postrzegany w kontekście europejskich i światowych interesów. Tu jakoś nawet IPN zabiera się do tego bardzo niechętnie, no bo wiadomo przyjaźń kiedyś polsko-radziecka, a dziś polsko -ukraińska jest najważniejsza. Ta wybiórczość w ocenie poszczególnych zbrodni, w tym również niemieckich, zaczyna przypominać grę polityków ofiarami drugiej wojny światowej. Temu wybaczamy, zapominamy i nie wspominamy, bo to swój. Komuś innemu, kto się nam naraża, wszystko zarzucamy, targamy bezwzględnie po wszystkich sądach, bo to nasz przeciwnik. Polityczna gra ofiarami na Wschodzie i wszędzie indziej jest nie tylko moralnie obrzydliwa, lecz politycznie szkodliwa, a nawet antynarodowa. To ostanie stwierdzenie wymaga o tyle uzasadnienia, że dzisiejsi nasi przyjaciele polityczni, którym tak wiele obecnie wybaczamy, i jesteśmy dla nich tak wspaniałomyślni, być może jutro staną po przeciwnej stronie, i co wtedy? Pomijam już fakt, że ? jak słyszałem ? środowiska kresowe masowo głosowały na Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Widocznie elektorat ten nie jest już potrzebny. Murzyn zrobił swoje.

Kresy na Śląsku
Mało już kto pamięta o tym, że wyjazd z Kresów wschodnich był dobrowolny. Jedni doskonale znali swoich nowych bolszewickich gospodarzy i wiedzieli, że jeżeli chcą ujść z życiem, to muszą uciekać. Drudzy widzieli łuny pożarów, zamordowanych krewnych i sąsiadów i zdawali sobie sprawę z tego, że jeżeli nie pozostawią swojego majątku, dorobku pokoleń, to mogą utracić życie. Gdzie mogli uciekać, tylko na Śląsk, a dokładniej na Dolny Śląsk, skąd Niemców ewakuowano na zachód. Tu panował po wojnie nieopisany harmider. Tu przyjeżdżali ludzie z całej Polski ? jedni dla łatwego wzbogacenia się na mieniu poniemieckim, inni, bo nie mieli gdzie się udać, a jeszcze inni, by się po prostu ukryć przed węszącymi wszędzie mackami UB. Najwięcej jednak było tych, którzy uchodzili z życiem, licząc na to, że tu, na Śląsku zbudują sobie nowe kresy, odtworzą dawną kulturę i będą mogli z pokolenia na pokolenie stawać się coraz bardziej znaczącymi obywatelami kiedyś PRL, a obecnie RP. W ten sposób strach przed mordami UPA powodował przyjazd znaczącej części Polaków z Ukrainy. Choć tego pokolenia praktycznie już prawie nie ma wśród żywych, istnieje jeszcze pamięć, którą wraz z dokumentami przekazali swoim spadkobiercom.
(?)
Adam Maksymowicz
Wyświetlony 5451 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.