sobota, 31 lipiec 2010 15:08

15 lat warszawskiej spekulacji

Napisane przez

Już od ponad 15 lat można w Warszawie kupować akcje i obligacje na Giełdzie Papierów Wartościowych. We współczesnych, rozrośniętych państwach, zwanych liberal democracies, parkiety giełdowe uchodzą za świątynie kapitalizmu. Czy tak jest w istocie? Jaka jest prawdziwa natura giełdy i co się z nią stanie?

Reaktywacji giełdy w Polsce dokonano dzięki staraniom małej grupy osób, skupionej w Departamencie Rozwoju Rynku Kapitałowego Ministerstwa Przekształceń Własnościowych, do której należeli naukowcy interesujący się w czasach PRL-u problematyką giełdy, m.in. Lesław Paga i przyszły prezes giełdy Wiesław Rozłucki. Pierwsza powojenna sesja giełdowa w Polsce odbyła się 16 kwietnia 1991 roku w Centrum Bankowo-Finansowym, byłej siedzibie Komitetu Centralnego PZPR. Rozpoczęto tego dnia notowania pięciu spółek (Tonsilu, Próchnika, Krosna, Kabli i Exbudu) i złożono 112 zleceń, a obrót wyniósł 2 tysiące złotych. Dziś na parkiecie w nowym budynku przy ul. Książęcej handluje się akcjami 253 spółek, w tym sześciu zagranicznych (Bank Austria Credit Ansalt, deweloper GTC, węgierski BorsodChem, koncern paliwowy MOL, fundusz bmpAG, holenderski AmRest), dziennie dokonywanych jest kilka tysięcy transakcji na łączną sumę ? uwaga! ? około 696 mln złotych, a na giełdzie gra bezpośrednio, czyli kupując papiery, i pośrednio, czyli poprzez fundusze emerytalne i inwestycyjne, prawie 13,5 miliona Polaków. To wszystko świadczy, oczywiście, o ogromnym rozwoju warszawskiego rynku kapitałowego. Na pierwszy rzut oka tak dynamiczne zmiany w warszawskiej "świątyni kapitalizmu" są zmianami "in plus". Sprawa wygląda inaczej, jeśli przyjrzymy się całemu systemowi bliżej, przez szkło powiększające, które dali nam do ręki austriaccy ekonomiści.

Czym jest giełda?
Rynek giełdowy to miejsce, w którym spotykają się inwestorzy poszukujący dobrej okazji do zainwestowania swojego kapitału oraz firmy, które tego kapitału potrzebują. Dlatego emitują akcje i liczą na to, że znajdą się chętni nabywcy, którzy tym samym dokapitalizują spółkę. Co ciekawe, w przypadku giełdy warszawskiej i jej początków, kiedy to sesje odbywały się tylko we wtorki, i w dość prymitywnych warunkach, do spotkań między inwestorami, właścicielami firm i maklerami dochodziło naprawdę, gdyż podczas trwania sesji przed giełdą i w jej hallu zbierał się mały tłumek, odgrodzony od parkietu jedynie... sznurem.
Giełda jest, oczywiście, tym potężniejsza, im więcej spółek jest na niej notowanych. Zwiększa to zarówno popyt na kapitał, jak i podaż kapitału, gdyż przyciąga kolejnych inwestorów. Ekonomiści zwracają też uwagę na ważny aspekt różnorodności; różnorodności zarówno inwestorów, gdyż wtedy łatwiej spółkom zdobyć kapitał, a więc spada poziom ryzyka przy emisji akcji, co przyciąga kolejne debiuty, jak i spółek, gdyż większy wybór to także mniejsze ryzyko inwestycyjne.
Wraz ze wzrostem giełdy pojawiają się nowe instrumenty inwestycyjne. Ich duża liczba jest wskaźnikiem prestiżu giełdy. Na warszawskiej giełdzie też na samym początku dostępne były tylko akcje i obligacje. Dziś mamy do wyboru tzw. instrumenty pochodne, czyli kontrakty terminowe oraz opcje na akcje. Można też handlować prawami poboru (prawami pierwokupu akcji z nowej emisji) czy też prawami do akcji (to wymysł polski, nie występujący chyba nigdzie indziej; przez opieszałość biurokratów i skomplikowanie przepisów czas pomiędzy emisją akcji a wprowadzeniem ich do obrotu na parkiecie niemiłosiernie się nieraz wydłuża, pozwolono więc posiadaczom wyemitowanych już akcji na handel prawami do nich poza giełdą).
Najważniejszą dla giełdy rzeczą jest jednak jej prestiż, stabilność i płynność obrotów. Giełda nie może być martwa, potrzebuje transakcji, jak kania dżdżu; giełda nie może cieszyć się złą reputacją, zszarganą aferami; w końcu giełda nie może łatwo podlegać wpływom postronnych osób, a także musi cechować się odpornością na wstrząsy w życiu politycznym. Jeśli państwo w dzisiejszym, demokratyczno-etatystycznym świecie ma taką właśnie giełdę, jest uznawane za rozwinięte i bezpieczne. Uważa się także, że rozwinięta giełda pozytywnie wpływa na gospodarkę.

Co z giełdą jest nie tak?
Banki centralne drukują dziś niezwykle dużo pustego pieniądza (fiat money). Jak wiadomo, pieniądz jest, czy też powinien być, papierem wartościowym, który mówi o tym, że jego posiadacz ma prawo do odbioru na jego podstawie złota. Jest dowodem na kontrakt pomiędzy nim a państwem, czy też raczej systemem bankowym (gdyż jest on coraz bardziej oddzielony od państwa). Stąd też pochodzi w ogóle nazwa angielska banknote (zaświadczenie bankowe). Tymczasem ludzie jakby o tym zapomnieli (także biznesmeni!) i banki mają pokrycie w złocie już tylko dla 3% znajdujących się w obiegu banknotów i bilonów (vide NBP)!
Grzech pierworodny giełdy tkwi w systemie monetarnym i jest z nim ściśle powiązany. Giełda bowiem opiera się na sztucznym systemie monetarnym. Jej podstawy to, między innymi, pieniądze, które nie mają pokrycia w złocie, oraz, uwaga!, kredyty. Profesor ekonomii Fritz Machlup z University of Buffalo, uczeń von Misesa, von Hayeka i von Haberlera, napisał w swej książce The Stock Market, Credit and Capital Formation: Szeroko zakrojona, ekspansywna i trwała spekulacja kwitnie tylko dzięki powszechnym kredytom. Jego analiza rynku papierów wartościowych kończy się miażdżącą konstatacją: Stały wzrost cen akcji nie może być wyjaśniony przez zwiększenie produkcji w gospodarce lub przez powiększenie oszczędności, lecz tylko poprzez inflację podaży kredytu.
Jeśli popatrzymy się na dane z warszawskiego parkietu, które dla wielu są tak bardzo optymistyczne, to zauważymy, z jak wielkim impetem polska gospodarka goni zadłużone po uszy gospodarki zachodnioeuropejskie i amerykańską (w tej ostatniej już w 1999 roku łączna suma długów państwa i osób prywatnych sięgała dwóch bilionów dolarów!). Jako że giełda jest świetnym "kompasem" dla monetaryzmu, spójrzmy na oficjalne dane: w 2000 roku wartość rynkowa spółek notowanych na GPW wynosiła 130 mld zł, dziś wynosi 436 mld. Skąd wzięły się te pieniądze? Czy mają pokrycie w realnej gospodarce, w realnie istniejącym kapitale? Aż strach pomyśleć, że niektórzy, drobni nawet, inwestorzy, zaciągają kredyty, by zainwestować w akcje. Anglicy nazywają to viscous circle, czyli błędnym kołem.
(?)
Piotr Rosik

Wyświetlony 4007 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.