czwartek, 30 wrzesień 2010 07:51

Afrykańskie obrazki

Napisane przez

Łamanie języka

Nowy adres (przeprowadziliśmy się) i nowe doświadczenie: nauka języka lokalnego. W opisywanym przypadku język się nazywa: NDEBELE.
Na misji jest fajnie, bo jest nas trzech Polaków i "Rower", czyli Mateo z Indonezji (głupie przezwisko przywiózł z Harare, gdzie razem uczyliśmy się angielskiego). A "Rower" to już pół-Polak. Czyli jest nas 3,5 Polaków.

I oto pierwszy raz "idziemy" z Mateuszem do "szkoły", czyli siadamy przed domem (prawie pod palmą) i Zulu (nauczyciel języka) przystępuje do pierwszej lekcji. Zaczyna wydawać różne dziwne dźwięki filmową paszczą (staram się wierzyć, że to ludzki język...).
Więc my z "Rowerem" coś powtarzamy, klikamy (to największy ubaw), syczymy, mlaskamy i wyciągamy co chwilę język zaplątany w zęby. Bo się okazuje, że raz trzeba strzelić językiem w zęby, raz w podniebienie, a raz w policzek (na szczęście od środka; dobrze też, że nie trzeba tym biednym językiem chlastać się po żebrach albo plecach). Powietrze zamiast przez paszczę to wydostaje się na zewnątrz przez nos i czasem innymi dziurami...
Co się nauczyłem na pierwszej lekcji: ludzie Ndebele muszą mieć jakieś specjalne mięśnie w języku! Ja ich nie mam na pewno. Może jakiś przeszczep?
Na lekcje trzeba chodzić z ręcznikiem, albo będziesz siedział zapluty po pachy po pięciu minutach wydobywania z siebie różnicy między dźwiękami "nxa", "nqa" i "gxa". Zresztą sam wyraz ślina jest ślinotwórczy bardzo i brzmi: "gqxoza". Albo mi się coś pomyliło! Bo "x" i "q" to nie są zwykłe "x" i "q", tylko kliki to są. Czyli nawalanka językiem po podniebieniu i zębach. I nie jestem pewny, czy mogą być dwa obok siebie: "gqxoza"? A może mogą??? To by była katastrofa... zęby bym pogubił.
Jeszcze chciałem wyrazić tu ubolewanie swoje wielkie, osobiste nad inną katastrofą. Mam na myśli ostatnio wciąż tę zadymę z Wieżą Babel. To rzeczywiście była porażka. Osobiście mnie jej skutki straszliwe teraz dotykają, kiedy muszę się uczyć jak zwykłe "k" wymawiać na trzy różne sposoby. Druga zła wiadomość: na kolejnej lekcji się dowiedziałem, że w Ndebele jest osiem grup rzeczowników (plus ze trzy wiadra wyjątków), co, na przykład, pozwala utworzyć liczbę mnogą na osiem różnych sposobów (ach! piękne i malutkie angielskie "s"!).
Uczyliśmy się czytać jakieś modlitwy do Mszy. W pewnym momencie nauczyciel mówi, że to zdanie powinno znaczyć: "Prosimy o większe plony", a nie: "Prosimy o większe piersi". Za nic nie potrafiłem usłyszeć różnicy w tych dwóch słowach. Pisownia jest taka sama, tylko raz się wymawia "b" jak "b", a raz jak... "b". Dla mnie to to samo! On słyszy różnicę. Spocony od prób (i trochę zły, bo jak mogą być do siebie podobne te słowa) zaproponowałem zmianę feralnego słówka. No to zmieniliśmy. Ale teraz też trzeba uważać, bo nowe słowo na określenie plonów jest bardzo podobne do słowa "kaleka". A nie prosimy o więcej kalek...

O tytoniu
Tytoniu dziennie Zimbabwe sprzedaje 1000 ton! Miejscowy gatunek: "Virginia", jest najlepszy na świecie. W ten sposób palacze najlepszych światowych marek (nawet Malborków) kurzą właściwie zimbabwiańską machorkę. Byliśmy kiedyś na giełdzie tytoniowej. Tu zaopatrują się najwięksi producenci. Widzieliśmy te tony liści. Oglądaliśmy przeprowadzanie transakcji, ale nic z tego nie zrozumiałem. Używają jakiegoś dziwnego języka i dziwne gesty. Fajnie się to ogląda. Ale o co chodzi? Nie wiadomo nic. Sama giełda wygląda sensownie: czysto, dobrze zorganizowane. Zupełnie nie po afrykańsku.

Krowy
W związku z ogólnoświatową paniką, którą wywołały zwariowane i szalone krowy (stuknięci ludzie aż takich emocji nie wzbudzają, wiem, bo paru znam), w telewizorze jakiś Europejczyk ? dygnitarz powiedział, że jeśli Zimbabwe nie zaostrzy kontroli weterynaryjnych, to się skończy eksport. Czyli nastąpi lokalny koniec świata w Zimbabwe, bo się skończą zagraniczne dolary (tu nawet sól trzeba za zagraniczne dolary za granicą kupować).
Więc zaostrzyli, bo dziś nas skontrolowali!!! Co prawda nie na granicy (żadnego mycia opon, sandałków, gołych stóp), przypominam, że wracamy z Botswany, ale w samym środku kraju kontrola była.
Kwadrans temu zatrzymali nasz autobus. Trzeba wysiąść, bo będą mięso sprawdzać. Czyli szukać. Tu trzeba wyjaśnić, że każdy miejscowy autobus jest pełny. Nie tylko ludzi, ale i misek, worków, toreb, patelni, baniaków, słomianych makatek, czasem się dosiądą kurczaki z właścicielką itd., itp. Meble, rowery i worki z cementem przywiązane są na dachu autobusu. Całe więc towarzystwo ochoczo przystępuje do ewakuacji siebie i mienia. Po kilkunastu minutach autobus pusty. Jeden gość w okularach słonecznych (czyli władza) sprawdza. Najpierw zaglądnął do autobusu, a potem zapytał bez ogródek: "Kto ma mięso?!".
Chwila ciszy. I jedna kobiecina się przyznała, że ma parówkę. "I co?!" ? pytają okulary. Zjadła więc i kobiecina, i z mężem się podzieliła. Teraz okulary będą nas wszystkich sprawdzać. Nadeszła moja kolej. Odwracam się do okularów tyłem, nie z powodu okazania braku szacunku dla władzy, ale z powodu plecaka, który zwykle montuję sobie z tyłu. Okulary pomacały plecak ze znawstwem i stwierdziły, że jestem czysty i mięsiwa nie posiadam.I znowu jedziemy. A ludzie się patrzą, co ten biały tak pisze i pisze.
(?)
Maciej Malicki SVD
Wyświetlony 6247 razy
Więcej w tej kategorii: « Zdradzona III Republika Dzicy »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.