czwartek, 30 wrzesień 2010 09:43

Afrykańskie obrazki

Napisane przez

Wszystko było zaplanowane. Samochód pożyczy Joseph. Namiot - Fatima. "Mały" ma mapę. Jedziemy do Nyanga! Czyli jedziemy do Zakopanego (tłumacząc na polski). No i jak zwykle w Afryce: plany i rzeczywistość: nie ma benzyny. Jest już wieczór, rano mieliśmy jechać, a Robert Mugabe - ojciec Ojczyzny całą kasę narodową ukradł albo zmarnował na zabawę w wojnę w Kongo i od miesięcy nie można kupić w tym mieście paliwa. Araby zakręciły kurek, bo Robercik, w kółko golony, zapomniał zapłacić. Sprzedałby jedną ze swoich prywatnych kopalni diamentów i moglibyśmy się w benzynie kąpać!

Nagle "Mały" wpada i drze się, że załatwił paliwo. W ten sposób jedziemy. Afryka jest piękna! Już to chyba pisałem, ale proszę zapamiętać, że każde kolejne "pięknie" jest piękniejsze od poprzedniego "pięknie". Słów brak.
Góry, takie skrzyżowanie Tatr z Beskidami. I ludzi nie ma wcale. Nie wiem jak to opisać. Już samo to, że powoziliśmy z "Małym" (byliśmy we trzech, jeszcze z Chińczykiem) taką wielką terenową bryką po bezludnych bezdrożach. A drogi gorsze niż w Delcie Okawango. Pierwsze napotkane wielkie kałuże najpierw "Mały" pokonywał wpław, żeby sprawdzić czy są przejezdne (odważny, nie wiadomo, co się czai pod wodą). A potem, już bez zbędnych ceregieli, tylko się redukowało bieg, dodawało gazu i podnosiło nogi. Na pierwszy biwak wybraliśmy miejsce koło drugiego co do wielkości wodospadu w Afryce. Tak przynajmniej przypuszczaliśmy, bo przyjechaliśmy w nocy, więc nic nie było widać. Rano, po wyjściu z namiotu, widać było tylko mgłę, ale poszliśmy poszukać tego wodospadu. Idziemy przez jakieś krzaki i nic. Ścieżka się powoli kończy. Nagle, w jednym momencie mgła znika, a my stoimy na krawędzi 300-metrowej ściany. Na dole, po horyzont, wielka równina z niewielkimi górkami. Obok spada wodospad. Kawałek dalej następny. Słońce takie kolory wymyśla, że dech się z rozdziawionej gęby nie wydobywa. A to jest sam początek tego, co przeżywaliśmy przez dwa dni. Żeby nie przeciągać narracji: zdobyliśmy najwyższą górę Zimbabwe (wyższa niż Rysy).
Potem "Mały" z wody z wodospadu ugotował najlepszą na świecie kawę. No i postanowiliśmy pojeździć konno, bo Murzyn jakiś się napatoczył i wypożyczał. Czekałem na jakieś wskazówki: gdzie ten koń ma przód, a gdzie tył, jak bestię zatrzymać itd. Ale nic z tego. Po prostu pojechaliśmy do lasu. Nie wiedziałem, że konie po takich górach potrafią chodzić! Prawie mi głowę urwała kolejna zaliczona twarzą gałąź (potem się nauczyłem trochę skręcać), wtedy stało się najgorsze: GALOP. Nie było się czego chwycić!
Na koniec zrobiliśmy małe zakupy: 200 litrów benzyny na lewo (całą drogę wieźliśmy wielką, żółtą beczkę).

Bieda coraz większa. Więc ludzie kradną. Okradanie grobów z miedzianych i brązowych okuć nie dziwi, choć przeraża (jedna babcia powiedziała, że nie tylko życie, ale nawet umieranie w Zimbabwe jest strasznie trudne). Znaki drogowe się kradnie i robi się z nich uchwyty do trumien. Ale po co ktoś ukradł sygnalizację świetlną z naszego skrzyżowania? Kilkanaście trzykolorowych świateł! Może do dyskoteki chcą to sprzedać? Znajoma pielęgniarka opowiadała, jak ktoś przyszedł i zaproponował szpitalowi zakup tanich strzykawek z RPA. I już mieli je kupić, gdy się okazało, że są to strzykawki, które zostały poprzedniej nocy ukradzione w tym właśnie szpitalu!
Jeden znajomy znajomych postanowił coś zrobić z częstymi złodziejskimi wizytami w ogrodzie (ludzie się bronią, jak mogą. Niedawno w sklepie widziałem, jak ktoś kupował do samoobrony maczetę). W tym celu powbijał w deski gwoździe. I potem te deski poukładał pod murem, oczywiście gwoździami do góry. Złodziej skaczący z muru miał się nadziać i narobić krzyku, żeby go można było zlokalizować i wytłuc z głowy złodziejskie zakusy. Noc minęła spokojnie. Tylko rano się okazało, że ktoś ukradł te deski z gwoździami.
Jedna znajoma postanowiła się bronić. Kupiła pistolet. Rejestracja, instrukcja obsługi. Potraktowała sprawę poważnie. Oczywiście, najpierw wizyta na komisariacie. Pouczenie policjanta: "Jak strzelasz, to zabij. Ranny wyzdrowieje i się zemści. Nie wolno strzelać, kiedy napastnik jest w ogrodzie. Poczekaj, aż wejdzie do domu, i wtedy strzelaj. A jak ci się zdarzy zabić kogoś w ogródku, to zaciągnij ciało do domu, zanim zadzwonisz po policję. To wszystko. A teraz muszę iść podziękować pewnej kobiecie, która zabiła złodzieja. Długo go szukaliśmy".

(?)
Maciej Malicki SVD
Wyświetlony 6294 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.