czwartek, 30 wrzesień 2010 11:27

Afrykańskie obrazki

Napisane przez

Zachwyt może człowieka ogarnąć nawet w sklepie. Duży sklep. Takie MAKRO. No i sobie łażę jak po muzeum. Oglądam supernowoczesne kosiarki do trawy, takie z kierownicą i pasami bezpieczeństwa. A obok tych mercedesów tratwowych stoją skromnie... żelazka z duszą! Nowiutkie! W życiu nie widziałem takich wcześniej, ale się zachwyciłem. I wzruszyłem. Nawet nie wiem, czemu.

 

Pierwszy dzień w Afryce był dziś! Najpiękniejszy dzień! Pojechaliśmy na boczne stacje naszej misji. W Plumtree mają ich 22. Odwiedziliśmy pięć i zajęło nam to cały dzień. Wielki land cruiser, busz, wyschnięte koryta rzek, małe okrągłe domki, spotkania z ludźmi, chorzy na AIDS, chore też małe dzieci, często sieroty z wyrokiem, który zostawili im rodzice. A jednak w tym wszystkim jakiś spokój. Ci ludzie nie mają nic. Mały, okrągły domek (cztery metry średnicy), żadnych mebli, dwa garnki, jakiś słoik. Na środku pali się ognisko. Dym gryzie w oczy. Ciężka praca na skrawku pola, czasem ziemię trzeba uprawiać kilofem. Maleńkie wspólnoty. Modliliśmy się, odprawiliśmy Msze (na Mszy było może siedem osób i parę dzieci, ale wszystko przygotowane: czytania, śpiewy, nawet dwie osoby mówiły kazanie), długie rozmowy; raczej bez nas, bo język... Potem była herbata pod drzewkiem, na piasku. Garść orzechów, jedyny posiłek w ciągu całego dnia. I było "do zobaczenia" na koniec. Oby jak najszybciej. W czasie Mszy zaczęło padać i suchymi korytami znowu zaczęły płynąć rzeki.
Odwiedziliśmy też nasze misje w Selebi Phikwe i Palapye. W Palapye po kolacji podano... robaki. Nie wyglądały smacznie... Na szczęście Jasiu ugryzł robala pierwszy i znalazł w środku inne, żywe robale, które jadły tego nieżywego robala. Wtedy znawcy tematu orzekli, że przed suszeniem tym robakom nikt nie wycisnął wnętrzności i oni tego sposobu przyrządzania nie preferują. I zajęli się wymianą przepisów na smażenie ciem.

***
Pierwsze spanie na stacji bocznej. Na podłodze, bo tam jest tylko jedno łóżko. Spało się ciężko, bo gorąc nie do wytrzymania i po drugiej stronie ulicy był jakiś kościół ? właściwie wielki namiot. Śpiewali i grali na bębnach całą noc. Ja tam jestem za ekumenizmem, ale po co tak głośno...
30 km dalej jest Orapa, zamknięte miasto z kopalnią diamentów. Załatwili mi przepustkę. Tam też mieliśmy Mszę dla... sześciu osób. Diamentu żadnego nie znalazłem
Byliśmy na weselu. Msza była o 9, o 14 był obiad. Wielki namiot, około 300 ludzi, my jedyni biali. Stoły (10-osobowe) zajmowały pół namiotu. Reszta siedziała jak widownia. Myśmy zostali zaproszeni do stołów. Jedzenie gotowało się na ognisku w takich wieeeelkich garnkach. Potem to przełożyli do misek (takich duuuużych, jakich używa się do prania). Wreszcie każdy dostał talerz z jedzeniem: kupa ryżu, kawałek krowy, kawałek kurczaka i łyżka. Najpierw dostali ci przy stołach, a potem widownia. Na tańce zaprosili na wieczór, 15 km od Serowe. Pojechaliśmy.
O 20.30 nie było jeszcze nikogo. O 21.30 były już cztery osoby. Dalej nie wytrzymaliśmy. W ten sposób afrykańskie podejście do czasu, punktualności i tym podobnych nieistotności pozbawiło nas dobrej zabawy (w kościele o 10.30 miał się odbyć drugi ślub i spóźnili się tylko godzinkę...). No to jedziemy zobaczyć lwy i słonie.
15 godzin po buszu na pace wielkiego jeepa z napędem na dwie osie. Bez napędu na cztery koła nie ma co tu zaglądać. Droga do Sulęczyna przy tym to autostrada albo schody ruchome. Wielkie kałuże, góry piachu i dziury chyba na drugą stronę ziemi. Zwierzydło wszelakie. Od Antylop do Żółwi (a najpiękniejsze były żyrafy, bo patrzą się inteligentnie, ale biegają głupkowato). Koło mostku, z którego krokodyl ściągnął dziewczynę, robimy sobie przerwę obiadową. Tylko lwów i słoni nie widać.
Jest pora deszczowa, więc wszystko siedzi w zielonych krzakach. Nadziei nie tracimy. Ale można głowę stracić, bo tak trzęsie, że się ta głowa może urwać (Marek udowadnia, że takim samochodem nie trzeba zwalniać nigdy...). Zaczyna się robić późno. Trzeba wracać. Ale jak bez lwa i słonia??? W jakimś bajorze natykamy się na 14 hipopotamów! Dziwne, ale to one są najczęstszą przyczyną wypadków. Ludzkość wyłazi ze swoich pięknych samochodzików, żeby popatrzeć, bo wyglądają naprawdę miło, i... Zmierzch. I nagle jest! Słoń! Śliczny, wielki i z kłami. Może pięć metrów od nas. Lwa ciągle nie ma.
Zapada noc. Taka czarna jak tylko w Afryce może być czarna. Do domu 150 km. A jedziemy średnio 20 km/godz. Marek ma dość (nic dziwnego, bo to już 13 godz. za kółkiem). No to robimy krótki odpoczynek. Z samochodu nie wyłazimy. Mija parę minut i... nie możemy odpalić silnika!!! Trzeba pchać. Złazimy i pchamy. I wtedy, całkiem blisko, słyszymy ryczącego lwa!!! Ryczy trochę strasznie. Pierwszy odruch i zaczynamy pakować się na samochód. Żartów nie ma. No, ale trzeba pchać! Pchać tę wielką kupę złomu po piachu! Cykoria już niezła, bo ten wariat ryczy całkiem strasznie. Nie ma chętnych na bycie kolacją lewka. Odpalił. Jedziemy. Już nikt nie chce lwów...
Znowu w Zimbabwe. Pod opieką złodziejskiego ojca narodu p. Mugabego. Już na granicy widać, jak głupek troszczy się o swoich poddanych: zabrakło druków dla przekraczających granicę samochodem, więc dostaliśmy druk dla... samolotów. No i trzeba było wpisać numer licencji pilota.
(?)
Maciej Malicki SVD
Wyświetlony 6435 razy
Więcej w tej kategorii: « "Araby" Rodzicem być »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.