wtorek, 21 grudzień 2010 10:52

Monopol Microsoftu

Napisane przez

Sprawa monopolizacji rynku przez Microsoft jest głośna od trzech lat, od chwili, gdy administracja Clintona postanowiła podać firmę do sądu za to, że zmusza producentów komputerów do transakcji wiązanej, dostarczany bowiem przez Microsoft system operacyjny (Windows) związany był w sposób nierozdzielny z systemem przeglądania Internetu (Explorer), co zdaniem urzędników Departamentu Sprawiedliwości, pozbawiało konkurencję możliwości forsowania swoich przeglądarek.

Manewr marketingowy Microsoftu pomyślany był chytrze, programiści firmy tak "powiązali" oba systemy ze sobą, że nie dało ich się rozdzielić. Każdy, ktoś używał systemu Windows, musiał korzystać z Explorera... albo i nie musiał. Dostarczany przez Microsoft system operacyjny umożliwiał bowiem korzystanie także z innych przeglądarek, w tym z przeglądarki najpoważniejszego z rywali, firmy Netscape. Wygląda więc na to, że powiązanie obu systemów (Windows i Explorera) do monopolu jednak nie prowadziło. Z monopolem mielibyśmy do czynienia wtedy, gdyby Microsoft miał wyłączność na produkcję takiego systemu; gdyby nikt inny przeglądarek nie produkował.

Microsoft nie był także monopolistą w dziedzinie systemów operacyjnych. Jestem co prawda komputerowym półanalfabetą, ale wiem to od fachowców, że prócz osławionego Windows istnieje kilka innych systemów operacyjnych, jak choćby Unix, Linux czy system Apple’a. O co więc cała burza? O to, że Microsoft niejako narzucał producentom komputerów oba systemy (Windows i Explorer) równocześnie, nie dając im możliwości rozdzielenia ich. Zastanówmy się jednak, czy postępowanie takie narażało konsumentów na stratę, bo tylko taki monopol powinien być ścigany prawem...
Oskarżycielom Microsoftu umknął uwadze fakt, że powiązanie systemu operacyjnego z przeglądarką polegało na tym, iż ta ostatnia dostarczana była do "pc"... gratis. Konsument, nabywca "pc" płacił za Windows, otrzymując Explorera za friko. Oznaczało to oszczędność ok. 100 dol., tyle bowiem kosztuje w sklepie (obecnie można ją także ściągnąć z Internetu za darmo) konkurencyjna przeglądarka Netscape. Z punktu widzenia konkurencji rzecz karygodna, ale z punktu widzenia konsumenta - coś fantastycznego! Produkt nabywany gratis jest zwykle tańszy od produktu, który kosztuje choćby jednego dolara.
Krytycy postępowania Microsoft uważają, że przeglądarka Netscape jest lepsza od Explorera. Że to nie fair tępić lepszego. Jeśli ktoś tak uważa, to chętnie wyłoży z kieszeni ekstra ileś tam dolarów i Netscape kupi, ewentualnie ściągnie z Internetu. Nikt mu tego nie zabrania. Dlatego to nie konsumenci oskarżyli Microsoft o monopol, uczyniła to konkurencja, firmy Netscape i Sun Microsystem. To nie konsumentom Microsoft dokuczał, lecz producentom innych przeglądarek. Czy w takiej sytuacji możemy mówić o monopolu? Konsumenta nie obchodzi, czy jakaś firma jest jedynym, wyłącznym czy monopolitycznym producentem jakiegoś wyrobu tak długo, jak długo nie wykorzystuje ona tej wyłączności przeciwko mnie, jak długo nie zmusza go do korzystania ze swoich produktów.
W 1903 roku istniało w Stanach Zjednoczonych ok. 2750 fabryk samochodów. Z punktu widzenia "antymonopolizmu" sytuacja wymarzona. Jednakże, mimo tak ogromnej konkurencji samochód w początkach wieku kosztował ok. 20 tys. dol. Na owe czasy fortuna, na którą stać było wyłącznie najzamożniejszych ludzi. Przebiegły krwiopijca, niejaki Henry Ford postanowił swoich konkurentów zniszczyć, wymyślił więc linię produkcyjną i produkcję seryjną, zaledwie kilka lat później jego Ford kosztował... 300 dol. sztuka. Zniszczył konkurencję, lecz równocześnie samochód stał się dostępny prawie dla każdego. Czyż nie taki właśnie jest sens istnienia konkurencji: wyeliminować tych, co nie potrafią, pozostawić tych, co potrafią. Społeczeństwo nie może płacić ceny czyjejś niewiedzy, braku doświadczenia czy nieudacznictwa.
W latach 1888-1940 inny koncern amerykański, "Alcoa" miał monopol na produkcję aluminium na terenie USA. Spółka ta produkowała aluminium najwyższej jakości po najniższej cenie, dzięki czemu wyeliminowała konkurencję całkowicie. Równocześnie z zapewnieniem sobie monopolu, ceny produkowanego przez nich aluminium spadały: w momencie objęcia monopolu kilogram aluminium kosztował 17,50 dol., pod jego koniec już tylko 45 centów! W 1940 roku rząd rozbił wreszcie (sic!) aluminiowy monopol, doprowadzając sztucznie do powstania konkurencji - cena białego metalu poszła naturalnie w górę.
Podobnie uczyniono niegdyś ze Standard Oil i Johnem D. Rockefellerem, który swoim monopolem doprowadził do zniżki ceny na naftę (popularne niegdyś paliwo do lamp i piecyków) z 50 centów za galon do mniej niż 5 centów za galon!
Krwiożercze praktyki Alcoa, Standard Oil, a ostatnio Microsoftu zostały jednak ukrócone przez urzędników Departamentu Sprawiedliwości, posługujących się ustawą antytrustową Shermana. Jednakże mówienie o monopolu w warunkach gospodarki rynkowej nie ma sensu. Dopóki istnieje wybór, monopol nie istnieje i istnieć nie może. Jedynym monopolem jest... państwo! Tylko ono może nas wyboru pozbawić - zmusić do zrobienia czegoś, czego zrobić nie chcemy, lub zakazać robienia czegoś, na co mamy ochotę. Monopolista rynkowy tego zrobić nie może...
Marks, Lenin i spółka utrzymywali, że w społeczeństwie kapitalistycznym każda firma dążyć będzie do monopolu, czyli do wyeliminowania konkurencji. Istotnie, marzeniem każdego fabrykanta jest zmiażdżenie konkurenta. Co w tym złego? Marzenie to jest sensem istnienia konkurencji i fundamentem postępu. Producent, starając się wyeliminować konkurencję, robi wszystko, by przypodobać się konsumentowi bardziej niż ona: produkuje więc lepiej, szybciej, taniej. Szczytowym stadium tego "monopolu" jest produkcja wyrobów najlepszych i najtańszych. Jeśli o to chodziło Marksowi, to jestem marksistą.
W stanie Illinois panował do niedawna monopol na dostawę gazu. Zajmowała się nią jedna jedyna firma, "People’s gas", i ona dyktowała ceny. "People’s gas" nie zdobyła sobie monopolu wyjątkową jakością usług czy w drodze wyeliminowania konkurencji, lecz dzięki nadaniu mu go przez władze stanu. To nie "People’s gas", lecz rząd stanowy zmuszał nas do korzystania z jedynego, wyłącznego dostawcy. Do niedawna w Stanach Zjednoczonych takie praktyki były bardzo powszechne. Do deregulacji, czyli rozbicia większości tego typu monopoli doprowadził dopiero Ronald Reagan...
Ale nawet w sytuacji takiego monopolu konsument - dzięki istnieniu w miarę "wolnego rynku" - nie był pozbawiony wyboru. Jeśli "People’s gas" podniosła zbyt wysoko cenę gazu, wówczas ludzie przechodzili na energię elektryczną bądź olej napędowy. Jeśli i to nie przyniosło im ulgi, wyprowadzali się do cieplejszych stanów. Piszę o tak newralgicznym produkcie jak energia. W przypadku innych "monopoli" sprawa jest znacznie prostsza.
Załóżmy, że Marks miał jednak rację i spółka "El Pan", w rękach której znajdują się wszystkie piekarnie na Wyspach Galapagos, wybiła się na monopol. "El Pan" dyktuje więc ceny chleba na archipelagu. Musi jednak pamiętać, że jeśli produkowany przez nią chleb popsuje się w smaku czy podrożeje powyżej tego, co rynek gotów jest zaakceptować, wówczas ludzie mogą:
a) zacząć piec chleb w domu;
b) zrezygnować z jedzenia chleba na rzecz podpłomyków czy ryżu;
c) jeździć po chleb na stały ląd, do Guayaquil;
d) namówić kogoś, by otworzył nową piekarnię.
"El Pan" pozbyła się konkurencji innych piekarń, ale nie pozbyła się konkurencji producentów ryżu, mąki czy firm transportowych. Posiadanie monopolu w całej gospodarce, nawet na niewielkim obszarze, jest trudne do wyobrażenia. Chyba że jest to - powtarzam - monopol państwa, czyli socjalizm. W gospodarce rynkowej, monopol taki jest na dłuższą metę niemożliwy.
We współczesnej gospodarce o każdy nasz grosz walczą ze sobą poszczególni producenci czy handlowcy. Stają na głowie, żebyśmy ten grosz zostawili właśnie u nich. Nikt nie ma monopolu na nasze pieniądze. Jeśli monopolistyczna linia lotnicza podniesie ceny biletów powyżej normy akceptowanej przez rynek, wówczas ludzie zrezygnują z podróży samolotem na rzecz kolei, samochodu czy kupienia sobie roweru. Jeśli i te środki transportu będą zbyt drogie, zrezygnują z przemieszczania się na tyle, na ile będzie to możliwe. Rynek sobie z monopolem poradzi. Jeśli monopolista przestanie o nas dbać, jeśli pogorszy jakość produktów czy zbytnio podniesie ich cenę, wówczas zrobi krzywdę przede wszystkim sobie. Każde naruszenie interesu konsumenta zachwieje jego monopolem - pojawi się konkurencja, nastąpi rezygnacja z zakupu albo konsumenci znajdą sobie substytut.
O ile monopol rynkowy nie stanowi groźby dla nikogo, o tyle w przypadku monopolu państwa sprawa jest znacznie bardziej niebezpieczna. Monopol państwa sprawowany jest bowiem pod groźbą użycia siły fizycznej czy przymusu w postaci regulacji prawnej.
Czymże naprawdę jest monopol? Jest to wyłączna kontrola produkcji lub/i dostaw danego produktu (usługi) na terenie całego rynku, dzięki której monopolista "dyktuje ceny, jakość, warunki dostawy etc., eliminując czy uniemożliwiając pojawienie się konkurencji". Tylko państwo może sprawować taki monopol. Nikt inny nie jest w stanie zmusić mnie do korzystania z monopolistycznego chleba czy zabronić mi korzystania z konkurencyjnego systemu operacyjnego. Tylko władza może uczynić monopolistą danego aptekarza, biuro podróży czy notariusza, nadając im - z tych czy innych względów - przywileje, promesy czy licencje niedostępne dla innych. Stąd jakiekolwiek działania antymonopolistyczne w odniesieniu do rynku, do gospodarki rynkowej nie mają sensu. Mówienie o ochronie rynku przed rzekomym monopolem jest wyłącznie próbą mydlenia ludziom oczu przez polityków...
Całe to zamieszanie było zbyteczne, a miało głównie na celu uzmysłowienie społeczeństwu, że władza o nie dba. Naprawdę jednak interwencja w sprawie "Microsoftu" nastąpiła pod wpływem nacisków ze strony prezesów "Netscape" oraz "Sun Microsystem". Była im ona potrzebna nie dlatego, że "Microsoft" zabronił sprzedaży ich własnych produktów, lecz dlatego, że bez pomocy rządu:
a) nie byli w stanie produkować lepiej niż ich rywal;
b) nie potrafili przekonać konsumentów, że ich wyroby sa lepsze.
Zamiast zastanowić się nad przyczynami sukcesów konkurenta czy nad własną słabością, zwrócili się do państwa, aby im pomogło, aby użyło swojej siły do osłabienia konkurenta. A że odbywa się to kosztem konsumentów... Kogo to naprawdę obchodzi?
 
Jan M. Fijor
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 11313 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.