wtorek, 21 grudzień 2010 15:00

Fatalne dziedzictwo

Napisał

W publicystyce politycznej już od lat dziesięciu stosuje się określenie "III Rzeczpospolita".

Oznacza ono, że okres PRL nie jest traktowany jako element kontynuacji państwowości polskiej, bo gdyby był, to obecna Rzeczpospolita musiałaby być czwarta, a nie trzecia. Ponieważ jednak nie jest, to znaczy, że za poprzedniczki obecnej Rzeczypospolitej uważa się Polskę międzywojenną, jako Rzeczpospolitą drugą i Rzeczpospolitą przedrozbiorową, jako pierwszą. Skoro zatem mamy taką kontynuację, to warto zastanowić się, czy jakieś zjawiska występujące w postaci dojrzałej już w I Rzeczpospolitej, występują też w Rzeczpospolitej trzeciej. Obawiam się, że tak, a obawiam się dlatego, że po I Rzeczpospolitej odziedziczyliśmy zjawiska negatywne, które doprowadziły do upadku tamto państwo i doprowadzają do upadku państwo obecne.

Za panowania króla Zygmunta Augusta (1548-1572) narodził się w Polsce ruch polityczny, zwany "egzekucyjnym". Program polityczny ruchu egzekucyjnego dążył do wzmocnienia państwa poprzez stworzenie źródeł finansowania wydatków państwowych, przede wszystkim wojskowych, a jednocześnie do ustalenia podziału wpływów politycznych z korzyścią dla średniej szlachty kosztem magnaterii. Siła polityczna magnaterii brała się stąd, że była ona magnaterią, a więc reprezentowała wielką siłę ekonomiczną. Ta siła z kolei była następstwem faktu, że różni królowie polscy w przeszłości obdarowywali zasłużonych dla nich lub dla państwa ludzi dobrami ziemskimi tzw. królewszczyznami. Te podarunki miały w zasadzie charakter użytkowania, tzn. król nie przekazywał dóbr ziemskich na własność, tylko pozwalał obdarowanemu dożywotnio ich używać. Ale z reguły po śmierci obdarowanego dobra te nadal pozostawały we władaniu jego spadkobierców i w ten sposób tworzyły się olbrzymie fortuny magnackie, powiększane jeszcze przez małżeństwa w obrębie własnego środowiska i różne zapisy. Istota programu egzekucyjnego sprowadzała się do żądania zwrotu dóbr nieprawnie posiadanych przez magnackie rody królowi, który w ten sposób zyskiwałby środki na finansowanie wydatków państwowych, głównie wojskowych, a niejako przy okazji warstwa magnacka zupełnie by zniknęła, wtapiając się bez reszty w masę średniej szlachty, która w ten sposób stałaby się podstawową siłą polityczną w państwie.

Program ruchu egzekucyjnego był z pewnością korzystny i dla króla i dla szlachty. Niekorzystny był tylko dla magnaterii, ale ewentualny opór magnatów wbrew królowi i szlachcie nie rokował szans powodzenia. Tymczasem jednak zaszły wypadki, które sprawiły, że król Zygmunt August, wbrew własnemu, królewskiemu interesowi politycznemu i wbrew interesom państwa, zdradził ruch egzekucyjny. Przyczyną pierwotną było nieudane małżeństwo Zygmunta Augusta z austriacką księżniczką Elżbietą, kobietą chorą na epilepsję. Istnieją poważne podejrzenia, że dwór austriacki celowo podsunął właśnie ją Zygmuntowi Augustowi, licząc po cichu na wygaśnięcie dynastii jagiellońskiej, co ułatwiłoby Habsburgom zawładnięcie tronem polskim w przyszłości. I rzeczywiście - Zygmunt August nabrał do żony wstrętu fizycznego i unikał jej jak tylko mógł. Nieszczęsna kobieta wkrótce zresztą zmarła, a współcześni podejrzewali matkę Zygmunta, królową Bonę, o przyspieszenie tej śmierci przy pomocy trucizny. Jednak król na nieszczęście podczas jednego z pobytów na Litwie poznał Barbarę Gasztołdową, z domu Radziwiłłównę, młodą i piękną wdowę i zakochał się w niej bez pamięci. Ten romans z poddanką traktowany był przez szlachtę, więc podstawową bazę ruchu egzekucyjnego, jako karygodny mezalians. Szlachta nie chciała nawet słyszeć o matrymonialnych planach króla, więc poszukał on poparcia wśród magnatów, do których znalazł drogę przez Radziwiłłów. Ci oczywiście powitali królewskie projekty z aplauzem i nadzieją na podniesienie prestiżu własnego domu, ale pod presją innych, zagrożonych programem egzekucyjnym rodzin magnackich, skłonili króla do wycofania poparcia dla ruchu egzekucyjnego. Zygmunt August poślubił Barbarę, która zresztą wkrótce zmarła, w czym współcześni znowu dopatrywali się udziału królowej Bony. Gdyby Barbara obdarzyła króla synem, wszystko być może potoczyłoby się inaczej, jednak zmarła bezpotomnie i dynastia jagiellońska wygasła na Zygmuncie Auguście.

W rezultacie braku energicznego wsparcia ze strony króla, uchwalony na sejmie w Piotrkowie program egzekucyjny przypominał własną karykaturę. Królewszczyzny formalnie zwrócono, ale zaraz powypuszczano je w dzierżawy, powyceniane śmiesznie nisko, tak, że te dzierżawy praktycznie były donacjami. Wprawdzie szlachta zyskała i materialnie i na politycznym znaczeniu, jednak nie udało się podważyć ekonomicznej potęgi warstwy magnackiej. Następstwem załamania ruchu egzekucyjnego był postępujący zanik zainteresowania wzmacniania państwa i władzy królewskiej w stanie szlacheckim, permanentna pustka w skarbie i słabość króla. Szlachta wprawdzie nadal szermowała frazesem demokratycznym, ale tak naprawdę, to coraz bardziej zapatrywała się na magnatów, podobnie jak oni traktując państwo jako źródło powiększania fortun własnych. Krótko mówiąc, polityczne załamanie ruchu egzekucyjnego przyniosło upadek ducha obywatelskiego w Polsce.

Wydarzeniem które ten proces utrwaliło i uczyniło go nieodwracalnym, był "potop szwedzki" w latach 1655-1660. Wojna ze Szwecją doprowadziła do straszliwego wyniszczania kraju i ogromnego zubożenia szlachty. Właśnie po tej wojnie pojawiły się, nieznane przedtem, masy szlachty-gołoty, tzn. ludzi formalnie należących do stanu szlacheckiego z racji urodzenia, ale pozbawionych majątku. Szlachcic - gołota nie miał innego wyjścia, jak podjęcie służby u jakiegoś magnata, powiększając w ten sposób szeregi jego klientów. Zasada szlacheckiej równości, która w przypadku powodzenia programu egzekucyjnego mogłaby korzystnie wpływać na bieg spraw państwowych, w nowych warunkach prowadziła do dalszego wzmacniania rodzin (‶domów") magnackich. Uzależnieni ekonomicznie od magnata klienci wypłacali mu się ‶kreskami" wyborczymi, zarówno na sejmikach, jak i w Sejmie. Doszło w końcu do tego, że wojewoda wileński Stanisław Karol Radziwiłł "Panie Kochanku" mógł na Sejmie powiedzieć: "Żeby czasu nie mitrężyć, imieniem całej prowincji litewskiej daję afirmatywę" i nie było nikogo, tzn. nie było ani jednego posła, który by mu takiego uprawnienia zaprzeczył.

Współcześni epoce Sejmu Czteroletniego dostrzegali niebezpieczeństwo i w "okołokonstytucyjnej" ustawie pozbawili szlachtę-gołotę prawa głosu, jednakże krótkość czasu nie pozwoliła na wprowadzenie w życie i utrwalenie tego prawa. Warto jednak pamiętać, że Konstytucja 3 Maja, której pamiątkę teraz corocznie obchodzimy, była odwrotem od demokracji.

Okres niewoli, obfitujący w nieudane powstania i następujące po nich represje i konfiskaty, a także zniesienie pańszczyzny oraz konkurencja taniego zboża amerykańskiego na rynku europejskim, spowodowały dalszą pauperyzację stanu szlacheckiego i zrodziły nieznaną w państwach zachodniej Europy warstwę tzw. inteligencji. Rekrutowała się ona przede wszystkim z "wysadzonej z siodła" szlachty, zaś podstawową jej troską było znalezienie sobie posady, najchętniej w służbie państwowej. Gdyby nie ucisk narodowy w zaborze rosyjskim po powstaniu listopadowym, a zwłaszcza styczniowym i w zaborze pruskim za Bismarcka, inteligencja w swojej podstawowej masie byłaby zapewne lojalna, tak jak w Galicji po spolszczeniu tamtejszej administracji przez namiestnika Agenora Gołuchowskiego. Było jednak odwrotnie, co zdecydowało o patriotycznej postawie inteligencji, która jednak, w coraz to większym stopniu, skłaniała się ku ideologii socjalistycznej.

Dlatego też w Polsce niepodległej, tzn. w II Rzeczpospolitej, obydwa antagonistyczne nurty polityczne, czyli endecja i PPS, zgodnie wyznawały etatyzm, zaś różniły się istotnie poglądem na tzw. "kwestię żydowską". Okres okupacji niemieckiej i sowieckiej doprowadził do zupełnej pauperyzacji społeczeństwa polskiego oraz do zagłady większości Żydów na obszarze okupacji niemieckiej. W ten sposób zniknęła istotna różnica, dzieląca przedwojenną endecję i przedwojenną PPS. Wprowadzony przez ojców-założycieli PRL ustrój socjalistyczny w zasadzie odpowiadał oczekiwaniom inteligencji tym bardziej, że jej szeregi w ogromnym stopniu zostały zasilone przez inteligentów w pierwszym pokoleniu, którzy niczego poza etatyzmem nie znali i znać nie chcieli. Nie chcieli, bo komunizm doprowadził do powszechnego wywłaszczenia obywateli, a tam, gdzie własność formalnie jeszcze pozostawił, poddał ją niemal całkowicie władzy urzędników partyjnych i państwowych, a więc właśnie owych inteligentów.

Rozpoczęcie tzw. transformacji ustrojowej w roku 1989 postawiło przed społeczeństwem polskim zagadnienie zmiany stosunków własnościowych. O ile zasadą komunizmu było, że wszystko ma być państwowe, o tyle zmiana ustroju oznaczała konieczność przywrócenia własności prywatnej, a nawet uczynienia jej formą dominującą w życiu gospodarczym. Ale, o ile własność państwowa oznaczała w praktyce własność niczyją, o tyle własność prywatna z definicji niczyją być nie może. A zatem, jeśli prywatna, to - czyja?

U progu transformacji ustrojowej pojawił się program głoszony przez Unię Polityki Realnej, by przeprowadzić reprywatyzację, tzn. dokonać zwrotu własności nielegalnie (bo wbrew konstytucji marcowej z 1921 roku, którą PKWN uznał za obowiązującą w roku 1944) skonfiskowanej przy pomocy dekretów wywłaszczeniowych, a następnie przeprowadzenie prywatyzacji "małej" i "dużej". "Mała" miała być powiązana z sanacją finansów publicznych, której konieczność pojawiła się już w roku 1989 w związku z hiperinflacją. Problemem była masa pieniądza bez pokrycia, odziedziczona po PRL. Rząd mógł rzucić na rynek jedyny towar jaki posiadał, czyli własność i w ten sposób ściągnąć ów ‶nawis inflacyjny" z rynku. Potem miała być przeprowadzona prywatyzacja "duża", z pewnymi udogodnieniami dla obywateli polskich.

Jak wiemy, wszystko potoczyło się inaczej. Reprywatyzacji nie przeprowadzono do dnia dzisiejszego (13 luty 2001) i nie wiadomo, czy w ogóle stosowna ustawa wejdzie w życie. "Małej" prywatyzacji też nie przeprowadzono w sposób sugerowany przez UPR, bo pan wicepremier Balcerowicz postanowił ściągnąć "nawis inflacyjny" z rynku bez żadnego ekwiwalentu dla obywateli, przy pomocy manipulacji kursem walutowym, oprocentowaniem terminowym lokat bankowych i podwyższeniem oprocentowania kredytów. Operacja ta gwałtownie ostudziła początkową życzliwość społeczeństwa dla transformacji ustrojowej i już po kilku miesiącach od jej rozpoczęcia pojawiło się hasło "komuno wróć!". Równocześnie nastąpiła komunalizacja części mienia państwowego, w związku z utworzeniem samorządu gminnego, więc sprawa upadła podwójnie; nie tylko nie przeprowadzono "małej" prywatyzacji, ale pozbawiono ludzi środków, które umożliwiały jej przeprowadzenie i wreszcie zdecydowano pozostawić to mienie w sektorze publicznym, a więc pod nadzorem inteligencji. "Dużą" prywatyzację zamarkowano programem Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, o których od początku mówiliśmy, że jako program prywatyzacyjny są pomysłem poronionym, a mogą być sensowne jako tzw. "przekręt". Dzisiaj nawet inicjatorzy tego programu otwarcie i nie bez pewnej melancholii przyznają, że się "nie sprawdził".

W rezultacie, zamiast zmiany stosunków własnościowych, która w skutkach mogłaby być pożyteczna dla państwa, jak program egzekucyjny, weszliśmy jako społeczeństwo w etap akumulacji pierwotnej, której charakterystyczną cechą jest, że dokonuje się ona w ścisłym powiązaniu z udziałem we władzy politycznej i kosztem majątku państwowego, bo innego do zawłaszczenia po prostu nie ma. Na domiar złego, znaczna część nowych właścicieli wcale nie chce wolnego rynku, bo znacznie lepiej radzi sobie dzięki wsparciu politycznemu w postaci różnych form monopolu, czy wreszcie dzięki licznym możliwościom zwyczajnego zasilania się z pieniędzy publicznych.

O ile zatem proces akumulacji pierwotnej był po komunizmie nieuchronny, a nawet potrzebny nie tylko z powodu konieczności zmiany stosunków własnościowych, ale i wytworzenia nowej "szlachty", jako warstwy państwotwórczej, o tyle, wskutek opisanych wyżej zbiegów okoliczności, ta nowa "szlachta" odtwarza się u nas w najgorszej z historycznych odmian, mianowicie w postaci szlachty-gołoty. I tak, jak poprzednio podstawową troską szlachcica - gołoty było uczepienie się klamki Radziwiłła czy Potockiego i utrzymanie się za wszelką cenę w charakterze jego klienta, to teraz klamki "radziwiłłowskie" zostały zastąpione przez klamki państwowe. A ponieważ pretendentów do powiększenia szeregów szlachty-gołoty jest coraz więcej, to trzeba te klamki nieustannie rozmnażać. Temu właśnie celowi służą cztery wiekopomne reformy, wprowadzone przez rząd pana Jerzego Buzka. Warto bowiem zwrócić uwagę, że skutkiem, który w przypadku każdej z reform musiał wystąpić nieuchronnie i natychmiast, było skokowe zwiększenie liczby stanowisk, a właściwie synekur w sektorze publicznym. W rezultacie został on rozdęty do rozmiarów zupełnie monstrualnych, pochłaniając wszelkie dobroczynne skutki zwiększenia udziału własności prywatnej w gospodarce.

A przecież nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa, bo zapowiadane i oczekiwane wejście Polski do Unii Europejskiej oznacza dynamiczną kontynuację tego procesu. Dlatego też idea integracji z Unią Europejską jest wśród naszej szlachty-gołoty, czyli elity politycznej tak popularna i okraszana patriotycznym frazesem, chociaż art. 90 konstytucji nie pozostawia żadnych złudzeń, że towarzyszyć temu będzie utrata niepodległości, a w perspektywie - kto wie - może i likwidacja państwa.

Stanisław Michalkiewicz

Wyświetlony 6709 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.