wtorek, 21 grudzień 2010 15:01

Kłębami dymu niechaj otoczę

Napisane przez

Ale wśród dymu gorzej widać. Jednakże kłęby rozmaitych dymów przesłaniają nam spojrzenie na Polskę i ogląd własnego kraju, tak - zdawałoby się - dobrze znanego, że nie trzeba widzieć, żeby wiedzieć.

No i błąd, gdyż w dymie pojawiają się widziadła. Ot, mówi się obecnie: "młoda, polska demokracja". Czy ci, którzy tak mówią nie uważali jeszcze w szkole podstawowej na lekcjach historii? A może byli na wagarach? Jakkolwiek bowiem oceniać demokrację, ta polska jest stara, bardzo stara, o czym będzie nieco później.

     Kłęby dymu starali się zdmuchnąć poeci, wieszcze, by dociec istoty. Więc mówili, że Polska to papuga narodów w cierniowej koronie, a to znów poruszali zasadnicze kwestie twierdząc, że Bóg z gorejącego wychylił się krzaka i zapytał: Polska - ale jaka? Przed wojną podczas jakiegoś towarzyskiego spotkania literackiego zastanawiano się - jakże by inaczej? - co oznacza mickiewiczowskie "czterdzieści i cztery". Obecny na tym spotkaniu Lucjan Żeligowski, rzekł z charakterystycznym dla siebie rosyjskim akcentem: "Nu, Mickiewicz poetą był, to i jego prawo naplątać". Stary generał utrafił w sedno. Bo w rezultacie poeci zasnuwali jeszcze bardziej widoczność dymem swoich wizji. A my teraz poruszamy się w kłębach dymu unoszącego się z ognisk odrodzenia, oświecenia, baroku, romantyzmu, pozytywizmu, Młodej Polski, socrealizmu i jakich tam jeszcze, wielce ze sobą przemieszanych. Albowiem Polska - i to wszystko co ona z sobą niesie - bardzo często jest pojęciem stereotypowym, utkanym z artystycznych, literackich wizji poetów i pisarzy. Jedni rozdrapywali rany, by nie zabliźniły się błoną podłości, inni obsypywali kwiatami.

     Więc: Polska - ale jaka? Przywykliśmy do tego, że nadal na reklamowych plakatach Polskę reprezentują tańczący krakowiak z Góralem, w strojach ludowych i bocianem w tle. Sentymentalna, rustykalna wizja. Nawiasem mówiąc w wielu krajach Europy Zachodniej stroje ludowe podczas świąt czy festynów często wydobywane są z szaf i nikt się ich nie wstydzi. U nas wdzianie stroju ludowego byłoby poczytane za ciemnotę i zacofanie; zresztą skrzynie są już puste - stroje dawno zostały zjedzone przez mole, jeśli nie zostały wcześniej wyrzucone na śmietnik. Ale na plakatach ciągle reprezentują Polskę. Natomiast Holandia to w powszechnym odbiorze tulipany i wiatraki, ale i Philips, Niemcy to wurst und bier, ale i Siemens, Francja to sery, ale i Peugeot, Szkocja to wrzosowiska, ale i platformy naftowe na Morzu Północnym... A my czym możemy się pochwalić? Zabytkami? We Włoszech człowiek co krok o nie się potyka. Stare zamki? W jednej dolinie Loary jest ich więcej. Możemy natomiast poszczycić się czymś z ducha czy imponderabiliów. Wbrew pozorom nie są to sprawy drugorzędne. Bo nie zaimponujemy w świecie gospodarką, mocną złotówką, wynalazkami technicznymi, myślą naukową. Inni mieli więcej nad Kopernika czy Marię Skłodowską-Curie. Artystów też więcej nad Szopena, niesłusznie zapomnianego Moniuszkę, czy współczesnego Pendereckiego. Więc możemy wyciągnąć, jako atuty, nasze urządzenia ustrojowe, pewne idee i stosowanie ich w praktyce.

     Przebija nas podobno pod tym względem angielska "Magna Charta" i "Habeas corpus". A może to my nie umiemy dobrze grać w międzynarodowego brydża i marnujemy dobrą kartę? No, cóż, "młoda, polska demokracja", więc jeszcze nie nauczyła się należycie licytacji i rozgrywki...

     Na przełomie XVI i XVII wieku Europa zaczyna wchodzić w okres absolutyzmu. Polska tylko, obok Anglii, obroniła, utrzymała i nawet rozwinęła zasadę udziału społeczeństwa we władzy: "nil de nobis sine nobis" - "nic o nas bez nas". A co ważniejsze zachowała rządy prawa! Zaczęły się one u nas od przywileju z 1422 r. (Władysław Jagiełło), który zapewnił szlachcie nienaruszalnośc mienia - król nie mógł nikogo pozbawić własności prywatnej bez wyroku sądowego. A rok 1425 przyniósł prawo nietykalności osobistej zawarte w ustawie zasadniczej: "Neminem captivabimus nisi iure victum". Szlachcic nie mógł być więziony, jedynie na podstawie wyroku sądowego (wyjąwszy naturalnie przyłapanie na gorącym uczynku zabójstwa, gwałtu,podpalenia i kradzieży). Przypomnijmy: angielskie "Habeas corpus" to jest dopiero 1679 r. Tymi prawami cieszyła się szlachta, a więc praktycznie przez cały niemal czas państwowości I Rzeczypospolitej około 10 proc. mieszkańców, podczas gdy w innych krajach (z wyjątkiem Węgier) szlachta stanowiła 3-5 proc. mieszkańców. Nawiasem mówiąc prawo to zostało rozciągnięte w 1791 r, na mieszczan, a w 1792 r. na Żydów. Późno? A kiedy w innych krajach europejskich? No, we Francji, ale też w tym dopiero czasie, lecz za pomocą rewolucji, gilotyny i potoków krwi. A u nas dzięki ustawom sejmowym!

     Jeśli już wymieniać kolejne uregulowania prawne, to w 1588 została zabezpieczona nietykalność domów. Anglicy słusznie się szczycą tym, że my home is my castle. Lecz właśnie w tymże roku przywilej Zygmunta III Wazy zabezpieczał dom przed rewizją, nawet jeżeli chronił się w nim banita! Prawo stanowienia zaś o własnym domu, tym w sensie szerokim, ojczyzny, zapewniła wcześniej, bo w 1505 r. (Aleksander I Jagiellończyk) konstytucja "Nihil novi". Postanawiała, że Nihil novi constitui debeat per nos sine communi consensu conciliariorum et nuntiorum terrestrium - "nic nowego nie postanowimy, jak tylko za wspólną zgodą Rady i posłów ziemskich". Ta konstytucja dobrze i sprawnie działała aż do 3 maja 1792 roku. Prawie przez trzy stulecia! Trzy stulecia parlamentaryzmu.

Sejm w Polsce składał się z Senatu, Izby Poselskiej i króla, jako osobnego "stanu". Nadto monarcha pełnił władzę wykonawczą i sprawował naczelne dowództwo nad siłą zbrojną. W innych krajach ówczesnego świata władca nie wchodził w skład przedstawicielstwa stanowego - owego poprzednika przedstawicielstwa narodowego. W Polsce nastąpiło organiczne połączenie władzy królewskiej z przedstawicielstwem narodu. Bo deputowani do Izby Poselskiej pochodzili z wyboru. Szlachta na sejmikach wojewódzkich wybierała posłów ziemskich, miasta - posłów miejskich. Tak więc Sejm stal się reprezentacją narodu i najwyższym organem ustawodawczym.

Dla ważności uchwał potrzebna była zgoda obu izb oraz króla, przy czym właściwym organem ustawodawczym była Izba Poselska, Senat zaś przyjmował albo odrzucał projekty Izby Poselskiej (niekiedy obie izby obradowały razem). Podczas trwania Sejmu posłom i senatorom przysługiwal immunitet. Jeśli toczyły się w sądach jakieś ich sprawy, na czas trwania Sejmu ulegały zawieszeniu.

     Taki układ wini się za liberum veto, które miało przyczynić się do upadku Polski. Rzeczywiście. By uchwała Sejmu była ważna, musiała zapaść unanimiter, czyli za zgodą wszystkich. Jeden przeciwny głos powodował odrzucenie uchwały. Nie było to jednak ustrojowe czy prawne "zboczenie". Przeciwnie: w zasadzie liberum veto przez przodków naszych przemawiał rozsądek, że nie zawsze automatyczna większość ma rację. Oponentów trzeba było przekonać! I to przez ponad sto lat się udawało! Wytworzył się zwyczaj "ucierania" uchwał, przekonywania, częściowego ustępowania to większości, to mniejszości, by ustawa przybrała jak najlepsze brzmienie. Dopiero pod koniec XVII w. zdegenerowała się zasada liberum veto, kiedy to sprzeciw jednego posła unieważniał wszystkie (!) uchwały całej sesji. Czegoś takiego wcześniej nie było. Wynikło to jednak z korupcyjnej interpretacji prawa. Zresztą i wtedy, jakby zdając sobie sprawę, jakie potencjalne niebezpieczeństwo może nieść degeneracja liberum veto, w pewnych przypadkach Sejm obradował "pod laską konfederacji". Te przypadki obowiązywały podczas szczególnie groźnych dla państwa momentów: bezkrólewia, wojny. Wówczas to uchwały zapadały większością głosów.

Nawiasem mówiąc nie powinniśmy tak oburzać się na veto. Istnieje ono do dziś w wielu najbardziej demokratycznych państwach. Także w Polsce. Oto veto prezydenta powoduje upadek uchwalonej ustawy. Owszem wprowadzono zabezpieczenie - rozmaitą większością (2/3 albo 3/5) głosów może przełamać prezydenckie veto; praktycznie jednak trudno gdziekolwiek, w jakimkolwiek państwie o zgromadzenie takiej większości. Nawet w czasach saskich, ogólnego rozprzężenia, ciągle obowiązywały zasady państwa prawa i parlamentaryzmu. Owszem, były nagminnie łamane, i to brutalnie. Lecz jako zasady - obowiązywały. To praktyka zdewaluowała się, a nie idee.

Po 1918 r. zaś, gdy po półtorawiecznej niewoli państwowej, odrodziła się Rzeczpospolita, wprowadziła natychmiast głosowanie powszechne, obejmujące także kobiety. W tym czasie prawo głosu dla kobiet istniało tylko w Australii, Nowej Zelandii, Finlandii i Norwegii, zaś w USA tylko w dwóch stanach: Wyoming i Colorado, miało więc tam znaczenie jedynie lokalne, samorządowe.

     Dodajmy, że w urządzeniach politycznych I Rzeczypospolitej znaczną samorządnością cieszyły się województwa i ziemie (ziemie to było coś pośredniego między obecnymi powiatami a województwami). Podczas wojewódzkich czy ziemskich sejmików załatwiano rozliczne, lokalne sprawy administracyjne, gospodarcze, skarbowe, uchwalano podatki na miejscowe potrzeby (a pobierane były one przez urzędników wojewódzkich czy ziemskich). Nie obciążały zatem te problemy instytucji ogólnopaństwowych, a z drugiej strony owe sejmiki były szkołą samorządności. Co więcej te wojewódzkie czy ziemskie sejmiki sprawiały, że ich uczestnicy czuli się prawdziwymi gospodarzami swojej ziemi, załatwiali lokalne potrzeby, co bynajmniej nie kolidowało z ich poczuciem obowiązku wobec całej ojczyzny.

     Także tolerancja wyznaniowa była polską cechą. W 1555 r. w Augsburgu xw Niemczech zapadała decyzja cuius regio - eius religio. Zasada ta w istocie gwałciła przekonania i sumienia indywidualnych osób i wprowadzała prawną instytucję państwa wyznaniowego. W Polsce gwałcenie przekonań innych byłoby nie do pomyślenia. Bo w tym samym czasie Zygmunt August wypowiedział słowa: "Nie jestem królem sumień waszych", nieco później zaś Stefan Batory: "Mniemam, że wiary nigdy nie wolno rozszerzać prześladowaniem i krwią ani sumień ludzkich zniewalać gwałtem", zaś czołowy przedstawiciel kontrreformacji, ksiądz Piotr Skarga powiadał znamiennie: "Złe odszczepieństwo, ale krew miła" (to znaczy nie wolno jej przelewać nawet w obronie wiary). Sprawdzało się to w praktyce. Naród polski był w znacznej większości katolicki. Ale w 1569 r. w Senacie na 73 miejsca, 38 zajmowali protestanci - wybrani przecież przez katolicki ogół. Zaś na Sejmie konwokacyjnym w 1573 r. uchwalona została ustawa "De pace inter dissidentes", która stwierdzała, że nikt w Polsce nie może być prześladowany ze względu na wyznawaną wiarę. Do 1733 r. dysydenci (jak ich wtedy zwano) zasiadali w Sejmie, piastowali urzędy publiczne, byli obierani jako sędziowie do trybunałów. Nastąpił wprawdzie krótki czas pozbawiania ich praw obywatelskich, ale już Konstytucja 3 Maja 1792 r. przywracała im te dwóchsetletnie prawa. Także Żydzi cieszyli się w Polsce wielką swobodą, gdy w innych krajach trwały ich prześladowania, gwałty, pogromy. Chronili się więc do nas, a nauka rabinacka właśnie w Polsce rozwinęła najbardziej znaczące swoje centra.

     Tolerancja religijna była pochodną, a właściwie równoległa do tolerancji narodowościowej. Rzeczpospolita zamieszkana była bowiem przez Polaków i Litwinów - katolików, Rusinów - prawosławnych, Prusaków i Inflantczyków - protestantów. Można powiedzieć, że wzgląd na całość państwa wymuszał tolerancję narodowościową i religijną. Ale dobrze to świadczy o Polakach, ich mądrości i poczuciu dobra wspólnego, że ze względu na dobro państwa jako całości, potrafili powściągnąć emocje szczegółowe. Znamy przecież przykłady wojen religijnych w krajach jednolitych narodowo (Niemcy, Francja) czy wojen narodowych w krajach jednolitych wyznaniowo (np. wojny Szwecji z Danią).

     Wielonarodowość i wielowyznaniowość Rzeczypospolitej wynikła z jej rozszerzenia terytorialnego, lecz nie drogą podbojów. Akt unii polsko-litewskiej w Horodle w 1413 r. stwierdzał m.in.: "Nie dozna łaski zbawienia, kogo nie wesprze miłość (...) Miłość tworzy prawa, włada państwami (...) łączymy i wiążemy nasze domy i pokolenia, nasze rody i herby...".

     1454. Stany pruskie - z miastami narodowościowo niemieckimi i szlachtą w wielkiej części niemiecką lub dawno zgermanizowaną - wypowiedziały posłuszeństwo Zakonowi Krzyżackiemu i poprosiły Polskę o inkorporację do Korony. Od 1466 r. Pomorze Gdańskie stało się polskie, lecz miało zagwarantowaną szeroką autonomię. W 1525 r. wygasa mazowiecka gałąź Piastów. Mazowsze wyrzeka się samodzielności i dobrowolnie włącza się do Polski, zachowując jednakże własne urządzenia prawne, tzw. excepta mazowieckie. W 1561 r. Inflanty dobrowolnie poddają się Polsce. W 1569 r. następuje na sejmie obradującym w Lublinie ostateczna, realna unia Polski i Litwy. Ale też nie pamięta się o tym, że mieszkający w Polsce Ormianie mieli własne sądownictwo i Statut ormiański, potwierdzony przez Sejm i króla. Podobnie Żydzi. W latach 1582-1764 dwa razy w ciągu roku zbierały się generalne sejmy żydowskie (congressus generalis iudaicus), osobno w Koronie i osobno na Litwie, rozdzielając wedle własnego uznania podatki, jakie Rzeczpospolita nakładała ogólnie na ludność żydowską (jak zresztą na całą ludność państwa). Istniało też własne sądownictwo żydowskie. Jedynie w przypadku, gdy Żyda oskarżał chrześcijanin, lub Żyd chrześcijanina - sprawa rozpatrywana była przez sądy królewskie, lecz i w takim przypadku konieczny był udział żydowskiego ławnika. Wbrew więc potocznym mniemaniom to, co dziś nazywamy państwem prawa i demokracją, przysługiwało nie tylko szlachcie. Konstytucja "Nihil novi" ustanowiona, przypomnijmy, w 1505 r. na sejmie radomskim, uchwalona została głosami posłów szlacheckich i mieszczańskich. Do drugiej połowy XVII w. mieszczanie - jako przedstawiciele miast - zasiadali w sejmach, piastowali urzędy państwowe. Ale już ponownie od końca XVIII w. zwiększa się liczba miast, których magistraty uzyskują tytuł "nobiles", czyli zostają uszlachcone. Od tego też okresu także przedstawiciele miast, na równi ze szlachtą podpisują "pacta conventa" z obranymi elekcyjnie władcami. A gospodarczo mieszkańcy większych miast mieli prawo do posiadania majątków ziemskich. We Francji takie prawo mieszczanie zdobyli dopiero po rewolucji, w Prusach od 1807 r., podobnie w innych państwach niemieckich.

     No, dobrze, a chłopi? Oswald Balzer twierdził w swoich pracach, że "wymiar pańszczyzny i pokrewnych jej świadczeń nie doszedł był nigdy do tych granic, jakie tu i ówdzie ustaliły się na Zachodzie". Nawet jeśli wielki historyk nieco upiększał, to za jego tezą przemawiają fakty. Do Polski bowiem zbiegali chłopi z Rosji, ale i z władanego przez Niemców Pomorza, przez Austriaków Śląska i Moraw, nawet w stuleciach XVII i XVIII. Nadto chłop pańszczyźniany odrabiając swoją powinność wiedział jednak, że w zamian mógł oczekiwać opieki w razie klęski żywiołowej, pewnych ulg, zaś chłopi znajdujący się w dobrach królewskich i kościelnych znajdowali się pod opieką państwa - przysługiwały im pewne prawa, dysponowali też swoją indywidualną własnością: ziemia, gospodarstwo.

     Podsumujmy. Były zawahania, okresy cofnięć, ogólnie jednak biorąc Polska przez wieki wykształcała zasadę równowagi między władzą państwową a - nazwijmy to tak - kontrolą społeczną, a więc zasadę przeciwną absolutyzmowi. Ta zasada równowagi to jest odpowiednik dzisiejszego pojęcia państwa prawa i demokracji. Być może upadek państwa nastąpił dlatego, że podobnymi urządzeniami ustrojowymi wyprzedzała Polska normę ówczesnej Europy, niejako "wybiegła przed orkiestrę".

     To dziedzictwo praworządności uległo degeneracji na skutek rozbiorów i późniejszych aktów (powstań) prowadzących do odzyskania niepodległości. Niewola deprawuje. To wtedy rozmaite romantyzmy i mesjanizmy, twierdzenia że akurat Polska jest pod szczególną opieką Boga, oraz równie przesadne reakcje na nie, w rodzaju nie oglądania się na ideały, lecz bogacenia się za wszelką cenę spowodowały, że, jak słusznie zauważył Juliusz Słowacki:

Zaprawdę powiem, bracia moi mili
Żeśmy się duchem przeświętym popili.
Teraz jesteśmy z ducha wytrzeźwieni,
Bracia rozumni - czciciele pieczeni.

     To było takie miotanie się od mesjanizmu po "czczenie pieczeni". Dwadzieścia lat pomiędzy listopadem 1918 r. a wrześniem 1939 r. to było za krótko, by wrócić w tory normalności.

     A później była wojna - czas nie sprzyjający normalności, no i okres po 1945 r., ponownie wykolejający naród i państwo z torów normalności, powodujący także społeczną amnezję, zresztą z góry zaprogramowaną i narzuconą.

     Jeśli więc mamy coś wydobywać na arenie międzynarodowej, czymś się chwalić jako własnymi osiągnięciami, to przede wszystkim znanymi u nas i stosowanymi od wieków zasadami ustrojowymi państwa prawa. Osiągnięcia gospodarcze są z grubsza wszędzie podobne, raz jeden kraj w nich przoduje, raz inny. Podobnie osiągnięcia artystyczne, naukowe - acz i one są nie do pogardzenia. Natomiast naszą specyfiką narodową mającą wielowiekowe umocowanie jest kierowanie się przez państwo zasadami prawa oraz dziedzictwo samorządności.

     Że to może brzmieć obecnie ironicznie, albo i głupio? No to trzeba przypominać, przypominać i jeszcze raz przypominać. Dla odzyskania zdrowia przez społeczeństwo, naród i państwo.

Marek Arpad Kowalski

Wyświetlony 5798 razy
Więcej w tej kategorii: Fatalne dziedzictwo »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.