poniedziałek, 01 marzec 2010 01:38

Nasz święty z Popiszek

Napisane przez
Na Wileńszczyźnie miał zdarzyć się cud, całe zdarzenie opisał Józef Mackiewicz .
 
Samochód podskakuje na piaszczystej drodze, która prowadzi przez las do Popiszek. Żeby tam trafić, trzeba najpierw dojechać z Wilna do Podborza. Jadąc od strony kościoła, samochód skręca za zakrętem w lewo. Do Popiszek jest stamtąd około sześciu kilometrów. Tą samą drogą musiały jechać ciężarówki z funkcjonariuszami NKWD. Najprawdopodobniej przejechali przez drewniany mostek w lesie. Może kierowca zatrzymał przed nim samochód i wyskoczył z szoferki. Zapalił papierosa, poskakał po mostku, by ocenić jego wytrzymałość, obejrzał go, a na koniec, odrzucając peta w wodę strumyka, krzyknął w stronę towarzyszy.
 
? Dawaj rebiata, pajechali!
 
Pielgrzymi wędrowali z ?Mińska, z Baranowicz, z Nowogródka. Przyjeżdżali z Kowna, z Telsz. Szli niektórzy znad łotewskiej granicy. Z Lidy przez Werenowo, z Grodna przez Raduń. Masa osób z Oszmiany, aż spod Radoszkowicz, z Wołożyna, z Wilna, Podbrodzia, Nowo-Święcian i Święcian, Dziasny... nie licząc tych z najbliższych okolic. (...) Na oko licząc, ponad dwanaście tysięcy ludzi. Mniej wprawni w rachunkach poniektórzy gospodarze popiscy obliczali nawet na dwa miliony?.
 
Jeżeli nie miliony, to na pewno było ich setki, tysiące. Pchała ich do Popiszek ciekawość oraz coś jeszcze ? wiara w cud, chęć ujrzenia proroka i usłyszenia jego przepowiedni o zbliżającej się wojnie, o których mówiła cała Wileńszczyzna i nie tylko. Podczas czerwcowych dni i nocy, pielgrzymi szli w tym samym kierunku, co tylu innych przed nimi i za ich plecami. Nawet, jeżeli ktoś kroczył sam i był z daleka, to szedł po wydeptanych śladach. Nie sposób było się zgubić.
 
Bo wieść o nastoletnim cudotwórcy i proroku z Popiszek, mijała granice wcześniejsze i ówczesne. Dolatywała ponad pasami ziemi niczyjej, niczym ptaki z książek Józefa Mackiewicza, tego, który rozsławił Aleksandra Iwaszkę, pisząc o nim w swojej powieści Droga donikąd. Powieść ukazała się w 1955 roku. Czternaście lat wcześniej w niemieckiej gadzinówce ?Goniec Codzienny? ukazał się zbeletryzowany reportaż ?znanego literata wileńskiego p. J.M?, były to urywki szkiców przygotowywanej przez niego książki o czasach bolszewickich na Wileńszczyźnie.
 
Szkice zostały zamieszczone w numerach 68-71 ?Gońca Codziennego? z 7-10 października 1941 roku.
 
Rozeszła się wiadomość
Być może Mieczysław M. ze Szczecina jeszcze żyje. Jeżeli tak, to musi mieć dzisiaj co najmniej 70 lat. Jego list, pisany na maszynie, datowany na 23 kwietnia 1994 roku, przechowuje Zdzisław Palewicz, mer Solecznik i prezes tamtejszego oddziału Związku Polaków na Litwie.
 
List zaczyna się akapitem: ?Mieszkałem w pow. Lida. Gdzieś w roku 1940 rozeszła się wiadomość, że koło Wilna jest chłopiec, który czyni cuda. Moja babka i mama wybrały się tam jechać i ja chciałem, ale mama nie pozwoliła. Po kilku dniach wrócili. Mama przywiozła pół litra wody. Mówiła, że się modlił i z pod kamienia zaczęła wydobywać się woda i ona tej wody nabrała. Woda stała u nas 6 lat, a była ciągle świeża, jakby dzisiaj nabrana.
Mijały dziesięciolecia, Mieczysław dopytywał różnych wilniuków o cudownego chłopca, ale nikt nie umiał mu o nim czegoś powiedzieć. Aż przyszedł 1985 rok?
 
Dlaczego mama Miecia widziała, jak woda wytrysnęła spod kamienia? Przecież cudu nie było, żadna kobieta nie wyskoczyła z ziemi, a tak wszyscy czekali na tamto wydarzenie i proroka ? był 17 czerwca 1941 roku. Skończyło się na tym, że Ola i jego mama zostali aresztowani.
 
? Cudu nie było, jego Ruscy na Łukiszki powieźli, ale wrócił. Potem, jak znowu tu weszli, to jeszcze raz go zabrali do Rasiji i też wrócił. Ciężko jemu było na Workucie. Jego doktory tam badali, kłuli go w te momenty, jak miał mowę, a jemu to nic nie sprawiało bólu. Opowiadał mi, że nawet pod paznokcie igły mu wbijali. Jak wrócił, to władza już go więcej nie nachodziła, bo uznali, że on durny. A on choć nieuczony, to głupi nie był, mądrzej mówił jak ksiądz, do tego ładnie po polsku, tak delikatnie.
 
Moja mamuśka mówiła, że on gada jak misjonarz ? wspomina Kazimierz Kanonowicz z Cieciorki, wsi leżącej niedaleko Popiszek. ? Krowy wtedy pasłem, jak ten wielki cud w Popiszkach miał się zdarzyć. Ja widział i słyszał, jak szło pełno ludzi. Pytam ich, ?gdzie wy idziecie?, ?na cud? odpowiadali, ?na cud?. Szli z całym sercem. Jeżeli Ola by nikomu nie pomógł, to czego oni by tak szli, nawet z Germanii, w imię ofiary. Tysiące ludzi przeszły przez pola w Popiszkach. Kto tam patrzał, że zboże rośnie, deptali. Słyszałem, że wtedy jedna ślepa kobieta zaczęła widzieć wszystko.
 
(...)
Wyświetlony 2295 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.