środa, 31 marzec 2010 10:45

Niemieccy Żydzi w obronie prawdy i wolności

Napisał

Od kilku lat dwaj znani niemieccy intelektualiści żydowskiego pochodzenia, Henryk Broder i Ralph Giordano, zabierają głos w obronie europejskich wartości i piętnują tchórzostwo niemieckiej elity polityczno-kulturalno-medialnej w obliczu religijno-politycznego i demograficznego naporu islamu. Henryk Broder (ur. 1946) publicysta, bloger, autor wielu książek to właściwie polski Żyd, urodził się bowiem w Katowicach, a do Niemiec wyjechał z rodzicami, kiedy miał 12 lat.

 

Broder zastanawia się, dlaczego w oczach wielu niemieckich komentatorów i publicystów awansował do roli ?kaznodziei nienawiści?. Jak to możliwe, że nie ci, którzy wzywają do zabijania pisarzy i karykaturzystów, są ?kaznodziejami nienawiści?, lecz on, który tylko stawia pytania. Czyżby działał tu znany skądinąd mechanizm ?łapaj kaznodzieję nienawiści?? Paranoik, widząc zgodny chór niemieckich publicystów, mógłby podejrzewać spisek. Nie jest to jednak spisek ? tak funkcjonuje instynkt stadny w niemieckim życiu kulturalno-politycznym. Nie da się wszakże wyjaśnić wszystkiego konformizmem. Czyżby ? pyta Broder ? dla wielu niemieckich publicystów obrazą było to, że ?zaczepia? ich polski Żyd i dwie dzielne tureckie muzułmanki Seyran Ates i Necla Kelek, broniące wartości liberalnych? Może dlatego są na nas źli, bo zachowujemy się niezgodnie z ich oczekiwaniami? Seyran Ates i Necla Kelek nie są jęczącymi Turkami, którzy stale się skarżą, jacy to są dyskryminowani. Ci ? uważa Broder ? są ulubieńcami niemieckich dziennikarzy, podobnie jak jęczący Żydzi, opowiadający w każdym talk-show, ilu krewnych stracili w holocauście i jak bardzo się boją NPD (zawsze można przy tej okazji wylać trochę krokodylich łez nad martwymi Żydami). Kelek, Ates i ja ? pisze Broder ? nie jęczymy, nie żalimy się, ofensywnie przedstawiamy swoje racje, spieramy się ze środowiskiem, z którego sami się wywodzimy, i nie potrzebujemy nikogo, kto mówiłby w naszym imieniu. Niemieccy publicyści, w większości lewicowi, tak bardzo się przyzwyczaili do odgrywania roli guwernerów i kuratorów, że czują się nieszczęśliwi, kiedy nie mają podopiecznych, nad którymi mogliby roztoczyć kuratelę. Dzisiaj jedynymi, którzy nadają się na podopiecznych lewicy, są muzułmanie, którzy stale czują się obrażani, upokarzani, wykorzystywani przez ?Zachód?.

Kilka lat temu Günter Grass zaproponował, aby w ramach starań o tytuł europejskiej stolicy kultury Lubeka zamieniła jeden z kościołów na meczet. Byłby to, zdaniem noblisty, ?wielkoduszny gest?, który poprawiłby stosunki z muzułmanami i zwiększyłby szanse Lubeki na uzyskanie tego tytułu. Grass ? drwi Broder ? zastymulował punkt g u swojej ideologicznej klienteli, która ? aby nikt nie dostrzegł u niej choćby cienia nietolerancji ? pielęgnuje masochizm, bliski całkowitej rezygnacji z własnych racji i interesów. To, co robi Grass i inni lewicowcy, to w gruncie rzeczy elegancka forma bezwarunkowej kapitulacji i wyraz ?nienawiści Zachodu do samego siebie. Dlaczego ? zastanawia się Broder ? lewica niemiecka popiera ekspansję islamu? Dlaczego głosi rozmaite samobójcze brednie? Z pewnością mamy do czynienia z bliskością ideologiczną; islamiści dysponują radykalnie prostą ideologią: świat jest zły, my chcemy i możemy go polepszyć, wiemy, jak to zrobić, kto nie jest z nami, jest przeciwko nam. Ta ideologia może być atrakcyjna dla lewicowych inteligentów niemieckich, ponieważ ich ideologia ma taką samą strukturę. Islam jest dla nich namiastką socjalizmu; podoba im się, na przykład, że szariat zakazuje pobierania odsetek (według Brodera w Niemczech w pewnym zakresie już obowiązuje ?szariat light?). Ale Broder podejrzewa, że kryje się za tym również oportunistyczna kalkulacja: jeśli islamscy fundamentaliści osiągną dominację, to będą pamiętać o tych, którzy już wcześniej oddawali im hołd. Lewicowcy apelujący do Niemców o tolerancję, w rzeczywistości wołają do jutrzejszych zwycięzców: ?Jesteśmy po waszej stronie! Nie zapomnijcie o tym, kiedy zdobędziecie władzę!?. Jak to się stało ? pyta Broder ? że kiedy w 1988 roku ukazały się Szatańskie wersety Salmana Rushdiego, niemieccy wydawcy i pisarze z Grassem na czele, solidaryzowali się z wyklętym pisarzem, natomiast gdy dwadzieścia lat później celem ataków stała się duńska gazeta, która opublikowała karykatury Mahometa, wyrazów solidarności zabrakło. Ci wszyscy, którzy każdej krytyki Kościoła i papieża, każdej bluźnierczej akcji artystycznej bronią w imię wolności słowa, nagle doszli do wniosku, że trzeba uwzględniać uczucia religijne innych ludzi. To była wymówka, po prostu od czasu sprawy Rushdiego islamiści pokazali, co potrafią: zamachy groźby, naciski, zastraszanie. Dlatego w opinii wielu niemieckich inteligentów rozsądniejsze i bezpieczniejsze jest okazywanie ?szacunku? dla religijnych uczuć muzułmanów niż upieranie się przy prawie do wolności słowa. Zdaniem Brodera to zwyczajne tchórzostwo i podlizywanie się silniejszemu, schowane za zasłoną frazesów o tolerancji.

 

(...)

Wyświetlony 2058 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.