Oczywiście na wstępie muszę zastrzec, że nie mam zamiaru ani bezpośrednio, ani pośrednio nikogo straszyć. Boimy się już (trochę) masowej (choć mało prawdopodobnej) inwazji do Polski muzułmańskich imigrantów z Bliskiego Wschodu, a w duchu odczuwamy niezbyt budujące schadenfreude w związku z postępującą islamizacją naszych zachodnich sąsiadów: mimo nachalnej propagandy ostatnich 25 lat jakoś nie polubiliśmy Niemców jako „wypróbowanych przyjaciół polskości”, Słowian, a zwłaszcza Żydów.

Nie boimy się również rządów Putina i jego urojonych prób „reaktywacji Związku Sowieckiego” czy też „prosowieckiego imperium”. Tu też oficjalna propaganda raczej nie święci sukcesów. Dlaczego? Bo my lepiej wiemy niż nasi i obcy sowietolodzy, że bolszewizm, tworzący w przeszłości nie tylko państwo sowieckie, ale i „obóz socjalistyczny”, był wrogiem i katem Rosji – i bez pieniędzy z Zachodu, a zwłaszcza Niemiec i Ameryki, nigdy by nie zdobył i nie utrzymał tam władzy. A dziś nie pozostało po tym państwie nic ważnego, a nostalgia za sierpem i młotem łączy tylko dożywających swoich lat postradzieckich emerytów.

Czy w związku z tym mamy się obawiać wypadków oraz procesów, które dzieją się dziś (i jutro) na zachód od Polski? Niekoniecznie, ale trzeba próbować zrozumieć to, co tam się dzieje. Do starej Europy po ponad 600 latach wrócił islam i za około trzydzieści lat będzie tam dominującą siłą polityczną. Wielka wędrówka ludów rozszerza na północ świat wyznawców Proroka, a sprawcą tego procesu są jak zawsze wyjątkowo krótkowzroczni politycy „świata atlantyckiego”. Przypomnę tylko ich największe błędy, które umożliwiły ekspansję Islamu w tym regionie świata:

finansowe i logistyczne wsparcie dla Afgańczyków i Czeczenów w walce z „imperium zła”: dzięki temu wsparciu uwierzyli w swoje siły oraz zdolność pokonania „wszystkich niewiernych”,

zniszczenie Jugosławii, na trupie której powstała muzułmańska Bośnia i Hercegowina (odwiedzał ją wielokrotnie Osama Bin Laden),

utworzenie kolejnego muzułmańskiego państwa – Kosowa, kosztem chrześcijańskiej i europejskiej Serbii,

zniszczenie państw arabskich, takich zwłaszcza jak Irak, Libia i Syria, których rządy były najpewniejszym wrogiem islamskiego radykalizmu,

poparcie (bezwarunkowe) dla państwa Izrael, którego polityka jest przyczyną rozwoju radykalizmu w palestyńskiej diasporze (ten najbardziej wykształcony naród, mógłby być przecież czynnikiem stabilności w tym regionie świata),

pośrednio wsparcie dla tzw. Państwa Islamskiego poprzez nieudolne próby „asymilacji” muzułmańskich imigrantów do Europy Zachodniej i USA: stąd rekrutuje się i będzie rekrutować polityczne kadry przywódcze tego „państwa”.

Być może, muzułmanie żyjący od lat na zachód od Odry i Nysy, wsparci przez miliony współwyznawców przybywających tam z Bliskiego Wschodu w najbliższych latach, już powołali swoje kalifaty z siedzibami w Berlinie, Paryżu czy Londynie. A jeśli nie, to zrobią to niedługo, bo wierzą w swoją siłę i przyszłość, która należy do nich. Państwa Europy Zachodniej nie mają sił, które mogłyby zatrzymać ten proces. A siłami tymi są ludzie, którzy chcą walczyć, a nawet umrzeć w obronie status quo. Tych już od dawna nie ma, a złożona z płytko zgermanizowanych Turków i Polaków Bundeswehra nie jest groźna dla muzułmańskich przeciwników. Przecież to wszystko już kiedyś było: antyczny Rzym wcielał do legionów Germanów, bo latyńscy chłopi nie chcieli walczyć i umierać za cesarzy, a potem byli legioniści tworzyli kadry dowódcze plemion, które zniszczyły to państwo. Był wtedy również wątek religijny: chrześcijaństwo niszczyło od wewnątrz i od zewnątrz świat antyku, podobnie jak dziś muzułmanie kończą historię postchrześcijańskiej Europy, gdzie podobnie jak 1700 lat temu stoją pozostałe świątynie umarłych (tam) religii.

(...)

sobota, 20 luty 2016 23:01

Ukraina, czyli ruinowanie gospodarki

Ukraina leci w gospodarczą przepaść. Ci, którzy pamiętają 90. lata polskiej transformacji ustrojowej, mogą zaobserwować wiele podobieństw. Jednak Ukraina przeżywa to znacznie bardziej dramatycznie, na o wiele niższym poziomie życia społeczeństwa i w warunkach zamrożonego konfliktu wojennego.

Dramatyczny upadek przemysłu

Ukraina zwija się gospodarczo w dramatycznie szybkim tempie. PKB w 2015 r. zmniejszył się aż o 12%, rok wcześniej – o 5,8%. Liczony w dolarach produkt narodowy brutto upadł ze 183 miliardów dolarów w 2013 roku do 132 mld w 2014 r. i do szacowanych 115 miliardów w roku ubiegłym.

Jeszcze szybciej upada przemysł – w 2015 r. produkcja przemysłowa zmniejszyła się o 13%, a rok wcześniej o 11%. Spada produkcja produktów przemysłowych, które Ukraina eksportowała na cały świat. Produkcja stali w 2013 r. wynosiła 33 miliony ton, a w 2015 r. zaledwie 23 mln – o 30% mniej. Jeszcze bardziej skurczyła się produkcja przetworzona, jak np. rury, których w 2013 r. produkowano 1,6 miliona ton, a w 2015 już tylko pół miliona ton – spadek o 70%. To wszystko złożyło się na zmniejszenie eksportu, szczególnie towarów głębiej przetworzonych, które kiedyś znajdowały odbiorców w Rosji.

Przemysł samochodowy przeżywa wręcz katastrofę. Większość to podobnie jak w Polsce montownie, jednak były to ukraińskie przedsiębiorstwa współpracujące na różnych zasadach z wielkimi światowymi koncernami lub produkujące własne modele samochodów. Jeszcze w 2012 r. produkowano 76 tysięcy jednostek, w 2015 r. – zaledwie 8 tysięcy. W tymże roku sprzedaż nowych samochodów zmniejszyła się o połowę (do 47 tys. sztuk), a dotychczasową krajową produkcję zastąpił import. Takie ukraińskie korporacje produkujące samochody, jak ???????, ??????, ????????, ????????????? ????????????? ????? czy ???, z pewnością znikną z rynku.

Jest jednak jeden przemysł, który rośnie gwałtownie – nawet o 200-300 procent rocznie. To przemysł zbrojeniowy, który zasilany jest zwiększonymi wojennymi wydatkami budżetu, które w ub. roku wyniosły 90 miliardów hrywien, a w 2016 r. – osiągną 113 mld, co jest równoważne 5% PKB (jeden z najwyższych światowych wskaźników, w Polsce jest to 2%). Ponad 100 przedsiębiorstw zebranych w 2010 r. w państwowym koncernie ????????????? , do którego ostatnio włączono przedsiębiorstwo Antonow – jedynego producenta specjalnych samolotów – to beneficjenci sytuacji politycznej na Ukrainie.

Reformy kosztem ludności

Ciężarem reform na Ukrainie zostało obarczone społeczeństwo. Przede wszystkim podniesiono ceny usług podstawowych, jak gaz, energia elektryczna i ciepło, co spowodowało ogromny wzrost kosztów utrzymania. Wyraża się to w inflacji, która w ub. roku osiągnęła poziom 43%, a w 2014 r. wyniosła 25%. W 2015 r. najbardziej podrożał gaz ziemny, który kosztował 3,7 razy więcej niż rok wcześniej, ciepło i woda, które podrożały o 78%, energia elektryczna o 67%, a owoce o 67%.

Wzrostowi kosztów wcale nie towarzyszy wzrost płac, a wręcz przeciwnie – w ciągu trzech lat płaca minimalna spadła ze 150 do 39 dolarów miesięcznie. Średnia płaca w kraju z 450 dolarów za Janukowycza obniżyła się do zaledwie 150 dolarów. Gdy kilka lat temu granica biedy wynosiła 150 dolarów, to teraz wynosi ona 70 dolarów. I gdy wcześniej bezpieczeństwo socjalne zapewniano przez niskie ceny energii, gazu, wody i żywności, teraz wszystko to dramatycznie zdrożało, a budżet państwa postanowił „subsydiować” konsumentów. I jak się okazuje, obecnie co trzeci mieszkaniec Ukrainy otrzymuje jakieś wsparcie od państwa, znajdując się poniżej granicy ubóstwa.

Symbolem niszczenia systemu socjalnego na Ukrainie może być zniesienie w styczniu bezpłatnych posiłków dla dzieci w szkołach, który to krok rząd wytłumaczył zaleceniami Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) i walką z szarą strefą.

Pomimo tak drastycznego obniżenia poziomu życia, Ukraina jest realnie bankrutem, podtrzymywanym przy życiu kroplówką pożyczek Unii i MFW, przyznawanych za wprowadzenie kolejnych wymogów zachodnich. Rozpływają się rezerwy złota i walut, rośnie zadłużenie, tak budżetu, jak i zagraniczne. Dramatycznie osłabła waluta – hrywna aż do końca 2013 roku zachowywała stabilny kurs około 8 za dolara, gdy dziś trzeba za niego płacić aż 26 hrywien.

Importowany z Gruzji rewolucjonista, Michaił Saakaszwili, pełniący funkcję gubernatora Odessy, powiedział o sytuacji kraju z rozbrajającą szczerością, że Ukraina, z całym szacunkiem dla Afryki, jest Gabonem. Jednak jest znacznie gorzej, Gabon dzięki ropie, złożom gazu, uranu i manganu jest jednym z najbogatszych krajów afrykańskich – MFW klasyfikuje Gabon na 54. miejscu pod względem siły nabywczej, gdy Ukrainę – dopiero na 105. miejscu.

(...)

sobota, 20 luty 2016 22:58

Ostatnia wojna Rosji

Wojna? Wojenkę już znamy, ale miła nam i krotochwila... – drwił Konstanty Ildefons Gałczyński krótko przed wrześniem 1939 roku, udając, że wtóruje hurraoptymistycznej propagandzie Drugiej Rzeczypospolitej, która już gotowała ułańskie pułki do defilady w Berlinie.

Ponad piątą część swojego niezbyt długiego życia poeta z powodu wojny spędził na wygnaniu (lata 1914-1918) bądź w niewoli jenieckiej (podczas II wojny światowej, najpierw u Rosjan, potem w niemieckim stalagu). Czyżby doświadczenia te sprawiły, że swoje późniejsze pacyfistyczne utwory (Przez świat idące wołanie) napisał, nie tylko wypełniając obowiązki nadwornego wierszopisa komunistów, ale także z przekonania?

Wojna i pokój

Za to na wschód od Polski z wojny żartować nie śmiał nikt poza nonkonformistami (Włodzimierz Wojnowicz, Efraim Siewieła), którzy zresztą potrzebowali kilkudziesięciu lat, aby nabrać dystansu do opisywanych wydarzeń, a także żołnierzy liniowych, im bowiem nucenie cynicznych przyśpiewek dodawało animuszu. Zanim Związek Sowiecki otrzymał potężne cięgi od swojego najlepszego sojusznika, bolszewicy przekonywali – swoją drogą, ciekawa to zbieżność z sanacyjnymi agitkami – że nie oddadzą ani guzika; tę gotowość opisywano oczywiście innymi słowami, na przykład w bardzo popularnej piosence Jeśli jutro będzie wojna, pochodzącej z nakręconego w 1938 roku filmu o tym samym tytule. W trakcie zmagań w pierwszej połowie lat czterdziestych minionego stulecia nastąpiła w ZSRS sakralizacja wojny, i to już na samym początku konfliktu z Niemcami – eszelony wyruszające na front z moskiewskiego Dworca Białoruskiego 26 czerwca 1941 roku żegnała skomponowana do tekstu, który powstał zaledwie dwa dni wcześniej, słynna patetyczna pieśń Aleksandra Aleksandrowa Nadchodzi wojna narodowa. Pojęcie „świętej wojny” znane już w Rosji było oczywiście wcześniej – jej znamion próbowano się doszukiwać w kampanii przeciwko Napoleonowi, w walce z polskimi interwentami na początku XVII wieku, a nawet w zmaganiach Aleksandra Newskiego z Kawalerami Mieczowymi (w tym wypadku sugestywnie popuścił wodze fantazji Sergiusz Eisenstein, reżyser filmu o księciu nowogrodzkim z XIII wieku). Po kapitulacji Niemiec i Japonii komuniści, wzorem rewolucjonistów francuskich dekretujących bluźniercze kulty, wynieśli na ołtarze pokój, który siłą rzeczy stale o groźbie wojny przypominał. Oczywiście w Moskwie pojmowano pokój po swojemu, czyli jako globalny tryumf czerwonej ideologii, co zresztą dobitnie obiecywało sowieckie godło państwowe. Wielu szczerze płaczących po śmierci Józefa Stalina naprawdę wierzyło, że jest on najlepszym chorążym czy też gwarantem światowego pokoju.

Wyznawców nowej religii było mnóstwo: poczynając od umęczonej wojenną poniewierką ludności ZSRS, powtarzającej jak zaklęcie „niech już będzie, co chce, byleby nie było wojny” (a takich Rosjan do dziś jest wielu, przy czym spora ich część urodziła się po roku 1945), aż po ogłupionych uczestników marszów wielkanocnych.

(...)

Z Michałem Lubiną rozmawia Aleksander Kłos

Amerykanie nie chcą zniszczyć Państwa Środka, oni chcą tylko, by podporządkowało się ono ich wizji, by było „odpowiedzialnym współudziałowcem” w spółce – Świat – którą zarządzają... Amerykanie. Chińczycy mają znaleźć swoje miejsce w szeregu i się nie wychylać. Tyle że Pekin nie tylko nie chce się im podporządkować, ale ma ochotę przejąć ich spółkę. Oczywiście, nie teraz, ale za jakiś czas – to już tak.

Dr Michał Lubina, wykładowca Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, analityk w Centrum Studiów Polska-Azja i autor książki Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja–Chiny 1991-2014.

Na czym polegają stosunki Moskwy z Pekinem? Z jednej strony oba mocarstwa wydają się być najbliższymi sojusznikami, wspierają się na arenie międzynarodowej, w szczególności gdy trzeba wystąpić przeciwko Waszyngtonowi, z drugiej wciąż słyszymy głosy, że rosnący w siłę Czerwony Smok pożera właśnie na naszych oczach starego, zmęczonego Niedźwiedzia. Tylko robi to na tyle wolno, że ten tego nie zauważa. Albo nie chce zauważyć.

Relacje rosyjsko-chińskie to przysłowiowe małżeństwo z rozsądku, ale ono wzmacnia potencjał obu państw na arenie międzynarodowej. Dla Rosji to oznacza spokój od Wschodu, w Azji i możliwość reintegrowania obszaru byłego Związku Sowieckiego. Dla Chin z kolei jest to spokój od Północy, dzięki czemu mogą się skupić na najważniejszym dla siebie obszarze Azji-Pacyfiku. Dla tych państw relacje te są najważniejsze, gdyż są stabilne i dają im możliwość realizowania swoich politycznych celów.

Co chce ugrać Rosja sojuszem z Chinami?

Rosja już od jakiegoś czasu ogłosiła zwrot na Wschód, ale nikt wtedy tego nie traktował zbyt poważnie. W kremlowskich środowiskach analitycznych, doradczych mają świadomość, że kierunek Azja-Pacyfik staje się pomału najważniejszym obszarem gospodarczym i politycznym świata – w tym momencie trzeba tam być, a Rosja jest, co prawda, geograficznie w Azji, ale mentalnie nie. Po wydarzeniach na Ukrainie, gdy Rosja podpisała kontrakt z Chinami, bardzo wyraźnie podkreślała, że teraz bardzo wyraźnie robi zwrot na Wschód – tyle że minęło półtora roku i dziś widać, że niewiele udało się jej osiągnąć. Nie udało się Kremlowi zrównoważyć Azją Zachodu, dlatego że Rosja ma mało Azji do zaoferowania, może im jedynie sprzedać surowce i broń – a ich ceny są tak niskie, że to nie ma żadnego znaczenia. A jeżeli chodzi o broń, to Rosja ponownie odpuściła w swojej najważniejszej kwestii, gdyż do tej pory nie sprzedawała nowoczesnej technologii Chińczykom. To przecież osłabia Rosję, ale poza bronią i surowcami – nie ma ona za wiele do zaoferowania. Ponadto Chiny mają problemy wewnętrzne – przeżywają turbulencje i w efekcie muszą się skupić na innych sprawach. Więc podłączenie się do rozwoju chińskiego, a taki był plan rosyjski, nie za bardzo działa, gdyż z tym rozwojem jest tak sobie.

(...)

sobota, 20 luty 2016 22:10

Bezużyteczni idioci Zachodu

Na podstawie słów i czynów rządów Prawa i Sprawiedliwości można wnioskować, że Polska jest najbardziej oddanym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych Ameryki na kontynencie europejskim, że wolą narodu polskiego jest pogłębienie tego sojuszu na każdej płaszczyźnie – od tej militarnej po gospodarczą. Co więcej, wnioskować można, że Polska jest ostoją wartości zachodnich, czyli chrześcijańskich i humanistycznych, że broni tradycyjnej tożsamości europejskiej, tym samym wiernie pomaga zachodnim sojusznikom w walce z islamizacją, walczy o Europę.

I

Słuchając przedstawicieli amerykańskich i szeroko pojętych zachodnich instytucji rządowych i medialnych, można wnioskować, że Polska jest najbardziej oddanym sojusznikiem Rosji na kontynencie europejskim, że wolą narodu polskiego jest zapożyczenie od Rosji niedemokratycznych, autorytarnych praktyk politycznych. Co więcej, wnioskować można, że Polska jest ostoją wartości wschodnich, czyli sowieckich i socjalistycznych, że w zachodnim kapitale widzi kolonizatora, przed którym ma zamiar bronić ludu pracującego miast i wsi. Tym samym wiernie pomaga wschodnim sojusznikom w walce z modelem liberalnym narzuconym krajom postsowieckim przez Zachód. Ofiarą tej walki, według Zachodu, jest Polska demokracja.

Wizje te, nie dość, że sprzeczne ze sobą, są wyrazem woli politycznej, a nie rzeczywistości. Wola polityczna Zachodu jest sprzeczna z wolą polityczną narodu polskiego. Kwestią czasu jest, kiedy rzeczywistość polityczna – w postaci konieczności – skoryguje owe sprzeczności. Konieczność bywa najsilniejszym czynnikiem w życiu politycznym. Zamiarem każdej ambitnej polityki jest stłumienie konieczności na rzecz woli, lecz lekcją każdej realnej polityki jest to, że w starciu z koniecznością wola przegrywa. Dlatego ci, którzy zasłużyli na miano mężów stanu, często głosili taką wolę polityczną która, choć wydawała się autonomiczna, w rzeczywistości zbiegała się z nieodległą w czasie koniecznością. Pytamy więc: dokąd zdaje się zmierzać konieczność nad Wisłą, a dokąd wola?

Polska wizja Zachodu i własnej roli w jego dziejach uparcie nie przyjmuje do wiadomości, że idea chrześcijańskiego, humanitarnego Zachodu jest mitem, że Zachód uległ gruntownej transformacji na płaszczyźnie tożsamościowej i definytywnie odciął się od wszelkich tradycji chrześcijańskich i humanistycznych, a nawet liberalnych. Można spierać się co do przyczyn tego faktu – czy był wynikiem głębszych procesów zapoczątkowanych przez Reformację i Oświecenie, czy jest rezultatem niedawnych zmian demograficznych, ale dla praktyki politycznej liczy się to, że Zachód zbudowany na fundamentach cywilizacji chrześcijańskiej i grecko-rzymskiej przeminął. Współczesny Zachód jest tworem politycznie nihilistycznym, kulturowo zagubionym. Jest potęgą militarną i ruiną gospodarczą.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 20:52

Jak okradziono Węgry

W Polsce ciągle zbyt mało ekonomistów ma odwagę mówienia o rozmiarach rabunku Polski od 1989 r. Na dodatek są oni odpychani od mediów głównego nurtu, by nie mogli oddziaływać na poglądy społeczeństwa. Na Węgrzech jest dokładnie odwrotnie. Ogromna część wpływowych ekonomistów oskarżycielsko mówi bez osłonek o rozmiarach rabunku Węgier po 1989 r. i jego sprawcach. Nadzwyczaj ostro piętnują oni kapitał zachodni na czele z osławionym George Sorosem, Międzynarodowym Funduszem Walutowym i ich krajowymi wspólnikami w rozkradaniu Węgier: partiami postkomunistów i liberałów.

Powszechnie dominuje ocena, że Węgry zostały najmocniej obrabowane przez zachodni kapitał pośród wszystkich krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W znakomitym oskarżycielskim trzyczęściowym filmie Istvána Jelenczkiego „Haború a nemzet ellen” (Wojna przeciw narodowi) padł wręcz zarzut, że obcy kapitał obrabował Węgry po 1989 r. na 270 miliardów dolarów.

Główny szkodnik – Międzynarodowy Fundusz Walutowy

Za czołowego sprawcę rabunku Węgier węgierscy ekonomiści uważają Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który usadowił się na Węgrzech już w 1982 r., na wiele lat przed Polską. Już w 1981 r. Węgry jako pierwszy kraj socjalistyczny zaczęły się ubiegać o przyjęcie do MFW. W czasie, gdy w Polsce wprowadzono stan wojenny, Węgry znajdowały się we wprost rozpaczliwej sytuacji gospodarczej. W pierwszym kwartale 1982 roku rezerwy walutowe Narodowego Banku Węgierskiego zmalały do 400 mln dolarów, co wystarczało zaledwie na pokrycie wartości miesięcznego importu.

W tej dramatycznej sytuacji Węgry liczyły, że wejście do MFW uratuje je przed kryzysem i da upragnioną chwilę oddechu w zmaganiu się z trudnościami. Niezwykle ciekawą informację na temat wyjątkowej roli MFW w zagrożonych upadkiem gospodarczym Węgrzech na początku lat 80. czytamy w stenogramie rozmowy z premierem Orbánem z okazji 25. rocznicy Pikniku Paneuropejskiego. Prowadzący rozmowę z Orbánem doradca Fideszu i kierownik jednego z programów telewizyjnych Philip Raday przypomniał szokujący fakt z 1981 r. Na życzenie prezesa Węgierskiego Banku Narodowego z Jánosem Kádárem spotkał się wówczas szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Szef MFW powiedział Kádárowi: „teraz bez nas Węgry zawalą się, będzie krach”. Na co Kádár bez zmrużenia oka – jak opowiadają to świadkowie – odpowiedział tylko tyle: „No cóż, zawsze służyliśmy potęgom, od teraz zaczynając, będziemy wam służyć” (podkr. – JRN). Nader minorowo oceniający stan gospodarczy kraju, komunistyczny rząd węgierski zgodził się na podyktowane mu ogromnie niekorzystne warunki swego członkostwa w MFW. Szeroko relacjonował to w dzienniku „Magyar Nemzet” z 7 lutego 2012 prawnik konstytucyjny Zoltán Lomnici junior w artykule pod wymownym tytułem „MFW stoi ponad węgierskimi prawami”. Według Lomniciego wydany w 1982 r. na Węgrzech dekret w sprawie funkcjonowania tam MFW faktycznie umieścił Fundusz ponad prawami węgierskimi. Na przykład w myśl tego dekretu żaden węgierski urząd nie mógł zobowiązać MFW do przedstawienia danych o jego działalności na Węgrzech. Zdaniem węgierskiego prawnika konstytucyjnego porozumienie z MFW zawierało „tak jednostronne i nieuczciwe warunki, że jeśli chodziłoby nie o MFW, a jakąś inną organizację, to sąd z pewnością doprowadziłby do ich unieważnienia”. Według Z. Lomniciego od czasów prawa rzymskiego tego typu warunki, korzystne tylko dla jednej strony, zwykło się nazywać „lwimi porozumieniami”.

Jak akcentował Lomnici, nie można podważyć reguł porozumienia przed krajowym Trybunałem Konstytucyjnym, ponieważ chodzi o międzynarodowe porozumienie, a Trybunał Międzynarodowy w Hadze zajmuje się wyłącznie spornymi sprawami między państwami. W tej sytuacji nie ma żadnych szans na poprawienie reguł prawnych tak jednostronnie korzystnych dla MFW. Jedynym wyjściem byłoby wystąpienie Węgier z Funduszu.

Według porozumienia MFW może między innymi wykupywać bez ograniczeń na Węgrzech wszelkiego typu nieruchomości, mieszkania, domy, przedsiębiorstwa, słowem wszystko, co może być wykupione i sprywatyzowane. Inny fragment porozumienia uwalniał Fundusz Walutowy od jakichkolwiek postępowań sądowych i śledztw na Węgrzech. Odnosiło się to do wszystkich kierowników i pracowników Funduszu. Cały majątek i dochody MFW były całkowicie zwolnione od jakichkolwiek podatków i ceł.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 20:32

Smutek odchodzącego świata

Z prof. Thomasem Flemingiem rozmawia Michał Krupa

Prof. Thomas Fleming – katolicki tradycjonalista i paleokonserwatywny myśliciel, były Przewodniczący Rockford Institute, redaktor „Chronicles: A Magazine of American Culture”. Autor sześciu książek.

Większość polskich tzw. ekspertów od Rosji dezinformowała opinię publiczną i de facto uczynili z Polski kraj frontowy. Rosja nigdy nie chciała, aby Polska była krajem frontowym, ale paranoiczna wizja Rosji Zbigniewa Brzezińskiego stała się samospełniającym się koszmarem. „Zbig” zrobił z Ukrainy drugi Afganistan, a z Polski drugi Pakistan – drugi raz po pierwotnej akcji wspierania afgańskich mudżahedinów w latach 1979-1980, gdy był przy władzy.

Jakim krajem są Stany Zjednoczone po ośmiu latach prezydentury Baracka Obamy?

Gdy Barack Obama został wybrany prezydentem, reakcje były podzielone w zależności od afiliacji partyjnej. Demokraci, szczególnie ci, którzy należeli do mniejszości etnicznych, oczekiwali natychmiastowego polepszenia ich warunków życia i szybkiej możliwości rozwoju. Oczekiwali również rychłego zakończenia militarnego awanturnictwa, które charakteryzowało prezydenturę jego poprzednika. Republikanie, przeciwnie, obawiali się wyższych podatków, które w połączeniu z socjalistycznymi propozycjami Obamy, doprowadziłyby do gospodarczej stagnacji i utraty szansy życiowego rozwoju. Jak się okazało, Demokraci całkowicie się mylili, a Republikanie byli zbyt optymistyczni. Czarni i latynoscy wyborcy nie uzyskali niczego poza większym oburzeniem, amerykańscy żołnierze nadal walczą w Afganistanie, a zainicjowana przez Amerykę „Arabska Wiosna” spowodowała nieopisane zniszczenia w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Częściowe ożywienie gospodarcze jest powolne i niezadowalające, a klasa średnia wiąże teraz swoje nadzieje z wyborem Republikanina na prezydenta, który najprawdopodobniej nie zrobi nic, aby cofnąć rewolucję, która przetoczyła się przez kraj przez ostatnie osiem lat. Ameryka jest obecnie krajem gdzie obywatele – szczególnie ci z Południa i chrześcijanie – są zobligowani nienawidzić swojej historii i tożsamości.

Wielu konserwatystów, szczególnie w świetle ostatniej decyzji Sądu Najwyższego legalizującej tzw. małżeństwa homoseksualne, twierdzi, że wojna kulturowa w Ameryce dobiegła końca i lewica wygrała. Niektórzy proponują tzw. opcję benedyktyńską, według której chrześcijanie powinni odwrócić się od otaczającego ich liberalizmu i zacząć tworzyć zamknięte wspólnoty moralnej ortodoksji. To zbiega się ze słynnym libertariańskim postulatem „nieregulowania małżeństwa”, implikując tym samym, że rząd nie ma żadnej roli do odegrania w ochranianiu i promocji instytucji małżeństwa. Jednak, gdy spojrzymy na klasyczną filozofię państwa, która leży w samym sercu Christianitas – lub pozostałościach tejże – nie tylko, że chrześcijanie nie powinni odwracać się od świata, lecz również władza ma moralny obowiązek karania zła i promowania cnoty, w ten sposób przyczyniając się do „wspólnego dobra” społeczności. Czy nie jest tak, że obie te opcje są niczym innym jak zwykłą kapitulacją w obliczu kulturowej hegemonii liberalizmu?

Całkowicie nie zgadzam się z libertariańską argumentacją. Wspólnota polityczna (termin „państwo” ma wiele specyficznie historycznych konotacji, które ograniczają jego użyteczność) istnieje, jak to św. Tomasz z Akwinu genialnie wydedukował od Arystotelesa, w celu stworzenia warunków sprzyjających prawemu życiu. Nie jest w stanie skutecznie narzucić cnoty, ale poprzez zabezpieczenie praw własnościowych, ustanowienie rządów prawa, sprzyjanie cnocie i oponowanie przeciwko występkom, zachęca swoich obywateli do prawego i dobrego życia.

Tzw. opcja benedyktyńska ma więcej zalet po swojej stronie, ale bazuje na złudzeniu, że Zachód zasadniczo był kwitnącą i moralnie nienaruszoną kulturą aż do czasów najnowszych (np. do lat 60. lub, w bardziej skrajnych przypadkach, do lat 20.). De facto kampania na rzecz podważenia i zniszczenia Christianitas była projektem renesansowych i oświeceniowych intelektualistów, którzy ciągle są chwaleni przez katolickich teologów, którzy nawet obecnie przywołują antykatolicką terminologię praw człowieka, demokracji i równości. Dopóki Montaigne, Locke, Kant, Hegel, Husserl i Sartre są akceptowalni w katolickich kręgach, dopóty ich członkowie nie wniosą nic użytecznego do dzieła kontrrewolucji, które jako jedyne może uratować Europę i Amerykę Północną.

(...)

sobota, 12 wrzesień 2015 14:40

Przeciwko V. kolumnie Państwa Islamskiego

16 czerwca 2015 roku w Brukseli pikietowała grupa europejskich polityków. Akcja została zorganizowana przez „Sojusz na rzecz Pokoju i Wolności” (APF). Czynny udział, wzięli w niej również: członek prezydium partii “Rodina”, współprzewodniczący klubu “Stalingrad” Fedor Biryukov, historyk i politolog z Petersburga Alexander Sotnichenko, europoseł Udo Voigt (Niemcy), byli członkowie PE Nick Griffin (Wielka Brytania) i Roberto Fiore (Włochy) oraz inni przedstawiciele „Sojuszu na rzecz Pokoju i Wolności” z Francji, Szwecji, Danii, Grecji, Hiszpanii, Czech, Łotwy i innych krajów europejskich, którzy przybyli pod siedzibę Parlamentu Europejskiego protestować pod hasłem “Stop rusofobii”.

Względność status quo w stosunkach międzynarodowych

W stosunkach międzynarodowych trwa stale konfrontacja między obrońcami status quo a zwolennikami zmian, choć do niedawna wydawało się, że ład międzynarodowy oparty na poszanowaniu nienaruszalności granic i integralności terytorialnej został powszechnie zaakceptowany. Po raz kolejny ludzkość przekonuje się jednak, że żaden ład w stosunkach międzynarodowych nie jest dany raz na zawsze. Wiara, że raz ustanowione granice będą miały charakter wieczysty, świadczy raczej o braku zrozumienia dla historii, o naiwności i bezgranicznym idealizmie, a nie o realistycznej diagnozie rzeczywistości międzynarodowej.

W praktyce izolacjonizm ściera się z aktywizmem i zaangażowaniem, tendencje integracyjne i dośrodkowe splatają się z tendencjami dezintegracyjnymi i odśrodkowymi. Nikt doprawdy nie wie, czy raz przyjęta polityka jakiegoś państwa nie ulegnie zmianie lub przewartościowaniu w dłuższej perspektywie czasowej. Na przykład Niemcy powszechnie są uznawane za państwo pokojowe i zorientowane na integrację europejską. Ale czy istnieje pewność, że kolejne pokolenia Niemców wytrwają w tej postawie i nie powrócą do rewizjonizmu terytorialnego czy ekspansjonizmu? Albo czy Chiny ostatecznie zintegrują się z systemem międzynarodowym, czy też zawsze będą strzec swojej cywilizacyjnej odrębności? Na te i podobne pytania nikt nie zna dobrej odpowiedzi. Stosunki międzynarodowe każdej epoki są bowiem wypadkową złożonych uwarunkowań geopolitycznych. Są kompromisem między siłą a prawem, ładem faktycznym i ładem normatywnym. Są także, na co wskazują konstruktywiści, rezultatem zmieniających się tożsamości uczestników stosunków międzynarodowych.

O zmianie w stosunkach międzynarodowych decyduje często wybór idei w polityce zagranicznej pojedynczych państw, co może dramatycznie wpływać na losy świata. Gdy Japonia postanowiła w drugiej połowie XIX w. zerwać z izolacjonizmem, zmieniła bieg zdarzeń w całej Azji, wyrastając na potęgę regionalną. Stany Zjednoczone, wycofując się z Europy po I wojnie światowej, przesądziły o ekspansji europejskich totalitaryzmów, po II wojnie światowej zaś, biorąc odpowiedzialność za cały Zachód, zapobiegły ekspansji stalinowskiego ZSRR. Choć o wielu strategiach decydują konkretne uwarunkowania, to jednak niebagatelne znaczenie ma zawsze określony wybór ideowy konkretnego przywództwa. Gdyby Michaił Gorbaczow nie postawił na „nowe myślenie”, rozpad radzieckiego kolosa przybrałby z pewnością inny kształt i miałby zapewne o wiele bardziej dramatyczny przebieg. Rosnące w potęgę Chiny stawiają raczej na adaptację do istniejącego porządku, a nie na jego rewizję, stąd zmiany globalne póki co przebiegają ewolucyjnie. Okazuje się zatem, że to nie sam układ sił decyduje o zachowaniach międzynarodowych państw, lecz także idee czy koncepcje na temat wykorzystania potęgi do określonych celów. Są one równie ważne jak podmioty realnie istniejące, stanowiąc nie tylko wskaźnik zmian, ale i źródło ich ważnych uwarunkowań.

W przypadku współczesnej Rosji mamy do czynienia z takim właśnie wyborem ideowym, który polega na silnej determinacji na rzecz odzyskania statusu mocarstwa, utraconego przez „niefortunny zbieg okoliczności”. „Nacjonalizm oparty na odrzuceniu liberalnego modelu politycznego, na przyjęciu modelu sui generis właściwego Rosji, przedstawianego jako przeciwstawny materializmowi, indywidualizmowi, jeśli nie wręcz dekadencji Zachodu, skutecznie posłużył władzy jako narzędzie ideologiczne do utwierdzenia jej prawomocności” (P. Buhler, O potędze w XXI wieku, Wydawnictwo Akademickie DIALOG, Warszawa 2014, s. 190). Rosja pod rządami Władimira Putina zaczęła domagać się prawa do definiowania własnych interesów, przyjmując wizję świata wielobiegunowego, a nie opartego na monocentryzmie i hegemonii jednej z potęg. Skonsolidowana i coraz silniejsza stała się wyzwaniem dla supremacji Stanów Zjednoczonych i Zachodu jako całości, gdyż zaczęła poszukiwać własnych rozwiązań integracyjnych, od BRICS począwszy, poprzez Szanghajską Organizację Współpracy, po Unię Eurazjatycką.

Nowa Rosja odrzuciła schedę ideologiczną komunizmu, ale to nie oznacza, że pozbyła się odpowiedzialności geopolitycznej za przestrzeń poimperialną. Putin był na początku jako prezydent nastawiony pozytywnie do Zachodu. Być może był jednym z najbardziej proeuropejskich liderów, jakich kiedykolwiek miała Rosja. Jednakże wraz z wewnętrzną konsolidacją państwa polityka rosyjska stawała się coraz bardziej asertywna, zwłaszcza jeśli chodzi o ochronę interesów w „bliskiej zagranicy”. Tym bardziej że Zachód nie tracił inicjatywy w rozszerzaniu NATO na Wschód czy budowaniu nowego systemu zbrojeń ofensywnych w postaci tarczy antyrakietowej. Rosja te akty odbiera jako skierowane przeciwko niej. Wskazuje, że „pod płaszczykiem” demokratyzacji Zachód, a ściślej USA i UE realizują swoje cele strategiczne, nastawione na jej okrążenie. Rosjanie uznają, że narzucanie państwom wzorów ustrojowych z zewnątrz godzi w podstawy prawne porządku międzynarodowego, narusza zasady suwerennej równości i nieingerencji w ich sprawy wewnętrzne. Rosja broni ładu pluralnego, co można odebrać jako obronę reżimów autorytarnych. Ale faktem jest, że większość państw na świecie ma ustroje niedemokratyczne, dalekie od wzorów zachodnich, dlatego Rosja mieni się rzecznikiem tych odmienności, mając przede wszystkim w tej sprawie poparcie autorytarnych Chin.

Rosję zaczęły irytować naciski ze strony Unii Europejskiej, stosującej zasadę warunkowości, to jest poszerzania współpracy za cenę zmian ustrojowych, mających przybliżyć ją do standardów zachodnioeuropejskich w dziedzinie demokracji, państwa prawa i praw człowieka. Broniąc swojej tożsamości i powołując się na własną specyfikę, Rosjanie nie czują się bynajmniej mniej „europejscy” niż ich zachodni partnerzy. Zwłaszcza że wobec innych państw dawnej Europy Wschodniej, pretendujących do struktur zachodnich, w oczach Rosjan Europa była bardziej wyrozumiała i pobłażliwa. Poza tym Rosjanie obstają przy poszanowaniu suwerenności, co przypomina im bardziej standardy Europy z czasów de Gaulle’a, Churchilla i Adenauera, a nie dyktat biurokratów brukselskich i powszechnie narzucaną nową formę ideologizacji w postaci politycznej poprawności.

Umacnianiu się Rosji sprzeciwiają się głównie Stany Zjednoczone, które po zniknięciu ZSRR jako zimnowojennego rywala zajęły pozycję hegemona w zakresie kontroli nad przestrzenią globalną. Oznacza to, że stały się one jedynym mocarstwem, które oprócz zapewnienia sobie kontroli własnych domen ma także zdolność kontrowania działań potencjalnego przeciwnika w dowolnej części przestrzeni globalnej. Arbitralnie definiują swoje cele i interesy, narzucając innym państwom swoją wizję porządku międzynarodowego, co wywołuje naturalne kontrowersje i obawy przed totalną amerykanizacją systemu międzynarodowego. Pretendują ponadto do występowania w imieniu całej „społeczności międzynarodowej”, co wywołuje odruchy sprzeciwu nie tylko Rosji czy Iranu, ale także Chin i Indii. To oznacza, że tzw. reszta świata zaczyna upominać się o swoje racje i jest gotowa mobilizować się przeciw Zachodowi, jeśli ten nie zrewiduje swoich ambicji.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

sobota, 12 wrzesień 2015 14:34

Bank Jedwabnego Szlaku

Podjęte z początkiem roku dwie chińskie inicjatywy o charakterze globalnym w polityce światowej na dalszy plan odsunęły ukraiński kryzys i inne lokalne konflikty na naszym globie. Pierwsza z nich to koncepcja „Nowego Jedwabnego Szlaku”, na początek od Pacyfiku do Bałtyku. Druga to powołanie Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), który ma projekt ten sfinansować. Na jego kapitał założycielski składa się wkład Chin w wysokości 50 mld USD i drugie tyle pozostałych uczestników. Do 31 marca miała być zamknięta lista zagranicznych jego uczestników.


I ty Brutusie…

W połowie kwietnia chińskie Ministerstwo Finansów podało, że Polska znajduje się wśród 57 państw założycielskich tego banku. Pierwsze wiadomość tę podało Polskie Radio. Powtórzyły ją nieliczne media takie jak TVP INFO, Money.pl, Bankier pl, CSPA Polska-Azja.pl. Wiadomość tę potraktowano całkowicie marginesowo. Jest to zrozumiałe w kontekście polskiej polityki zagranicznej powiązanej z amerykańskimi gwarancjami wojskowymi i politycznymi dla naszego kraju. Tymczasem USA zwróciły się z apelem do swoich sojuszników, aby nie przystępować do chińskiej inicjatywy bankowej. Powołano się na „wartości”, jakim służy kierowany przez Stany Zjednoczone Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), których Chiny nie podzielają.

Polska do ostatniej chwili w przekonaniu tym wspierała swojego amerykańskiego sojusznika. Wicepremier Janusz Piechociński jeszcze na kilka dni przed ogłoszeniem wspomnianego komunikatu chińskiego Ministerstwa Finansów zarzekał się, że Polska nie jest zainteresowana przystąpieniem do chińskiej inicjatywy bankowej. Trzeba zaznaczyć, że bez większych skrupułów wszystkie najważniejsze państwa UE przystąpiły do tego banku. Kiedy, uczyniła to Wielka Brytania i Izrael, amerykańskie gazety pisały: „I ty Brutusie….” Rzecz po imieniu nazwał Andrzej Zwoliński z Money.pl, dając nagłówek tej wiadomości „Polska jednak z Chinami przeciwko USA”. Podobnie Radosław Pyffel z CSPA Polska-Azja wydarzenie to nazwał „końcem pax Americana w Polsce”. Sam bank nie byłby może tak istotnym zagrożeniem dla amerykańskiej hegemonii finansowej, gdyby nie jego gigantyczne cele, dla których został on powołany.


Chińska inicjatywa
W ostatnich dniach minionego roku Chiny przedstawiły koncepcję „Nowego jedwabnego szlaku”. Projekt ten ma być znacznie szerszą inicjatywą niż historyczny „Jedwabny szlak”, który poprzez Azję Centralną łączył kraje Dalekiego Wschodu z Bliskim Wschodem. Teraz ta starożytna trasa ma być tylko częścią nowej koncepcji o tej samej nazwie. Sięgać ma ona dalej, aż po krańce Europy nad Atlantykiem.
Pierwszą inicjatywą idącą w tym kierunku ma być projekt budowy szybkiej kolei łączącej Pekin z Moskwą. Jest kilka wersji tego połączenia. Na wstępie najbardziej prawdopodobna wydaje się trasa południowa przez Kazachstan do Kazania. Rozpatrywana jest też wersja przez Mongolię również do Kazania. Jest to najkrótsza trasa i z tego powodu również atrakcyjna. Najmniejsze chyba szanse ma najdłuższa linia północna, prowadzona równolegle do istniejącej już kolei transsyberyjskiej.Od strony rosyjskiej przystąpiono do realizacji jej pierwszego odcinka łączącego Moskwę z Kazaniem (803 km). Czas przejazdu z Moskwy do Kazania z trzema przystankami po drodze wyniesie 3 godziny i 30 minut.
Początkowo inwestycja ta miała być realizowana przez francuską firmę szybkich kolei Alstom. Kłopoty jednak wokół wydania Rosji zapłaconych już okrętów typu Mistral spowodowały, że zrezygnowano z francuskiej firmy. Jej miejsce zajmie równie doskonała w realizacji podobnych projektów China Railway High-speed (CRH). Jest to podmiot zależny od kontrolowanej przez państwo China Railway (CR), który pracuje w joint-venture z lokalnym przedsiębiorstwem rosyjskim Uralvagonzavod. Rozstaw torów spełniać będzie rosyjskie normy (1520 mm) i na chińskiej granicy nastąpi zmiana na tory normalne (1435 mm). Pociąg na całej trasie pędził będzie z szybkością 400 km na godzinę. Odległość około 7 tys. km, pomiędzy Moskwą a Pekinem pokona w czasie 33 godzin. Obecny czas przejazdu między obu stolicami wynosi 6 dni. Koszt budowy ma wynieść około 240 mld USD. Pieniądze te mają dać Chiny; wszystko wskazuje na to, że była to ich inicjatywa. Projekt budowy szybkiej kolei łączącej Moskwę z Pekinem jest dużym wydarzeniem dla azjatyckiego kontynentu. Tą trasą Chiny będą równie szybko komunikować się nie tylko z Rosją, ale też z Europą, aż po Lizbonę nad Atlantykiem. Na przeciwnym kierunku znajdzie się Qanzgzhou nad nad Cieśniną Tajwańską z w wyjściem na Pacyfik.
Przez Cieśninę Beringa
Rosja z zadowoleniem przyjęła chińską propozycję budowy szybkiej kolei Moskwa-Pekin. Będzie ona następną, tym razem wspólną z Chinami inwestycją umożliwiającą zagospodarowywanie niezmierzonych bogactw naturalnych na terenie przede wszystkim Syberii Wschodniej i Dalekiego Wschodu. Dlatego będzie zapewne lobować za przebiegiem północnej trasy zbliżonej do linii transsyberyjskiej. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że wybudowano już południkową linię kolejową Berkait-Jakuck (889 km), łączącą to miasto z trasą Transybeyjską i Bajkalsko-Amurską Magistralą (BAM).
Wraz z chińską inicjatywą połączenia kolejowego Moskwa-Pekin w Rosji odżyła koncepcja przedłużenia kolei z Jakucka na Magadan oraz przez Cieśninę Beringa do USA. Po raz pierwszy była ona zaprezentowana kilka lat temu. Po stronie amerykańskiej opracowano już pierwsze rozwiązania techniczne dla tunelu kolejowego pod tą cieśniną. Projekt ten wzbudza też znaczne zainteresowanie po stronie chińskiej, która gotowa byłaby uczestniczyć w nim jako trzeci partner. Jednakże realiści chińscy pierwszeństwo dają inwestycji Pekin-Moskwa. Na drugim planie widzą oni jej uzupełnienie na kierunku Nowy Jork.
Kolejnym krokiem na tej drodze ma być budowa mostu drogowo-kolejowego na rzece Lenie niedaleko Jakucka. Most ten ma być niezwykłym przedsięwzięciem technicznym, wybudowanym na terenie wiecznej zmarzliny kosztem kilku miliardów dolarów. Z roku na rok Rosjanie odkładają jego budowę ze względu na kryzys finansowy. Chińsko-rosyjsko-amerykańskie porozumienie nadałoby mu szybką rangę wykonalności i realnych dalszych prac na tym kierunku. Porozumienie takie wydaje się na razie czystą utopią, choć nie wiadomo, co się jeszcze może wydarzyć.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.