piątek, 28 styczeń 2011 11:16

Dorn, Kaczyński i bierne prawo wyborcze Polaków

Napisane przez

Podstawą demokracji są wolne wybory. PRL nazywała się demokracją ludową, a zagwarantowane konstytucyjnie wolne wybory polegały na tym, że na głosowanie można było pójść albo nie pójść, a jak się poszło, to za kotarą (tajnie!) można było albo kogoś skreślić, albo nie skreślić. O tym, kto znajdował się na listach wyborczych decydowała Partia. Jedna, jedyna i słuszna.

 

Po 1989 roku nastąpił w zakresie wolnych wyborów znaczący postęp. Nie tylko można na głosowanie pójść albo nie pójść, nie tylko można za kotarą wypisywać na karcie wyborczej, co się chce, albo i ją nawet podrzeć lub zjeść. Można też postawić krzyżyk przy jednym nazwisku na listach sporządzonych nie przez jedną partię, ale nawet bardzo wiele partii, dzięki czemu do głosowania dostajemy nie listę nawet, ale wręcz całą książeczkę z nazwiskami. Jednak o tym, kto się w tej książeczce znajdzie decydują partie, choć już nie jedna partia.

A cóż to jest bierne prawo wyborcze? Tej sprawy ogromna większość Polaków wydaje się nie rozumieć, co nie jest takie dziwne, jeśli się zważy osobliwe rozumienie biernego prawa wyborczego przez najwybitniejszych polskich konstytucjonalistów, autorów podręczników i innych oficjalnych i zawodowych nauczycieli obywatelskości i standardów demokracji.

Bierne prawo wyborcze, tak jak je rozumieli twórcy Rzeczypospolitej (ale nie III RP), Alexis de Tocqueville czy Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych, to równe dla wszystkich prawo do kandydowania, ograniczone tylko minimum wymogów formalnych. Jakie to są te minimalne wymogi formalne? Trzeba być pełnoletnim obywatelem, którego praw obywatelskich nie ograniczono wyrokiem sądowym. Jak to wygląda w praktyce dojrzałej demokracji, pokazał popularny ostatnio przykład amerykańskiej senator Lise Murkowski. Liza Murkowski, członek Partii Republikańskiej, przegrała partyjne prawybory na urząd senatora stanu Alaska i jej partia zgłosiła innego kandydata. Liza Murkowski ogłosiła decyzję o kandydowaniu niezależnym. Kandydatury swojej nawet nie rejestrowała w żadnej komisji wyborczej. Wezwała mieszkańców Alaski, żeby sami wpisywali jej nazwisko na kartkach wyborczych. I wygrała wybory.

Jest to sytuacja niewyobrażalna w polskim systemie wyborczym. Nie ma czegoś takiego, jak możliwość ważnego dopisania czyjegoś nazwiska na listach wyborczych. Ale w ogóle NIE MA PRAWNEJ MOŻLIWOŚCI, żeby jakikolwiek obywatel Rzeczypospolitej mógł zarejestrować swoją kandydaturę w wyborach do Sejmu! Najpierw musi powstać komitet wyborczy, co najmniej 15 osób, i ten komitet musi zebrać podpisy co najmniej 1000 wyborców z okręgu. Potem ten komitet musi sporządzić LISTĘ, średnio co najmniej 12 osób. Obecnie co najmniej pięć z tych osób musi być płci pięknej. Pod taką listą musi zebrać co najmniej pięć tysięcy podpisów. Wtedy taką listę można zarejestrować w okręgu.

Jednak nawet spełnienie tych wymogów nie oznacza, że istnieje jakakolwiek szansa na wybór kogokolwiek z tej listy. Obowiązuje bowiem 5% próg wyborczy. Ponieważ w jednym okręgu mieszka średnio mniej niż 2,5% wyborców, to aby w ogóle istniała szansa, to musi w innych okręgach wyborczych (co najmniej dwu) zarejestrować się komitet o tej samej nazwie i zarejestrować tam inne listy wyborcze! Próg wyborczy oznacza de facto, że nawet stuprocentowe zwycięstwo w jednym okręgu wyborczym nie daje jeszcze możliwości uzyskania mandatu poselskiego!

                (...)

Wyświetlony 1798 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.