czwartek, 29 grudzień 2011 19:20

Katolicy, lekarze i Zieloni

Napisane przez

Katolicy w Australii tradycyjnie oddają głosy na Partię Pracy. Z tym, że w ostatnich latach w dowództwie Partii Liberalnej pojawia się ich coraz więcej. Dwa lata temu statystyki liczyły po 30% katolików w gabinecie rządowym i gabinecie cieni. Nie ma w nich przedstawicieli religii niechrześcijańskich.

 

Były już teraz premier federalny Kelvin Rudd wychował się w rodzinie katolickiej, a później zaczął uczęszczać do kościoła anglikańskiego. Lider opozycji Tony Abbott jest znany ze swojego przywiązania do katolicyzmu i z częstych kontaktów z przewodzącym australijskiemu Kościołowi kardynałem Pellem. Jedynym w historii parlamentu federalnego posłem wyznającym islam jest od 2010 roku, po ostatnich wyborach federalnych, z ramienia Partii Pracy, jest Ed Husic z rodziny pochodzącej z Bośni. Został zaprzysiężony na Koran.

Dwoje posłów z gabinetu rządowego (a żaden z posłów gabinetu cieni, chociaż dwóch odmówiło odpowiedzi) określiło się jako niewierzący. Pozostali, czyli prawie wszyscy, przyznali się do chrześcijaństwa. To wszystko dzieje się w kraju, w którym jeden z sondaży firmy Nielsen dla gazety ?The Age? podaje, że 84% respondentów (wśród nich 78% podających się za chrześcijan) utożsamia się ze stwierdzeniem, że religia i polityka powinny być oddzielone. W każdym razie, artykuł w ?The Age? ma w tytule frazę katoliccy liberałowie szturmują.

Lekarze z zagranicy

Marnują się. Tak w skrócie można by opisać ich sytuację w Australii. W anegdotach, najczęściej prowadzą taksówki lub wykonują prace niewykwalifikowane. Po pracy uczą się do egzaminów z angielskiego i jeszcze trudniejszych, medycznych.

Wymagania są duże, ale nie powiedziałbym, że wygórowane dla przedstawicieli tak odpowiedzialnego zawodu. Przykładowo, wymagane jest przynajmniej siedem w każdym z czterech komponentów egzaminu IELTS z języka angielskiego (ocena maksymalna to 9, ekwiwalent władania językiem przez rodowitego osobnika). Ale słyszałem opinie Australijczyków, że idą do lekarza pierwszego kontaktu z kraju azjatyckiego i ani w ząb nie mogą się z nim dogadać. A wyjścia, czy też wyboru nie mają wielkiego: lekarzy brakuje.

Po zaliczeniu egzaminów z języka czekają dwa egzaminy medyczne: test teoretyczny i test praktyczny ? kliniczny (diagnozowanie pacjentów lub aktorów odgrywających pacjentów przed doświadczonym lekarzem-egzaminatorem). Oba kosztują kilka tysięcy dolarów za każde podejście. Szczęśliwcy, którym uda się ta sztuka, mogą dopiero wtedy szukać pracy i starać się o formalną rejestrację zawodową. Bez pełnej rejestracji mogą jedynie zapychać luki w obsadzie niezbędnych etatów medycyny publicznej.

W porównaniu do lat tuż powojennych ich sytuacja jest o niebo lepsza. Protekcjonizm zawodów dobrze płatnych nie dawał im wtedy dużych szans na spełnienie zawodowe. Jeszcze 20 lat temu istniały ograniczenia kwotowe pozytywnie zdanych egzaminów dla absolwentów uczelni medycznych spoza Australii. Dwa egzaminy w roku, z każdego stu najlepszych kandydatów zaliczało, niezależnie od tego, jak dobre wyniki mieli następni w kolejce. Polski lekarz podejmujący takie wyzwanie przekazał mi atmosferę z kursu języka angielskiego dla lekarzy. Nauczyciel doradza wykwalifikowanym zagranicznym lekarzom, żeby się nie łudzili i poszukali sobie lepiej pracy w fabryce. Twarda musiała być ta grupa, bo znajomy śmieje się: do dzisiaj wszyscy co do jednego pracują jako pełnoprawni lekarze.

(...)

Wyświetlony 1670 razy
Więcej w tej kategorii: « Emisja długu po chińsku Havel »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.