Stanisław Bieleń

Stanisław Bieleń

Polski politolog specjalizujący się w problematyce tożsamości w stosunkach międzynarodowych, polityce zagranicznej Rosji, międzynarodowej roli mocarstw, strategiach i stylach w negocjacjach międzynarodowych.

czwartek, 13 wrzesień 2018 06:47

Jaki status dla Polski?

Nie trzeba być profesjonalnym znawcą stosunków międzynarodowych, aby wiedzieć, że we wszystkich systemach międzynarodowych, jakie znamy od najdawniejszych czasów, istniała hierarchia uczestników ze względu na ich status. Jest to kryterium rozstrzygające o „porządku dziobania” w środowisku, które ma charakter poliarchiczny (oparty na wielości władz), choć zgodnie z tradycją realistyczną przypisuje się mu błędnie charakter anarchiczny.

czwartek, 10 maj 2018 05:13

Ład pluralny jako imperatyw przetrwania

Po zakończeniu „zimnej wojny” Zachód przekonany o swojej wyższości cywilizacyjnej przyjął założenie, że ład międzynarodowy przybierze charakter „liberalny”, że zostanie oparty na jego wartościach, normach i instytucjach. Hegemoniczne mocarstwo, jakim ogłosiły się Stany Zjednoczone, wzięło na siebie uniwersalną rolę – pełną megalomanii i wyższości - obrony wyznawanych przez Zachód wartości.

czwartek, 25 styczeń 2018 09:19

Między samostanowieniem a status quo

Gdyby konsekwentnie dążyć do realizacji prawa narodów do samostanowienia, to cała mapa polityczna współczesnego świata uległaby głębokiej dekompozycji. Wynika to z faktu, że współcześnie nie ma w zasadzie terytoriów monoetnicznych. Aż w przypadku 9/10 niepodległych państw ich obszar nie pokrywa się z podziałami etniczno-kulturowymi. Wszelkie próby zmiany tego stanu rzeczy (poprzez przesiedlenia, deportacje, wypędzenia lub „czystki etniczne”, wymuszoną asymilację bądź prawne nieuznanie odrębności) z reguły prowadzą do zbrodni.

wtorek, 24 październik 2017 19:06

Strach przed Rosją

Jak pisał francuski badacz Dominique Moïsi, strach jest psychiczną reakcją w obliczu nadciągającego rzeczywistego lub wyolbrzymionego niebezpieczeństwa. To pewien stan emocjonalny jednostek i grup społecznych, który wyzwala odruchy obronne. Powoduje wyostrzenie uwagi na otoczenie, ale zdradza także słabe punkty ludzi i ich zbiorowości. Ma z pewnością funkcje mobilizujące, aby przeciwdziałać realnemu bądź urojonemu zagrożeniu. Kiedy jednak przeradza się w obsesję, poważnie ogranicza zdolność do nawiązywania normalnych kontaktów, ma efekty paraliżujące. Przesadny strach prowadzi do aberracji w postrzeganiu innych, wywołując paniczne reakcje obronne, pogarszające sytuację, a nie odwrotnie. Strach nie sprzyja budowie zaufania. Prowadzi raczej do eskalacji wrogości, narastania uprzedzeń i negatywnych nastawień. Potrafi spętać racjonalne myślenie, prowokować wybuch zbiorowych paranoi, ksenofobicznych histerii, podejrzliwości i wykluczenia. Zjawiska te wystąpiły w stalinowskim Związku Radzieckim, ale także w III Rzeszy czy w Stanach Zjednoczonych w latach pięćdziesiątych XX wieku wskutek erupcji maccartyzmu.

poniedziałek, 10 lipiec 2017 17:56

O strefach wpływów

W stosunkach międzynarodowych stale występują procesy wzajemnego wpływania na siebie przez państwa, zwłaszcza mocarstwa oraz wielkie korporacje, struktury transnarodowe i ponadnarodowe, w tym związki integracyjne i sojusze. Rywalizacja o wpływy przybiera formy pokojowego współzawodnictwa i walki konkurencyjnej, ale także – w skrajnych wypadkach – konfliktów zbrojnych i wymuszania korzyści siłą. W tej bezwzględnej rywalizacji ofiarami padają w pierwszej kolejności państwa słabe pod względem gospodarczym i wojskowo-politycznym. Obserwuje się wówczas wchodzenie państw uzależnionych w pole przyciągania państwa dominującego, które tworzy zjawisko satelizacji lub klientelizacji wokół państwa-bieguna. Te procesy są podstawą występowania stref wpływów, w których dominacja jednego mocarstwa, nawet z zastosowaniem środków przymusu, ogranicza istotnie niezależność i swobodę działania słabszych uczestników.

czwartek, 23 marzec 2017 23:10

Rozterki globalizacyjne Rosji

Stanowisko Rosji wobec globalizacji sprowadza się do starego dyskursu między modernizacją a tradycjonalizacją, między zwolennikami otwarcia na świat a obrońcami unikalnej drogi rozwoju. W istocie jest to dyskurs identyfikacyjny, który w Rosji trwa od kilkuset lat i ma ważne implikacje dla rozwoju współpracy międzynarodowej oraz dla ewolucji ustrojowej Rosji w warunkach globalizacji. Zgodnie z rosyjską tradycją chodzi bowiem o to, żeby wyciągnąć jak najwięcej korzyści z zachodzących procesów w świecie, ale zapłacić za to jak najmniejszą cenę. Chodzi też o to, żeby przetrwać ze swoją specyfiką w dynamicznie zmieniającym się świecie. Takie podejście nieuchronnie prowadzi do kolejnej hybrydyzacji Rosji.

sobota, 10 grudzień 2016 00:36

Czy kres amerykańskiej hegemonii?

Stany Zjednoczone w swojej historii praktykowały wszystkie formy dominacji – były imperialistyczne, kiedy dokonywały podbojów terytorialnych w XIX wieku, praktykowały przywództwo oparte na prymacie po II wojnie światowej wobec Europy poprzez Plan Marshalla i utrzymanie Paktu Północnoatlantyckiego, wreszcie po zakończeniu „zimnej wojny” stały się jedyną potęgą hegemoniczną, która może podjąć wyzwanie sprostania odpowiedzialności za utrzymanie ładu globalnego. Ich skłonność i zdolność do ponoszenia kosztów utrzymania stabilności systemu międzynarodowego ulega jednak deformacji, spowodowanej narastającym egoizmem w zaspokajaniu swoich interesów ideologicznych, politycznych, wojskowych i gospodarczych. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku słychać było wiele głosów, przestrzegających Stany Zjednoczone przed niepohamowanymi ambicjami i nieograniczonymi możliwościami wzrostu potęgi. Modnym nurtem był tzw. deklinizm, któremu najwięcej popularności przysporzył Paul Kennedy (Mocarstwa świata. Narodziny, rozkwit, upadek, Warszawa 1994).

sobota, 20 sierpień 2016 14:47

Potęga Rosji w czasie i przestrzeni

Rosyjskie tradycje wielkiej potęgi sięgają panowania Piotra I oraz wojny północnej, w której kulminacyjnym punktem było zwycięstwo nad Szwedami pod Połtawą w 1709 roku. Termin „wielkie mocarstwo” towarzyszył Rosji od połowy XVIII wieku, choć dopiero na kongresie wiedeńskim w 1815 roku oficjalnie posłużono się tym określeniem.

Rosja znalazła się pośród ówczesnych olbrzymów – Wielkiej Brytanii, Austrii i Prus – w ramach tetrarchii, a następnie po powrocie do tego kręgu Francji – pentarchii europejskiej. Les grandes puissances wyróżniały się szczególnymi atrybutami mocarstwowości. Należały do nich: posiadanie skutecznej armii dla ochrony państwa, rozbudowany aparat biurokratyczny, kontrolujący ludność i terytorium, oraz wzrost roli narodu obywatelskiego, który przejmował legitymizację władzy od absolutnego władcy.

Rosja spełniała pierwsze dwa kryteria dzięki konsekwentnej polityce Katarzyny II, ale wykształciła taki system autokracji carskiej (samodzierżawia), który zaprzeczał ideałom oświeceniowym, odwołującym się do umowy społecznej i praw obywatelskich. Nie przeszkadzało jej to jednak w uczestniczeniu w europejskim „koncercie mocarstw” i sprawowaniu funkcji jednego ze stabilizatorów (żandarmów) ówczesnego porządku międzynarodowego. Mocarstwa europejskie godziły się z tym, że Rosja, powołując się na swoją tradycję i specyfikę ustrojową, broniła antyoświeceniowych idei, które pozwalały konserwować anachroniczny w stosunku do nich porządek społeczny. Takiej postawie sprzyjało rosyjskie prawosławie, które dawało ideologiczne uzasadnienie imperialnej misji Rosji. Reformatorskie impulsy w XIX wieku stanowiły niewątpliwie refleks wpływów Zachodu. Rewolucja bolszewicka 1917 roku była potwierdzeniem głębokiego kryzysu wartości, którego carska Rosja nie była w stanie pokonać. W rezultacie, najbardziej zmilitaryzowane mocarstwo europejskie upadło pod ciężarem własnej rewolucji.

Kryzys tożsamości mocarstwowej Rosji rozpoczął się już w połowie XIX wieku, kiedy porządek wiedeński załamał się w wyniku wojny krymskiej, w której dwa mocarstwa zachodnie – Francja i Wielka Brytania – starły się zbrojnie z wojskami carskimi. Wtedy też zaczęło ujawniać się rozdwojenie między traktowaniem Rosji jako jednego z ważnych graczy sceny europejskiej a jej cywilizacyjnym napiętnowaniem. W liberalnych kręgach Zachodu mitologizowano zagrożenia ze strony despotycznego mocarstwa wschodniego, które zaczęto „wypychać” z Europy. To wtedy zrodził się mit o antynomii Rosji i Europy. Przeczył on oczywistej prawdzie, że w przypadku Rosji mamy do czynienia ze specyficznym wariantem cywilizacji wywodzącej się z Bizancjum, która bez wątpienia należy do europejskiego dziedzictwa. Jednakże efekt antynomii pogłębiały także rosyjskie doktryny w rodzaju słowianofilstwa czy panslawizmu. Pod względem militarnym i gospodarczym Rosja zaczęła wyraźnie ustępować potęgom zachodnim, traciła prestiż i pozycję mocarstwa rozgrywającego w polityce europejskiej. Wraz z nastaniem bismarckowskiej Realpolitik, w latach 60. i 70. XIX wieku, Rosja znalazła się na peryferiach wielkomocarstwowej rywalizacji. Wzięła wprawdzie udział w tworzeniu koalicji z Francją i Wielką Brytanią w celu przeciwważenia mocarstw centralnych, ale straciła wiarygodność jako państwo zdolne do rozegrania wielkiej kampanii wojennej. Klęska w wojnie z Japonią potwierdziła te oceny. Dopiero wielkie batalie II wojny światowej przywróciły rosyjskiej armii reputację zwycięzcy.

(...)

Lipcowy szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego w Warszawie daje powód do głębszych przemyśleń na temat funkcji tego przymierza we współczesnym świecie. Ze względu na negatywne doświadczenia z amerykańską hegemonią, a także narastanie wewnętrznych podziałów w NATO na tle niemocy decyzyjnej, w wielu państwach członkowskich zdaje się narastać zniechęcenie, a nawet tendencja do ograniczania dotychczasowych zobowiązań.

Ponadto w czasach narastania zagrożeń terrorystycznych i przesuwania akcentów z bezpieczeństwa militarnego na bezpieczeństwo migracyjne rodzą się naturalne ciągoty izolacjonistyczne, którym nie przeszkodzi żadna presja ze strony lidera tracącego pozycję i autorytet. Tym bardziej że grozi mu potencjalnie przywództwo prezydenta, który jako kandydat nie tylko podważa sens uczestnictwa Ameryki w kosztownym sojuszu, ale sam także nawiązuje do tradycji izolacjonistycznych. Nie wiadomo, czy takie tendencje są naturalnym rezultatem rozkładu i obumierania „starego sojuszu”, czy zwyczajnej krótkowzroczności i populizmu przywódców politycznych, tracących instynkt samozachowawczy i nieodróżniających zagrożeń o charakterze strategicznym od tego, co niosą zamachy terrorystyczne dnia codziennego. Okazuje się, że strach i panika spowodowane aktami terroru mogą mieć większe konsekwencje dla strategii obronnej chwiejnych państw niż zagrożenia atakiem jądrowym ze strony nieprzyjaznych potęg.

W ostatnich dekadach, po zakończeniu „zimnej wojny” Sojusz Północnoatlantycki sukcesywnie odchodził od swojej podstawowej roli przymierza obronnego. Będąc regionalną organizacją bezpieczeństwa zbiorowego na zasadzie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, ulegał jednocześnie globalnym interesom amerykańskiego hegemona. Stawał się narzędziem utrwalania światowej supremacji USA kosztem jego europejskich uczestników. Wprawdzie nie wszystkie państwa członkowskie NATO opowiedziały się na rzecz działań interwencyjnych out of area, czyli poza obszarem obowiązywania casus foederis, wyrażonego w art. 5 traktatu waszyngtońskiego (na przykład Francja była przeciwna atakom na Serbię w 1999 r., wraz z nią Niemcy i Belgowie sprzeciwiali się wsparciu interwencji amerykańskiej w Iraku w 2003 r.), to jednak konflikt między najważniejszymi uczestnikami sojuszu doprowadził do paraliżu decyzyjnego, czego skutkiem stało się osłabienie całej koalicji.

Powodem deprecjacji Sojuszu Północnoatlantyckiego było z jednej strony rozbicie wspólnoty celów strategicznych poprzez narzucenie przez USA unilateralnej polityki bezpieczeństwa, lekceważącej dotychczasowe mechanizmy koordynacyjne i konsultacyjne (m.in. poprzez tworzenie tzw. koalicji chętnych). Z drugiej strony niemałą rolę odegrało liczebne powiększanie składu NATO, co działało negatywnie na jego spójność i efektywność. Wraz ze wzrostem liczby członków – co oczywiste – wzrasta wielość i intensywność więzi dwustronnych i wielostronnych. Zbyt duża liczebność uczestników rodzi jednak problemy związane z ich koordynacją oraz stanowi pożywkę dla sprzeczności i napięć. Ostatecznie im większy jest sojusz, tym mniej istotny staje się wkład pojedynczych państw, zwłaszcza tych mniejszych. Maleje też ranga indywidualnych zobowiązań. To wszystko wynika z dość znanej prawidłowości, że zdolności obronne i potencjał sojuszy nie są prostą sumą elementów składowych państw uczestniczących. Wysoki stopień integracji, przede wszystkim w płaszczyźnie wojskowej (wspólna doktryna strategiczna, mechanizmy dowodzenia, łączności, ujednolicenie sprzętu, podobieństwo organizacji wojska, uzgodnione proporcje siły ogniowej jednostek bojowych, porównywalność wyszkolenia, wspólne manewry, gry wojenne i in.) powoduje istotny wzrost jakościowy siły i potencjałów sojuszy jako całości w porównaniu do arytmetycznej sumy wkładów poszczególnych uczestników.

(...)

sobota, 20 luty 2016 23:25

Wojny naszych czasów

Do początku XX wieku wojna była dozwolonym przez prawo międzynarodowe środkiem rozstrzygania i regulowania sporów międzynarodowych, a ius ad bellum (prawo wypowiadania i prowadzenia wojny) było uznawane za naturalny atrybut suwerena. Zgodnie z tezą Carla von Clausewitza wojny uważano za przedłużenie polityki za pomocą innych środków. To zdanie nabrało charakteru aksjomatu, choć można wskazać na jego absurdalność, gdyż wszelkie wojny przeczą zdrowemu rozsądkowi i nie są żadną racjonalną „kontynuacją polityki”, ale jej zaprzeczeniem i unicestwieniem.

Przez wieki wynik wojen decydował o statusie terytorialnym i politycznym, a nawet o istnieniu bądź nieistnieniu państwa. Wojny towarzyszyły ludzkości od tysięcy lat. Toczono je o terytoria, bogactwa, władzę, a nawet o kobiety, jak wojnę trojańską. Były rezultatem niezaspokojonych potrzeb, żądzy panowania, chciwości, nienawiści, strachu, zemsty. Następowały wtedy, gdy siłą można było osiągnąć swoje cele, a także gdy wymagały tego honor, duma czy idea (religia bądź ideologia).

Wojny jako relacji międzyludzkiej nie udało się dotąd zatrzymać i nic nie wskazuje na to, aby miało to nastąpić w przewidywalnym czasie. Ograniczono wszak użycie siły w stosunkach międzynarodowych. W XX wieku zakaz stosowania siły lub groźby jej użycia został podniesiony do rangi jednej z podstawowych zasad stosunków między państwami – artykuł 2. pkt. 4. Karty Narodów Zjednoczonych. Państwa zachowują jednak prawo do legalnego użycia siły w wykonaniu zapisanego w artykule 51. Karty prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony. Oznacza to, że siła wojskowa pozostaje środkiem zapewniania bezpieczeństwa państw. Jednakże możliwości skorzystania z tego prawa zostały ograniczone przez normy międzynarodowe. Po pierwsze, chodzi o przypadek, kiedy przeciwko państwu dokonano napaści, a po drugie, środki podjęte dla samoobrony powinny być podane do wiadomości Rady Bezpieczeństwa ONZ i w niczym nie mogą ograniczać jej kompetencji do podjęcia akcji, jaką uzna ona za konieczną dla przywrócenia międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa.

Największy – obok prawa międzynarodowego – wpływ na ograniczenie roli czynnika wojskowego miała rewolucyjna zmiana w technologiach i technikach wojennych. Broń masowej zagłady postawiła przed ludzkością groźbę całkowitego zniszczenia na wielkich obszarach globu, a nawet w skali całej Ziemi. To z tych przede wszystkim względów wojna lub groźba wojny na wielką skalę przestały być ultima ratio polityki państw. W stosunkach międzynarodowych rozpoczęła się era debellizacji. Okazało się, że bronie jądrowe − „najlepsze” z dotychczasowych, ponieważ najbardziej skuteczne − są najmniej użyteczne. Ze względu na równoważenie się potencjałów jądrowych, będących w dyspozycji dwu największych potęg epoki zimnowojennej – USA i ZSRR, efektywna siła uderzenia jądrowego została zredukowana do zera. Chodziło o to, że żadna z potęg jądrowych, ani też żaden z sojuszy wojskowo-politycznych – NATO i Układ Warszawski − nie były w stanie zadać skutecznego pierwszego uderzenia i były wystawione na odwetowe uderzenie drugiej strony. Amerykański uczony John Herz nazwał kiedyś ten stan rzeczy równaniem między absolutną potęgą a absolutną impotencją. Równowaga strategiczna opierała się nie tylko na przybliżonym equilibrium siły, lecz także na psychologicznym przeświadczeniu (strachu), że ten, „kto zaatakuje pierwszy, zginie jako drugi”, dzięki zdolności każdej ze stron do zadania ciosu odwetowego. Była to podstawowa przesłanka strategii odstraszania, dzięki której nie doszło do wojny totalnej na wielką skalę. Wydaje się, że w użyciu broni ludzkość przekroczyła w XX wieku punkt zwrotny, w którym maksymalizacja śmierci i zniszczenia osiągnęły swoje apogeum, rozbudzając u większości osób naturalny instynkt samozachowawczy. Nowe generacje broni inteligentnych, coraz bardziej precyzyjnych i selektywnych będą zapewne sprzyjać powstrzymywaniu działań wroga przy jak najmniejszych kosztach zabijania. Jednocześnie dla militarystów będą stanowić pokusę ich wypróbowania na polu walki. Świat zatem będzie nadal areną rozmaitych wojen ograniczonych i lokalnych, z użyciem zarówno bardzo wyrafinowanych pod względem technicznym, jak i prymitywnych (bo tanich) narzędzi walki.

(...)

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.