niedziela, 19 grudzień 2010 17:20

Czy Polska jest skazana na podrzędność?

Napisane przez

Zapóźnienie cywilizacyjne Polski jest faktem. Dziesiątki koniecznych jak powietrze mostów, które w krajach wysokorozwiniętych byłyby oczywistą częścią pejzażu od stulecia, u nas pozostają w sferze planów. Na europejskiej mapie autostrad nasza ojczyzna jest niemal pustynią. Struktura zatrudnienia bardziej przypomina trzeci świat, niż Zachód – ten sam, na kształt którego niegdyś w istotnym stopniu wpływaliśmy.

Ostatnich trzynaście lat przyniosło zmniejszenie dystansu do krajów, które w ciągu naszego ?czerwonego czterdziestopięciolecia? rozwijały się niewspółmiernie szybciej od nas. Od 1989 roku podwoiliśmy liczbę samochodów, dokonaliśmy rewolucji telekomunikacyjnej, w znacznej mierze też ? informatycznej. Wszystko to jest jednak tylko podążaniem za cywilizowanym światem ? naszym układem odniesienia. Pomimo posiadanych tradycji ? w żadnej dziedzinie nie osiągnęliśmy poziomu, o którym moglibyśmy stwierdzić, że dorównujemy najlepszym i ?wyraźnych dysproporcji tu już nie ma?. Nawet jeśli osławiona jednostka specjalna ?Grom? składa się z komandosów lepszych od tych z izraelskich brygad antyterrorystycznych ? niedawno mieliśmy dowód na to, że osiągnięcie stanu gotowości bojowej tych kilkudziesięciu ludzi musiało trwać kilka razy dłużej, niż kampania wrześniowa z 1939 roku, dla której, przypomnijmy, w ciągu paru dni skutecznie zmobilizowaliśmy ponad milion żołnierzy. Sukcesy mikroskopijnych zespołów naukowych specyficznych dziedzin i nie większych specjalistycznych przedsiębiorstw ? to wyjątki potwierdzające ogólną regułę, ale też i dowody na to, że może być całkiem inaczej. Czy jesteśmy więc skazani na nie kończące się podążanie za nadającymi ton i radowanie się z wyprzedzania Albanii? Zarazem ? jeśli nasze cele określimy wyłącznie jako ?dogonienie? Zachodu ? osiągnięcie właściwej Polsce pozycji nie nastąpi nigdy.

Ponad wszelką wątpliwość ? bez sieci autostrad nie stworzymy silnej gospodarki. Zasklepiając się jednak w idei ich budowy i wiwatując na cześć kolejnych otwartych odcinków ? nie zapominajmy, że są one wynalazkiem mającym już osiemdziesiąt lat. Większość z nas doczeka zapewne czasu, w którym i autostrady i samochody przestaną być dominującymi środkami transportu, a może nawet zaczną pełnić rolę budzących rozbawienie archeologicznych dowodów kreatywności rodem z muzeum w Biskupinie. Co je zastąpi? Ano właśnie ? czy tym razem też czekać będziemy, aż gotową ofertę podadzą Anglosasi, Japończycy lub Niemcy?
Przewaga kilkudziesięciu lat ? jaką w niektórych dziedzinach mają nad nami kraje najwyżej rozwinięte ? nie oznacza, że nadrobieniu dystansu musimy poświęcić podobne morze czasu. Mamy np. nieuregulowane rzeki, ale dzięki kosztownym błędom popełnionym jeszcze w okresie międzywojennym przez Szwajcarów i Holendrów wiemy, że betonowanie rzecznych koryt przynosi skutki opłakane. Podobne wnioski możemy czerpać z licznych pułapek, w które boleśnie wpadli ?przecierający szlaki? liderzy. Można więc stwierdzić nie do końca sarkastycznie, że zapóźnienie miewa także dobre strony.
Na czym się skupić, by nie tylko zmniejszyć dystans, ale dorównać, a może nawet ?przeskoczyć? najlepszych? Na co postawić, jeśli zasobów na eksperymenty mamy jak na lekarstwo?
Obszarem dla naszej przyszłości strategicznym, a ogromnie zaniedbanym, jest edukacja. Utrwalił się zwyczaj obsadzania najwyższych stanowisk MEN-u dyletantami nie umiejącymi nawet w przybliżeniu oszacować efektów i kosztów własnych rozporządzeń. Potrafiącymi skutecznie generować jedynie bałagan, a niezdolnymi do wskazania jakichkolwiek logicznych dróg rozwoju. Co rusz wdrażane są i wycofywane groteskowe, kosztowne pseudoreformy. Jestem gorącym zwolennikiem powstawania najróżniejszego rodzaju szkół prywatnych. Raduję się bardzo z zasłużonego sukcesu tych, które są tworzone rzetelnie, przez ludzi uczciwych i kompetentnych. Jednocześnie przeraża mnie niekontrolowany rozkwit przedziwnych niby-liceów i ?uczelni wyższych?, których kadra bez żenady potrafi ?kształcić? tzw. studentów, mimo że sama nigdy nie ukończyła żadnych studiów. Nierzadko bywa, że grupa nauczycieli akademickich z uczelni z tradycjami, w jej pobliżu wykupuje jakieś tanie, przypadkowe budynki i zakłada ?szkołę wyższą?. Wszystko po to, by w przerwie między zajęciami odwalić intratną chałturę. Liczba studentów nam się potroiła, ale obawiam się, że jakość kształcenia bywa odwrotnie proporcjonalna, a często jeszcze gorsza.
Rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego w roku 1991 dokonał cięć w budżecie oświaty, które spowodowały trwałą degradację polskiego szkolnictwa. Niewielu już pamięta, że jednym pociągnięciem zlikwidowano wszystkie zajęcia pozalekcyjne. Chóry, kluby, kółka zainteresowań, SKS-y, zespoły artystyczne etc. ? pozbawione minimalnego finansowania ze strony państwa ? w większości przestały istnieć. Mało tego ? we wszystkich klasach każdego typu szkół, jak Polska długa i szeroka, zmniejszono wymiar godzin lekcyjnych ? o cztery tygodniowo. Dyrekcjom i radom pedagogicznym nakazano współudział w decyzjach, które były krokiem na drodze wykreślania Polski spośród państw cywilizowanych. Same szkoły miały bowiem wskazać, które przedmioty zostaną w nich okrojone. Najczęściej o połowę zmniejszano wymiar nauki historii, geografii, fizyki, biologii. Polska, wśród wszystkich krajów europejskich, wyróżnia się dziś najmniejszą liczbą godzin nauki języka ojczystego. Kto pamięta, że tamten zabieg miał być jedynie przejściowy? Ofiarą tych ?tymczasowych? decyzji padło już jedenaście roczników naszych dzieci.
Kilka lat temu, w niemal wszystkich krajach Europy, przeprowadzono badania skali analfabetyzmu funkcjonalnego. Ich wyniki były dla Polski tragiczne i haniebne. Okazało się, że 47% naszych rodaków nie rozumie instrukcji składania roweru ani nie pojmuje sposobu rozpuszczania aspiryny! Pośród wszystkich reprezentatywnych grup narodowościowych, biorących udział w tym eksperymencie, uzyskaliśmy najgorszy wynik! Informację tę bez większych wzruszeń przyjęło ? składające się z tabunów nie wiadomo co robiących ludzi ? Ministerstwa Edukacji Narodowej. Podobnie było w kuratoriach i ośrodkach doskonalenia nauczycieli. Tu i ówdzie powstały protezy programów, w sumie ? ?rozeszło się po kościach?. W Niemczech, w których wynik tych samych badań był dużo lepszy, ale jednak uznany za niezadowalający, rozpętała się ogólnonarodowa dyskusja. Pojawiały się głosy histeryczne, żądano głów, podnoszono lament, ale też ? powołano sztaby specjalistów, którym powierzono dogłębną analizę przyczyn i wskazanie dróg wyjścia. U nas de facto pogodzono się z wynikami testu, które przyjęto widocznie jako właściwą nam normę. Nie pierwszy to raz okazuje się, że rządzący Polską programowo godzą się z jej podrzędnością i zamykanie przez nią peletonu narodów uważają za miejsce dla nas słuszne i właściwe.
Przy okazji apeluję gorąco, by raz na zawsze zakończyć powszechne w Polsce ględzenie o rzekomej wyższości naszej oświaty nad np. amerykańską. Wiemy, że poziom wiedzy ogólnej przeciętnego mieszkańca USA jest raczej niski. Nasi uczniowie wysyłani na stypendia do szkół w Stanach robią w nich rewelacyjne wrażenie i wracają do kraju z informacją o miernym poziomie tamtejszej oświaty. Zwróćmy jednak uwagę na to, że nagradzani wyjazdem do Ameryki uczniowie to nasi ?najlepsi z najlepszych?, którzy w USA na ogół trafiają do szkół najgorszych. I jakoś też dzieje się tak, że to w Stanach, a nie u nas, 75% młodzieży kontynuuje (w szkołach wyższych i półwyższych) naukę co najmniej do 23. roku życia. To Amerykanie, a nie my, budują najsilniejszą gospodarkę i nie kto inny, lecz oni co roku zgarniają większość Nagród Nobla.
Od paru lat Irlandczycy dumni są z tego, że mają znacznie większą dynamikę wzrostu gospodarczego, a nawet wyraźnie wyższy PKB na głowę mieszkańca, niż kraj, który ich kolonizował ? Wielka Brytania. Z analizy przyczyn tego sukcesu wynika, że jednym z głównych czynników, które na to wpłynęły, są ogromne inwestycje amerykańskie, dokonywane zarówno przez wielkie koncerny, jak też setki średnich i małych firm.
Przedsiębiorcy z USA, pytani o powody ?lokowania biznesów? na Zielonej Wyspie odpowiadali, że przede wszystkim motywowała ich łatwość komunikowania się z ludźmi mówiącymi po angielsku. Słaba znajomość tego języka w Polsce jest wielką tamą dla inwestycji największej gospodarki świata. A na pewno amerykański kapitał w Polsce, szczególnie gdy będziemy częścią Unii Europejskiej, jest bardzo pożądany. I chyba lepiej robiłoby też naszemu narodowemu samopoczuciu porozumiewanie się z naszymi zachodnimi sąsiadami, których wpływ na naszą gospodarkę będzie przecież rósł, a nie malał ? po angielsku raczej, niż po niemiecku.
Postęp w zakresie znajomości języków obcych jest wyraźny. Ja jednak twierdzę, że wszystkie polskie dzieci powinny (rzecz jasna ? w ramach rozsądnych programów) uczyć się angielskiego już od przedszkola. Intensywne lektoraty we wszystkich klasach wszystkich szkół, stacje radiowe i kanały telewizyjne z emitowanymi na okrągło lekcjami na różnych poziomach ? to dla mnie oczywistość, z braku której, jako Polak, cierpię. Znajomość światowego języka przyniesie też ten efekt, że niejako ?umocni nas w polskości?. Większy dostęp do wiedzy, podróże i ożywione kontakty międzyludzkie zawsze owocują korzystnym rozwojem i wnioskiem ? ?nie święci garnki lepią ? my też potrafimy?. Nie mam też wątpliwości, że poznana i oswojona angielszczyzna będzie dla naszego narodowego języka niewspółmiernie mniej groźna od fascynującej czymś nieznanym i pozornie lepszym. Powszechna znajomość angielskiego podetnie też podstawę stereotypów, na których np. w Ameryce wyrosły obelżywe dowcipy o Polakach. Rozkwitały one w czasie dużych fal emigracji z Polski i Irlandii. Przybysze z wysp trafiali do tych samych miejsc, co nasi rodacy. Byli tak samo biedni, a nic nie dowodzi tego, że bardziej inteligentni. Znając język, szybciej odnosili jednak sukces, często zostawali szefami Polaków. Władali obowiązującym językiem, ale widać często nie bywali zbyt błyskotliwi, skoro trudności w porozumieniu się z nie znającymi tamtejszej mowy przypisywali ich rzekomej tępocie. Tak to na nieznajomości angielszczyzny wyrosły, i z tych samych powodów żyją do dziś ? bardzo niepochlebne kawały o naszym narodzie. Niestety, słyszałem o nowej fali dowcipów o Polakach, czego powodem są tym razem kontakty naszego wojska z armiami NATO. Nawet w naszej kadrze oficerskiej swobodne posługiwanie się angielskim jest rzadkością. Ponad dwie dekady temu ? wybór Polaka na papieża i fenomen ?Solidarności? ? ogromnie podniosły nasz prestiż w świecie. Niekorzystne stereotypy ciągle jednak znajdują odpowiednią pożywkę.
Najważniejszym, co należy zmienić w polskich szkołach, jest sama metoda nauczania. Mimo wysiłków twórczych pedagogów, siłą rzeczy ? dominuje podawczy sposób kształcenia. W największym skrócie ? polega on na przekazywaniu informacji, a następnie ich egzekwowaniu. Metoda podawcza ma jedyną zaletę ? jest tania. Wystarczy wykładowca, bez nadzwyczajnych kwalifikacji, którego praca polega na przekazywaniu określonych treści, a następnie ? odpytywaniu. Dodatkiem jest podręcznik, służący trywialnemu ?wkuwaniu?. Edukacja podawcza daje oszczędności wynikłe z możliwości tworzenia czterdziestoosobowych klas, ogranicza liczbę nauczycieli, minimalizuje też koszty sprzętu, materiałów, sal lekcyjnych itp. W sumie więc ? sporo plusów. Tyle tylko że szkoła tego rodzaju naprawdę bardzo niewiele uczy.
Artur Adamski
Czytany 10174 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.