czwartek, 23 marzec 2017 23:06

Nowa Ameryka i stara Rosja

Napisał

Włodzimierz Putin jako przywódca Rosji dotychczas czterokrotnie był świadkiem zmiany amerykańskiego prezydenta. Relacje ze Stanami Zjednoczonymi są dla Moskwy kwestia kluczową, w tym bowiem wypadku chodzi nie tylko o najpotężniejsze państwo świata, ale także o głównego rywala Federacji Rosyjskiej.

W pętach kompleksu

Kreml obsesyjnie dąży do ustanowienia „wielobiegunowości” świata, czyli złamania dominacji Ameryki, która działa na nerwy Rosjanom co najmniej od czasu, gdy car Aleksander II lekkomyślnie pozbył się Alaski. Odebrał przez to swojemu krajowi szansę – niewielką, ale zawsze – ubiegania się o wpływy na Zachodnim Wybrzeżu, bowiem aż do Kalifornii docierały w XIX wieku łodzie rosyjskich rybaków.

Doktryna kremlowska zakłada – a identyczne przekonanie, nakręcane dzięki sprawnej i nachalnej propagandzie, panuje pośród ludu rosyjskiego – że naczelnym wrogiem największego państwa świata są Stany Zjednoczone. W głowach Rosjan tkwi bowiem potężny kompleks. Od dziecka każdy z nich wie, że co amerykańskie, to najlepsze, ale za nic się do tego nie przyzna, zwłaszcza przed przybyszem z Zachodu. Weterani Armii Czerwonej do dziś ukradkiem oblizują się na wspomnienie pysznych tuszonek od wuja Sama przysyłanych dla wsparcia sojusznika. Za to podczas przyjęć towarzyskich w dobrym tonie jest rytualne pomstowanie na bezczelne poczynania pindosów. Termin ten, w języku rosyjskim niegdyś oznaczający Greków nadczarnomorskich, w tym stuleciu rozpowszechnił się jako inwektywny synonim Amerykanina, mieszkańca Pindostanu.

Po zniszczeniu World Trade Center początkujący wówczas dopiero w roli prezydenta Włodzimierz Putin pospieszył ze stosownymi deklaracjami, ale w rozmowach pomiędzy sobą Rosjanie nie kryli satysfakcji: „Za tę arogancję, butę, wtrącanie się we wszystkie sprawy na świecie – a co, może się im nie należało?!”. Parę miesięcy temu prezydent Rosji ostro skarcił swoich generałów, gdy identycznie usprawiedliwiali zaczepianie przez rosyjskie myśliwce amerykańskich okrętów („bo na to zasłużyli”), ale były to popisy władcy z Kremla związane ze zmianą w Białym Domu. Putin znakomicie przekalkulował, ile mógł ugrać, biorąc „w obronę” flotę NATO przed swoim własnym lotnictwem.

Naruszona symetria

Nie zmienia to oczywiście naczelnej zasady, że Rosja pozostaje według własnych wyobrażeń permanentnie oblężoną twierdzą, którą ciągle pragnie zdobyć niegodziwy Zachód. Takie przekonanie Kreml zdołał skutecznie zaszczepić swoim poddanym. Jest więc dla nich jasne, że wobec tego każde działanie podejmowane przeciwko Rosji wymaga właściwej riposty. Jeszcze w czasach sowieckich z powodu owego wiszącego nad głowami proletariuszy i włościan kapitalistycznego miecza Damoklesa mobilizowano masy, aby „w odpowiedzi na knowania imperialistów” zwiększały na przykład wydajność z hektara. Były to przedsięwzięcia obliczone na pożytek wewnętrzny, natomiast w stosunkach międzynarodowych, aby zachować powagę, należało reagować symetrycznie, zgodnie z prawem talionu, charakterystycznym, jak twierdzą antropolodzy, dla społeczeństw pierwotnych. Czyli oko za oko i jak Kuba Bogu.

Zasada ta krzepko wrosła w doktrynę współczesnej Rosji i, jak dotychczas, stosowana była z żelazną konsekwencją. Sankcje, które nałożono na Moskwę, sprawiały, że Kreml niemal natychmiast stwarzał takie same niedogodności dla eksporterów zachodnich. Zgodnie z wezwaniem poety „gwałt niech się gwałtem odciska”. Toteż po obiciu w Warszawie dzieci posłów ze Wschodu w rosyjskiej stolicy sprawiono lanie kilku Polakom. Nic nie zakłócało tej wspaniałej homeostazy aż do chwili, gdy ustępujący niechętnie amerykański prezydent Barack Obama z bardzo niskich pobudek wyrzucił Rosjan, którzy przyjechali do Stanów Zjednoczonych jako dyplomaci. I już minister spraw zagranicznych Sergiusz Ławrow pospieszył z deklaracją, że ten sam los czeka Amerykanów pracujących na analogicznych stanowiskach w Rosji, gdy nieoczekiwanie Włodzimierz Putin okazał carską wspaniałomyślność i zrezygnował z pospiesznej zemsty.

Naturalnie wypowiedź Ławrowa była zaplanowana i uzgodniona ze zwierzchnikiem. Efekt wyszedł znakomity: z całą pewnością Putin zyskał w ten sposób w oczach wielu zachodnich prominentów i zachodniej publiczności. Niektórzy zachwycali się: Wot, maładiec Putin, pokazał klasę... Po chrześcijańsku postąpił, nie odgryzł się Obamie, obca mu widać filozofia Kalego”. Widocznie zapomnieli, że istnieje również inna reguła, którą lubią kierować się wytrawni macherzy z Kremla. Pisał o niej Franciszek Herbert w powieści „Diuna”: to „finta wewnątrz finty w fincie”. Śmiesznie jest posądzać Włodzimierza Putin o miłosierdzie, postąpił tak przecież z chytrego wyrachowania. I upiekł kilka pieczeni naraz: przede wszystkim ustawił Donalda Trumpa, rozpoczynającego dopiero swoją kadencję, w sytuacji całkiem wygodnej dla Moskwy. A przy okazji zagrał na nosie Obamie, który zresztą swój mikry format polityczny zdążył pokazać już dużo wcześniej. Dziwne mogło wydawać się tylko, że wobec tego, co stało się nad Wisłą rok temu z okładem, nikt jeszcze u nas nie zwala winy za swoje porażki na hakerów z Syberii. Jednak pewne wątki przewijające się choćby w tle afery z nagraniami w warszawskiej restauracji „Sowa i Przyjaciele” sugerują, że i taki trop może być kiedyś brany pod uwagę.

Wrogowie i sprzymierzeńcy

Rosja, jak dość powszechnie wiadomo, dobrze wygląda z daleka lub na mapach (co właściwie na jedno wychodzi). Dzięki kartografom największe państwo świata prezentuje się bardzo okazale, zwłaszcza w odwzorowaniu walcowym, które przecież zdecydowanie faworyzuje terytoria borealne (oraz ich antypody, ale tam tylko Antarktyda...). No, właśnie: walec i Rosja, zestawienie doprawdy wymowne... Wprawdzie współczesna Federacja Rosyjska obejmuje zaledwie dwie trzecie obszarów, na jakich rozciągało się Imperium Rosyjskie u szczytu swojej ekspansji, ale, po pierwsze, w języku Tołstoja z wielkim powodzeniem wciąż funkcjonuje potencjalnie pojemny termin „bliska zagranica”, a po drugie – za panowania obecnego prezydenta Rosja powróciła na Krym i rozpoczęła rekonkwistę innych części Ukrainy. Nawet na opakowaniach dziecięcych czekoladek drukowane są mapki przedstawiające spodziewaną przyszłą rosyjską dominację nad całą naszą planetą.

Prawdopodobnie bowiem jest na Kremlu jakiś gabinet map, w którym władcy ziem ruskich cieszą swoje oczy wyrysowanym przez geografów imponującym rozmiarem posiadanych włości. Już car Piotr I znajdował przyjemność w takim zajęciu. Pośród map tych jest zapewne i taka, która ukazuje matuszkę, otoczoną przez, używając patetycznego określenia, które w mowie kremlowskiej zachowało się znakomitej kondycji od czasów zimnej wojny, „pierścień wrogów”. Zaznaczono na niej barwą czerwoną różnej intensywności te państwa, które do dziedziny Putina i jego poddanych żywią uczucia mało przyjazne. Najwścieklejszą jaskrawością kraśnieją na niej dwa niewielkie punkciki. Jeden z nich leży tuż u zachodnich wrót Rosji, graniczy nawet z jej enklawą... A, to Polska właśnie.

Rosyjskie media cytują wyniki sondażu przeprowadzonego rok temu przez Pew Research Center, think tank z Waszyngtonu. Badanie przeprowadzono na ponad 45 tysiącach osób w czterdziestu krajach. Rezultaty właściwie są dla Rosji korzystne – w 2014 roku jedynie 20% ankietowanych wyrażało swój pozytywny stosunek do imperium Putina, ale już dwanaście miesięcy później ich liczba wzrosła aż o 10%.

Z badań tych wynika, że najgorzej (z punktu widzenia Moskwy) jest w Polsce, gdzie około 80% respondentów deklarowało negatywny stosunek do Rosji. Podobne zapatrywanie mają mieszkańcy... Jordanii, a tylko w trzech państwach Rosja jest lubiana przez ponad połowę ludności. Są to: Wietnam, gdzie Moskwa ma fanów aż wśród trzech czwartych społeczeństwa, Ghana (56%) i Chiny (51%). W Państwie Środka liczba entuzjastów sąsiada z północy zmalała przez rok o blisko 15%.

Z kolei w ciągu ostatnich czterech lat znacząco zmniejszyło się grono sympatyzujących z Rosją Amerykanów. W 2011 roku było ich, jeśli wierzyć ankieterom, 49%, w 2015 – już tylko 22%. Oczywiście zgodnie ze wspomnianą wschodnią tradycją, starannie kultywowaną przez bolszewików i ich następców, takiej obelgi Rosja nie mogła pozostawić bez adekwatnej odpowiedzi, toteż moskiewskie Centrum Jerzego Lewady szybko przeprowadziło własne badania, które ujawniły, że „absolutna większość Rosjan” (71%) nieprzychylnie ocenia rolę, jaką odgrywają Stany Zjednoczone w polityce światowej, a nastawionych negatywnie do USA respondentów naliczono najwięcej od ośmiu lat.

Można więc powiedzieć, że w oczach Rosjan, uczciwszy rzecz jasna skalę, Warszawa i Waszyngton jadą na jednym wózku. Tę konfigurację polscy politycy obowiązani są bezwzględnie wykorzystać. Nastroje poddanych Putina są czułym barometrem, błyskawicznie odzwierciedlającym oceny polityczne Kremla. Rosja jako rozsadnik światowego pokoju z bólem przyjmuje tę zmasowaną krytykę pod swoim adresem. I szczerze dziwi się, dlaczego od 2010 roku w oczach większości pozostałych państw postrzegana jest jako „bardziej agresywna, autorytarna i szowinistyczna”.

[...]

Czytany 174 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.