piątek, 24 marzec 2017 00:16

Nadchodzi Trump. Ameryka, Polska i geopolityczny zwrot

Napisał

Rozważając sytuację światowej polityki już po zaprzysiężeniu nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, możemy z pewnego dystansu – bez emocji dominujących w kampanii wyborczej – pytać o kształt nowej sytuacji. Choć wciąż pozostaniemy przy tych próbach opisu z licznymi niewiadomymi, nie będzie przesadą powiedzieć, że Stany Zjednoczone, po raz pierwszy od kiedy są największa siłą polityczną i militarną na świecie, mają prezydenta tak kontrowersyjnego. Mocarstwo to stoi obecnie u progu ważnych zmian geostrategicznych, a może nawet i wobec pewnej marginalizacji idącej ze strony rosnących w siłę Chin. Równie dobrze można prognozować, że Chiny wcale nie zdołają wytrącić światowej władzy z rąk Donalda Trumpa ani nawet jego kolejnych następców, z pewnością jednak już udało im się przesunąć światowy biegun geopolitycznej siły ciążenia z Atlantyku i zachodniej Eurazji na Zachodni Pacyfik. Jak w tych sprawach wielkich tego świata wygląda dzisiaj sytuacja Polski? Jakie jest stanowisko cywilizacyjne nowego lokatora Białego Domu, czy nowoczesność będzie coraz bardziej stanowczo osłabiała ludzką godność, czy proces ten zostanie powstrzymany? Czy – w tym kontekście – Trump reprezentuje jakiś rodzaj amerykańskiego chrześcijaństwa, skoro uznawany jest za kandydata konserwatywnego? Odpowiedzi nie będą tu jednoznaczne, ale warto pokusić się o ich formowanie.

Złe amerykańskie wybory

Ostatnie amerykańskie wybory po prostu nie były dobre. Mieliśmy do czynienia ze znakomitym przykładem degeneracji demokracji, która jako system nie potrafi powstrzymać procesu wypłukiwania się zasad i wartości wykraczających poza prostą wolę mocy rządów, ich ludów i interesów światowych korporacji. O stanowisko najpotężniejszej osoby na świecie zmagało się dwóch kandydatów, którzy reprezentują mroczne interesy grup trzymających władzę na świecie. Być może Donald Trump postanowił być w tej kwestii przez jakiś czas freelancerem i dziś drażni establishment, ale czy intencje, jakimi się kieruje, nawiązują do zasad chrześcijańskich czy klasycznego myślenia o polityce, które ma na względzie dobro wspólne? Być może gdy mówi o sprawiedliwości społecznej, o opodatkowaniu najbogatszych, mówi szczerze. Być może nawiązuje do dawniejszej tradycji amerykańskiej, która krzywo patrzyła na luksus i srogo go opodatkowywała. Taka wiadomość nie byłaby jeszcze wiadomością najgorszą. Podobnie jak deklaracje przeciwdziałania aborcji. Być może Trump jest rzeczywiście „nawróconym” społecznie miliarderem. Równie dobrze jednak może być tylko ambicjonerem szaleńczo pożądającym władzy i zręcznie surfującym na fali społecznych emocji.

W rzeczywistości bowiem, choć Trup odwoływał się do konserwatywnych wyborców amerykańskich, wciąż trudno orzec, co w istocie sądzi o wielu sprawach. Jego wypowiedzi do tej pory były niespójne, a w kwestii polityki zagranicznej wręcz niepokojące. Mam tu na myśli choćby jego stosunek do zapisów traktatu Sojuszu Północnoatlantyckiego (NATO), do Unii Europejskiej czy puszczanie oka w kierunku Rosji.

Co bowiem może oznaczać ta niespójność Trumpa? Nieznającą granic chęć zdobycia władzy. Pierwszy odruch zatem nakazywałby, by Polska i Polacy przyjaznym okiem patrzyli na kandydaturę Hillary Clinton. Była ona możliwym gwarantem kontynuacji polityki Baracka Obamy, która, choć słaba, to jednak równocześnie stanowiła dość przewidywalny element porządku światowego. Także dla nas. Czy jednak ta zapewniona przez Clinton kontynuacja faktycznie byłaby czymś lepszym od zmiany zapowiedzianej przez prezydenta-miliardera? Być może Trump oferuje światu i Polsce jednak coś bardziej wartościowego?

Jeśli możemy podejrzewać, że Trump jest establishmentowym freelancerem i ambicjonerem, to analogicznie Clinton znajduje się w samym centrum tego konglomeratu interesów i ideologii, który można określić mianem cywilizacji śmierci – aborcjonizm, polityka depopulacyjna, wspieranie politycznego ruchu homoseksualnego, a za tym wszystkim jeszcze polityczno-finansowe i korporacyjne gry o władzę, skryte za dekoracjami demokracji. Do tego – nie ukrywajmy – niekoniecznie realistyczna, czyli odpowiadająca sile politycznej i militarnej USA, polityka amerykańskiego imperializmu. Zatem prezydentura Clinton oznaczałaby wszystko to, co można określić mianem liberalnego miękkiego totalitaryzmu, obojętnego na zmieniający się w świecie stosunek sił, ale dążącego ślepo do roznoszenia po świecie ideologicznego wirusa za pomocą wpływów imperium. I nie chodzi tu o „szerzenie demokracji”, ale choroby wymienione powyżej i jeszcze inne. Czy taki prezydent głównego światowego mocarstwa i sojusznika naszego kraju powinien cieszyć chrześcijańską, znajdującą się zwyczajowo w trudnej geopolitycznej sytuacji Polskę? Polskę, która stała się w znacznej mierze obca kulturowo swoim najbliższym politycznym sprzymierzeńcom, czyli krajom Europy Zachodniej?

Odbudowywać własny język suwerenności

Oczywiście, to nie były nasze wybory, nie mieliśmy na nie żadnego wpływu, ale warto uświadomić sobie, w jak bardzo niejednoznacznej rzeczywistości przychodzi nam dzisiaj funkcjonować i jak daleko jesteśmy od przejrzystości zawartych przed laty sojuszy. Tym bardziej polityczna suwerenność będzie nam teraz niezbędna. Suwerenne kraje mają swoje własne zasady myślenia, tradycje, które zapewniają im pewien rodzaj niezależności od wpływów innych graczy i przez to zdolność zdystansowanego osądu wobec ich oddziaływania. Także Trump wcale nie jest po prostu populistą, jak nazywają go liberałowie, ale czerpie z politycznych tradycji Stanów Zjednoczonych, nawet jeśli nieraz z tych zmarginalizowanych. W naszej sytuacji konieczne byłoby przywrócenie politycznego charakteru polskiemu chrześcijaństwu, będącemu jedyną żywą miarą zasady sprawiedliwości, która była i jest zasadą polskości. Nie jest nią laickość czy fundamentalizm, nie jest imperializm, republikanizm ani jakiś rodzaj czystego pragmatyzmu.

Dlaczego w ogóle należy uznać taki postulat za istotny? Z perspektywy polityki światowej chodzi przede wszystkim o suwerenną racjonalność polityczną i własny punkt odniesienia, niebędący z gruntu zasadą mimetyczną, naśladującą politykę innych. Taki punkt odniesienia jest konieczny, ponieważ pozwala też rozpoznać ograniczenia sił będące koniecznym komponentem suwerenności. Nie chodzi o jakiś rodzaj konfesyjnej polityki, ale o metafizykę, filozofię i filozofię polityczną, samo jądro myślenia tworzące etos konieczny do rozpoznania celów państwa. Chrześcijański charakter Polski z pewnością jest dla niej z jednej strony zagrożeniem, wynikającym nie tyle – choć ma to pewne znaczenie – z samego chrześcijaństwa i przywiązania do wynikającego z niego rozumienia sprawiedliwości, ale z osiąganej za jego pomocą samodzielności. Suwerenność i samodzielność jest w polskim przypadku chodzeniem po krawędzi zagrożenia. Nie ma jednak innej drogi do zachowania polskości.

Niezależnie od tego, jak toczyć będą się nasze sprawy wewnętrzne, konieczne jest też śledzenie zmian w układzie sił światowych. Wydaje się, że jedną z wad polskiego życia politycznego jest pewnego rodzaju autyzm i skupienie na wewnętrznych, partykularnych konfliktach przy równoczesnym zaniedbywaniu rozumienia polityki międzynarodowej. Przyjrzyjmy się zatem okolicznościom epoki, której jednym ze znaków – jak można się spodziewać – jest zwycięstwo wyborcze Donalda Trumpa.

[...]

Czytany 592 razy
Tomasz Rowiński

Historyk idei, redaktor pisma ?Christianitas?

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.