poniedziałek, 10 lipiec 2017 17:52

Polityczny i religijny odcinek frontu wojny z „populizmem”

Napisał

Czwarta w historii Europy wędrówka ludów zachwiała niemieckim przywództwem. Przypomnijmy, że pierwszą wędrówką była ta z przełomu Starożytności i Średniowiecza. Druga była następstwem wielkich odkryć geograficznych. Europejczycy nie tylko przenosili się na inne kontynenty, ale ujarzmiali je, co doprowadziło do stworzenia wielkich imperiów kolonialnych. Trzecia wędrówka ludów, była wywołana tą drugą; co najmniej 10 milionów (niektórzy twierdzą, że aż 50) Murzynów zostało przesiedlonych z Afryki do obydwu Ameryk i do Europy.
No a teraz mamy do czynienia z wędrówką czwartą, której przyczyną jest wepchnięcie wielu krajów Środkowego i Bliskiego Wschodu oraz Afryki Północnej w stan krwawego chaosu. Ten chaos jest następstwem wojen o pokój i demokrację, misji pokojowych i stabilizacyjnych, których widownią stały się państwa uznane za potencjalne zagrożenie dla bezcennego Izraela. Bo na przykład w Jordanii, którą rządzi tyran, żadnego krwawego chaosu nie ma. Nikomu nie przychodzi tam do głowy zaprowadzanie demokracji, obalanie tyrana ani żadne inne pomysły. Przeciwnie – wszyscy wydają się bardzo zadowoleni. Być może wynika to stąd, że w roku 1994 Jordania podpisała traktat pokojowy z bezcennym Izraelem, podczas gdy w pozostałych zapanował krwawy chaos, w następstwie którego przestały one zagrażać komukolwiek, z wyjątkiem oczywiście samych siebie – bo wszyscy wyrzynają się tam między sobą.


Więc kiedy na skutek głupstw porobionych w Niemczech przez Naszą Złotą Panią w związku z uchodźcami zachwiało się niemieckie przywództwo w Europie, wiele krajów podjęło próby poluzowania smyczy, którą założono im w następstwie traktatu akcesyjnego i traktatu lizbońskiego. Najdalej poszła Wielka Brytania, w której odbyło się referendum w sprawie dalszego pozostawania w Unii Europejskiej, i wygrali je zwolennicy opuszczenia UE. Czy do tego dojdzie – zobaczymy, bo negocjacje dopiero się rozpoczęły, a strona unijna stawia zaporowe warunki, żądając na początek zapłacenia przez Wielką Brytanię 60 mld funtów. Najwyraźniej Niemcy chcą odzyskać w ten sposób reparacje wojenne, które musiały płacić Wielkiej Brytanii i Francji z tytułu porażki w I wojnie światowej. Przypomnijmy, że zakończyła się ona definitywnie stosunkowo niedawno, bo 3 października 2010 roku, kiedy to Niemcy zapłaciły 70 mln euro Wielkiej Brytanii i Francji tytułem odsetek od odszkodowań wojennych. Czym się to zakończy – trudno zgadnąć, bo niepodobna nie zauważyć, że Wielka Brytania leży na wyspie, ma broń jądrową i specjalne stosunki z USA, więc zmuszenie jej do zrobienia czegoś, czego nie będzie chciała zrobić, może być trudne.


Żeby jednak przykład angielski nie podziałał zaraźliwie na pozostałe unijne bantustany, w lipcu ub. roku zebrała się w Berlinie wielka trójka, to znaczy – Nasza Złota Pani, francuski prezydent Franciszek Hollande, już chyba pogodzony z rolą owczarka niemieckiego, oraz ówczesny włoski premier Mateusz Renzi. Opowiedzieli się oni za „pogłębieniem integracji”, co w przełożeniu na język ludzki może oznaczać tylko jedno – przywracanie w Unii pruskiej dyscypliny. Jednym z czynników sprzyjających jej przywróceniu byłoby utworzenie europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO – i taki balon próbny w postaci „przecieku” poufnego dokumentu niemiecko-francuskiego media właśnie wtedy przedstawiły. Niemcy po 1990 roku wielokrotnie takie balony próbne wypuszczały, ale każdy spotykał się ze stanowczym amerykańskim „niet”. Rzecz w tym, że kiedy w roku 1954 USA zgodziły się na remilitaryzację Niemiec, to znaczy – pozwolenie RFN na posiadanie armii, to nie mając pewności, czy Hitler nie zmartwychwstanie, w roku 1955, kiedy to powstała Bundeswehra, w całości wkomponowały ją w struktury NATO, mając za ich pośrednictwem nadzór nad niemieckim wojskiem. W tej sytuacji „europejskie siły zbrojne niezależne od NATO” to z jednej strony pseudonim wyprowadzenia Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli, a z drugiej – zyskanie narzędzia do dyscyplinowania unijnych bantustanów. W tej sytuacji entuzjazm, z jakim niektórzy polscy Umiłowani Przywódcy odnosili się do tego pomysłu, można porównać do entuzjazmu karpi z powodu zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia.


Ale w Stanach Zjednoczonych pojawił się „antysystemowy” kandydat na prezydenta w osobie Donalda Trumpa, przeciwko któremu gwałtownie wystąpiła koalicja zwolenników demokracji kierowanej, z żydokomuną w awangardzie. Bo ubiegłoroczne wybory prezydenckie w USA były konfrontacją demokracji kierowanej z demokracją spontaniczną. Demokracja kierowana występuje wtedy, gdy obywatele, czyli suwerenowie, wprawdzie głosują, ale zgodnie ze wskazówkami Pani Wychowawczyni, podczas gdy demokracja spontaniczna polega na tym, że obywatele głosują, jak chcą. Zwycięstwo Donalda Trumpa wprawdzie nie zakończyło politycznej wojny w USA (będąc w grudniu ub. roku w Nowym Jorku, miałem w ręku ulotkę werbunkową na demonstracje przeciwko prezydentowi-elektowi, z podaną stawką wynagrodzenia w kwocie 18,5 dolara za godzinę. Ulotka nie była podpisana przez sponsora, ale ze wszystkich stron słyszałem, że jest nim stary żydowski finansowy grandziarz Jerzy Soros, który na wyborze Donalda Trumpa miał stracić aż miliard dolarów).


Zwycięstwo Donalda Trumpa w Ameryce obudziło nadzieję niektórych narodów europejskich na możliwość złapania oddechu, tym bardziej że jeszcze jako kandydat wyrażał się krytycznie o niemieckiej hegemonii w Europie, a już po wyborach stanowisko nowej administracji amerykańskiej w tej sprawie jeszcze wyraźniej sformułował kandydat prezydenta Trumpa na ambasadora USA przy Unii Europejskiej Teodor Mallooch. W wywiadzie dla BBC dał do zrozumienia, że najlepszy byłby powrót Europy do formuły konfederacji, czyli związku państw – od której odwiódł Europę traktat z Maastricht, obowiązujący od roku 1993. Od formuły konfederacji, czyli związku państw odszedł on ku formule federacji, czyli państwa związkowego. Ten pomysł, chociaż nie wyrażany we wszystkich przypadkach w takiej właśnie formie, wywołał dość żywy rezonans w różnych krajach UE, co skłoniło zarówno Niemcy, jak i uwijającą się w awangardzie komunistycznej rewolucji żydokomunę, do podjęcia kontrofensywy. Wroga, z którym należy przeprowadzić walkę aż do ostatecznego zwycięstwa, nazwano przezornie „populizmem”. Gdyby bowiem, w imię zwycięstwa demokracji kierowanej, proklamowano świętą wojnę z demokracją spontaniczną, byłaby to jednak walka z demokracją, co mogłoby wywołać potężny dysonans poznawczy. Nazwanie demokracji spontanicznej „populizmem” pozwala uniknąć tego ryzyka, a poza tym na tym ogniu można upiec dwie pieczenie: Niemcy mogą ideologicznie dyscyplinować buntujące się przeciwko ichniej hegemonii europejskie narody, a przy okazji żydokomuna uwijająca się w awangardzie komunistycznej rewolucji może dzięki temu utrzymać rząd dusz. Czegóż chcieć więcej?

[...]

Stanisław Michalkiewicz

Czytany 398 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.