poniedziałek, 10 lipiec 2017 20:30

Wybrany na prezydenta narodu - z Tedem Mallochem rozmawia Michał Krupa

Napisał

Rozmowa z Tedem Mallochem, kandydatem na ambasadora USA przy Unii Europejskiej, który w dniach 10-11 maja 2017 roku m.in. na zaproszenie „Opcji na Prawo” gościł w Polsce.


Kiedy pan profesor po raz pierwszy miał okazję poznać Donalda Trumpa?
Poznałem go ponad 20 lat temu. Mało ludzi o tym wie, ale był on bardzo zaangażowany w organizowanie akcji charytatywnych w Palm Beach na Florydzie. Wiele z nich to były akcje pomocy medycznej. Również, przez lata on i jego dzieci organizowali liczne charytatywne turnieje golfowe. Ja miałem to szczęście, że brałem udział w obu przedsięwzięciach.

Jak to się stało, że w trakcie ubiegłorocznej bardzo dynamicznej kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych stał się pan profesor doradcą Donalda Trumpa?
Gdy 6 czerwca 2015 roku Donald Trump zjechał ruchomymi schodami w Trump Tower i ogłosił swoją kandydaturę, większość osób patrzyła na niego podejrzliwie. Dotyczy to również ludzi z mojej partii (Partii Republikańskiej). Nie uwierzyli wtedy, że jest on odpowiednim kandydatem, który będzie w stanie zdobyć poparcie republikanów i pokonać establishmentowych polityków, których w tym pierwszym okresie było aż siedemnastu. Zostałem członkiem jego drużyny od samego początku, gdyż żywiłem i do teraz żywię przekonanie, że potrzebowaliśmy outsidera, kogoś spoza politycznego establishmentu, który rzuciłby wyzwanie amerykańskiemu rządowi i zderegulował zastany system. Właśnie on wydawał się takim kandydatem. Jako człowiek biznesu, uważałem również, że ktoś orientujący się w tym świecie, ktoś kto przez lata pełnił rolę prezesa dużej firmy, sprawdziłby się także doskonale na stanowisku (jeśli mogę tak to ująć) dyrektora rządu i sprawiłby, że stanie się on bardziej skuteczny i wydajny. Trump był jedyną tego typu osobą, która kandydowała po stronie republikanów, więc związałem się z Narodową Radą ds. Polityki, gotowy służyć swoją radą i doświadczeniem w różnych obszarach w trakcie całej kampanii. Napisałem ponad 40 artykułów, które pojawiły się w mediach głównego nurtu, od „Breitbart News” po magazyn „Forbes” i myślę, że dzięki temu różne organy państwa, a także społeczeństwo zaczęło rozumieć, kim jest Trump, co wnosi swoją osobą, jakie jest jego myślenie o polityce, jakie są jego idee i jak mogą okazać się twórcze w amerykańskim kontekście politycznym.

Wielu prawicowych obserwatorów w Ameryce uważa, że Trump przyczynił się niejako do przeregulowania ruchu konserwatywnego w Stanach Zjednoczonych. O ile do niedawna zwornikiem jednoczącym różne frakcje był wolny rynek, obyczajowy konserwatyzm i energiczna polityka zagraniczna, obecnie, dzięki Trumpowi, kluczowe stały się sposoby poradzenia sobie z imigracją, polityka handlowa i mniej interwencjonistyczna polityka zagraniczna. Stało się to nawet wbrew ruchowi konserwatywnemu głównego nurtu. Czy zgadza się pan profesor, że taka zmiana nastąpiła?


Ewidentnie takie (jak to pan określił) przeregulowanie nastąpiło. Nie jest to już ten zużyty neokonserwatyzm, mający wiele różnych dziwnych niekonserwatywnych cech, jak np. inżynieria społeczna, szczególnie widoczna podczas prezydentury Busha Juniora. Myślę, że Trump w pewien sposób podbił Partię Republikańską i ją zmienia w kierunku tych trzech dziedzin, o których pan wspomniał. To ciekawe, że Steve Bannon, który jest jego głównym strategiem politycznym w Białym Domu, kluczowym myślicielem, który nie tylko odegrał ważną rolę w kampanii, lecz również w samej administracji, również często mówił o trzech obszarach, używając przenośni o tzw. trzech wiadrach. Ważnym obszarem, czyli banonowskim trzecim wiadrem była tzw. likwidacja Deep State, czyli ukrytej przed szerszą opinią publiczną, mającej tajny charakter, realnej władzy, która rządzi Stanami Zjednoczonymi. Określono to w kampanii jako owo słynne wysuszanie bagna. Chodziło tu głównie o zmianę charakteru rządu, o ograniczenie jego władzy do realnie możliwych działań. Zresztą oznaczało to dość radykalną zmianę profilu nie tylko rządu amerykańskiego, ale również Partii Republikańskiej. Zobaczymy, czy uda się Trumpowi podtrzymać ten kierunek. Osobiście uważam, że początek miał bardzo dobry, chodzi zwłaszcza o pierwsze sto dni jego urzędowania. Rozpoczął już swoją walkę o reelekcję w roku 2020. Hasłem następnej kampanii będzie „Utrzymajmy Amerykę wielką”. Takie planowanie niesie w sobie pewne założenie, a mianowicie, że w trakcie pierwszych czterech lat przyczyni się do amerykańskiej wielkości.


Czy uważa pan, że wielu byłych przeciwników Trumpa z jego własnej partii, takich jak Paul Ryan, obecnie naprawdę stoi po stronie prezydenta, czy jest to tylko chwilowa taktyka?
Partia Republikańska zawsze była i będzie (chyba że się całkowicie rozpadnie) tzw. wielkim namiotem, pod którego dachem kryje się wielka różnorodność. Są w partii rozmaite frakcje, istnieją w niej antagonizmy, np. mające charakter konfliktów międzyregionalnych i są oczywiście różnice ideologiczne, rywalizacje personalne. Nie zmieniło się to również w trakcie kampanii. Bardzo widoczne jest jednak w Partii Republikańskiej obecnie piętno Trumpa. Oczywiście, będzie miał on duży wpływ na ludzi, którzy tworzą jego administrację i realizują jego politykę. Nominował już jednego sędziego do Sądu Najwyższego. Przed nim jeszcze wiele nominacji, nie tylko na stanowiska ambasadorów, lecz również w sądownictwie. Z biegiem czasu, w ciągu czterech, a nawet, mam nadzieję – ośmiu lat, będziemy widzieli bardzo silne oddziaływanie Trumpa w Partii Republikańskiej, które może sprawić, że pójdzie ona w bardziej nacjonalistycznym kierunku w duchu „America First”. Partia stanie się przez to mniej establishmentowa, przestanie być klubem menedżerów.

Wróćmy jeszcze na chwilę deep state. Czym w zasadzie jest to zjawisko?
Deep state to administracyjna służba cywilna, która przenika amerykańskie życie i amerykańską politykę. Deep state istnieje również w innych krajach. Jest to elita, która jest przekonana, że ona sama wie najlepiej, jak powinien wyglądać świat, że są ekspertami i że muszą zdobywać władzę, aby realizować swoją wolę wobec reszty obywateli. Jest całkowitym zaprzeczeniem intencji ojców założycieli, czyli państwa partycypacyjnego, deregulowanego i konstytucyjnego. Uważam, że Trump, jeśli będzie mu się powodziło, rozwiąże niektóre z tych oplatających kraj macek. Jest to bardzo trudne zadanie. Weźmy na przykład potężną siłę, którą są media, obecnie w jakiejś mierze stające się partią opozycyjną. W swoim oporze przeciwko Trumpowi zdecydowanie opowiadają się za takim państwem, które przenika całość codziennego życia. Te idee osobistej wolności i decentralizacji władzy warte są jednak zachodu i mogą one przyczynić się do sławy Trumpa. Jeśli uda mu się, a mam nadzieję, że tak właśnie będzie, wówczas trzeba będzie znaleźć jakąś nową skałę na górze Rushmore, aby wykuć na niej podobiznę obecnego prezydenta.


Wiceprezydent Pence podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, odnosząc się do opieszałości krajów NATO w przekazywaniu odpowiednich środków na obronę, powiedział, że cierpliwość amerykańskiego podatnika nie będzie trwała wiecznie. W związku z tym, czy uważa pan, że jeśli stan ten nie ulegnie zmianie, może zaistnieć sytuacja gdy Trump powie: „Ok, koniec zabawy, wychodzimy z NATO”?
Nie myślę, żeby Trump chciał doprowadzić do upadku NATO. Wierzy on w sojusz atlantycki, w zbiorowe bezpieczeństwo. Wierzy, że w przyszłości mogą pojawić się wrogowie przed którymi trzeba będzie się bronić. Nie oznacza to oczywiście, że NATO ma się skupiać tylko i wyłącznie na Rosji. Terroryzm będzie największym zagrożeniem w najbliższej dekadzie. Nie jest to zjawisko, które będzie rozwiązane z dnia na dzień. Jeśli jednak europejskie państwa nie są w stanie płacić na wspólną natowską obronę, musimy zastanowić się za pomocą jakich środków należy działać, by wywrzeć odpowiedni nacisk. Takie myślenie panuje w Białym Domu. Znamienne, że jedynie pięć krajów jest w stanie pokrywać koszty wg przyjętego kryterium (2% PKB na obronność), a co najmniej jeden z nich należy do biedniejszych krajów w Europie. Mowa o Grecji, która sumiennie wypełnia swoje zobowiązania. Z tego co wiem, Niemcy wydają 1,3% i ciągle odkładają termin, kiedy w końcu zaczną przeznaczać 2%. Przed Niemcami stoi to jak wyzwanie i będą musiały się jak najszybciej zdecydować na podjęcie odpowiednich kroków.

 

[...]

 

Czytany 66 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.